PIOTR CZERKAWSKI: "Co przynosi przyszłość" to zaskakująco pogodny film o egzystencjalnym kryzysie. W jaki sposób udało ci się osiągnąć ten paradoksalny efekt?

MIA HANSEN-LOVE: Dla mnie samej było to zaskoczenie. Gdy zaczynałam pracę, czułam się, jakbym realizowała nie dramat psychologiczny, ale horror. Zwykle jestem wobec nowych projektów pełna entuzjazmu, tym razem odczuwałam jednak napięcie, pierwszy raz w życiu zwierzałam się przyjaciołom, że tak naprawdę wcale nie chcę wchodzić na plan. Byłam przekonana, że o starzeniu się nie sposób opowiedzieć inaczej niż w sposób mroczny i depresyjny. Kiedy wpadłam na pomysł, by nadać swojemu filmowi tytuł "L’avenir" ("Przyszłość"), byłam pewna, że jego wydźwięk wyda się mocno sarkastyczny. A jednak w trakcie pierwszego seansu zorientowałam się, że główna bohaterka, którą początkowo traktowałam z dystansem, jest mi bardzo bliska, a sama opowieść okazała się chyba najbardziej optymistyczna w mojej dotychczasowej karierze. Jak widać, "Co przynosi..." to żywy dowód na to, że dzieło bywa czasem mądrzejsze od twórcy.

Jako reżyserka często idziesz za głosem intuicji?

Wiele osób myśli, że skoro kręcę filmy o intelektualistach i poruszam w nich egzystencjalne tematy, muszę być maksymalnie samoświadoma. Prawda jest jednak zupełnie inna. Gdy piszę scenariusz, otwieram się na historie, obrazy, strzępy dialogów, które przychodzą do mnie zewsząd. Oczywiście, przykuwają one moją uwagę z jakiegoś określonego powodu, ale wychodzę z założenia, że nie zawsze muszę umieć go od razu zdefiniować.

A gdyby instynkt cię zawiódł, a finalna wizja okazała się chaotyczna i niespójna?

Takie niebezpieczeństwo, oczywiście, istnieje, ale i tak uważam, że warto podjąć ryzyko. Gdybym realizowała kolejne filmy według gotowego planu, bardzo szybko popadłabym w marazm i schematyzm. W obecnej sytuacji praca na planie każdorazowo ma w sobie coś ekscytującego, daje mi poczucie intensywnego doświadczania "tu i teraz". Przypomina trochę śledztwo, którego celem jest znalezienie odpowiedzi na pytanie: "Dlaczego właściwie robię ten film?".

Grana przez Isabelle Huppert Nathalie to kolejna – po bohaterkach "Ojca moich dzieci" i "Żegnaj, pierwsza miłości" – silna kobieta w twoim ekranowym uniwersum. Co sprawia, że upodobałaś sobie tego rodzaju postacie?

Wydaje mi się, że kobiety w moich filmach nie tyle są rzeczywiście bardzo silne, ile sprawiają takie wrażenie na tle przedstawicieli płci przeciwnej. Zawsze interesowali mnie bowiem mężczyźni melancholijni, mroczni i pogrążeni w kryzysie. Przez długi czas nie miałam pojęcia, dlaczego tak się dzieje, aż w końcu uświadomiłam sobie, że właśnie tacy byli niemal wszyscy faceci w mojej rodzinie.

Co właściwie pozwala Nathalie przetrwać wszystkie dręczące ją kryzysy?

Właśnie tak brzmiało najważniejsze pytanie nurtujące mnie w trakcie pracy nad filmem. Aby na nie odpowiedzieć, próbowałam zgłębić naturę mojej matki, która stanowi pierwowzór postaci Nathalie, a także innych kobiet, o których wiedziałam, że podniosły się po życiowych klęskach. Po pewnym czasie zrozumiałam, że wszystkie one wychodziły z podobnego założenia: "Nawet jeśli rozpadnie się cały świat wokół mnie, wciąż zachowam przecież niewielki margines wewnętrznej wolności, której nikt mi nie odbierze". Na początku zdjęć myślałam, że sama byłabym zbyt krucha i słaba, by myśleć o życiu w ten sposób. Z biegiem czasu taka postawa stała mi się jednak zaskakująco bliska. W pewnym sensie film pomógł mi osiągnąć dojrzałość i docenić urok tego stanu, nawet jeśli wciąż uważam, że każdy powinien zachować w sobie coś z dziecka.

Czy podobnie myśli Nathalie?

Jak najbardziej. Duża w tym zasługa Isabelle Huppert, która potrafiła wyposażyć postać poważnej nauczycielki filozofii w iście dziecięcy entuzjazm i ciekawość świata. Pamiętasz scenę pod koniec filmu, w której Nathalie odwiedza gospodarstwo swojego byłego ucznia i na widok zagrody pełnej osiołków rozczula się i wspomina, jak bawiła się z tymi zwierzętami, gdy była mała? Cały ten monolog został w całości zaimprowizowany przez Isabelle!

Co właściwie sprawiło, że do roli Nathalie postanowiłaś zaangażować akurat Huppert?

François Truffaut powiedział kiedyś, że dobry aktor to taki, który nie próbuje uczynić postaci inteligentniejszą, niż jest w rzeczywistości. Wiedziałam, że Isabelle doskonale spełnia to kryterium, i bynajmniej się nie zawiodłam. Huppert na pewno domyślała się na przykład, że Nathalie czuje pożądanie wobec wspomnianego ucznia. Gdyby zdecydowała się to podkreślić, na pewno uczyniłaby swoją rolę bardziej efektowną i wyrazistą. Ona jednak postanowiła pozostawić tę kwestię w sferze niedopowiedzeń, by w ten sposób pozostać wierną osobowości Nathalie, która do samego końca nie wie, czy powinna ryzykować ośmieszenie i odsłaniać się ze swoimi uczuciami.

"Co przynosi przyszłość", choć pogodny, nie jest wolny od melancholii, która stanowi jedno z kluczowych pojęć dla twojej twórczości. W kolejnych filmach oddajesz całe spektrum jej wewnętrznego zróżnicowania – od postaci najcięższej do zaskakująco łagodnej.

Kilka tygodni temu przeczytałam listy Vincenta van Gogha do jego brata. W jednym z nich wciąż jeszcze młody Vincent pisze, że przepełnia go "aktywna melancholia". Gdy tylko zetknęłam się z tym stwierdzeniem, poczułam z nim głęboką więź i doszłam do wniosku, że coś podobnego charakteryzuje większość moich kobiecych bohaterek, a nawet mnie samą. Kilkanaście lat temu zaczęłam kręcić filmy właśnie po to, by przekształcić negatywną energię, która mnie wtedy przepełniała, w coś konstruktywnego.

Nathalie jest "aktywną melancholiczką" dosłownie i w przenośni. Nie bez powodu filmujesz ją niemal wyłącznie wtedy, gdy znajduje się w ruchu.

Wychodzę z założenia, że ludzie w żadnych sytuacjach nie są bardziej prawdziwi niż wtedy, gdy chodzą albo mówią. Wystarczy ich wtedy dobrze obserwować, a – choćby nie wiem jak zręcznie się maskowali – zdradzą wszystko o swoim aktualnym stanie. W przypadku mówienia bardziej znaczący niż treść często okazuje się zresztą sam sposób przekazywania komunikatów. Paradoks ten – widoczny także w "Co przynosi..." – fascynuje mnie już od dawna. Poświęciłam mu nawet swój pierwszy film krótkometrażowy "Apres mure réflexion". Składał się on z 13-minutowej sceny lunchu, który ojciec spożywa z dwójką dzieci. W trakcie posiłku mężczyzna pragnie zakomunikować, że rozchodzi się z ich matką. Choć przez cały czas chowa się za wyświechtanymi formułkami, autentyzm wyziera z jego spojrzeń, grymasów, momentów, w których decyduje się westchnąć albo zrobić pauzę.

Reżyserem, który również zwracał baczną uwagę na tego rodzaju szczegóły, był Eric Rohmer. Czy to dlatego chętnie wymieniasz go jako jednego ze swoich idoli?

Filmy Rohmera poznałam bardzo wcześnie, gdyż uwielbiała je moja matka. Stworzony przez tego reżysera świat, z całym swym czarem i subtelnością, od zawsze wydawał mi się zatem bardzo bliski. Zaludniający go bohaterowie to zresztą modelowi "aktywni melancholicy" – choć są pełni życia i humoru, większość z nich pozostaje podszyta jakąś tęsknotą albo niespełnieniem. To wszystko rozpoznawałam instynktownie już dawno temu, ale jeszcze bardziej doceniłam Rohmera, gdy sama zaczęłam zajmować się reżyserią.

Co wtedy szczególnie spodobało ci się w jego filmach?

Imponująca czystość stylu, wyrafinowanie, które bardzo przekonująco udaje prostotę. Rohmer nie musi na każdym kroku podkreślać tego, jak dobrym jest reżyserem, ci, którzy chcą, i tak dostrzegą to w sposobie, w jaki prowadzi kamerę albo posługuje się dialogiem. Podoba mi się ten brak zachłanności, pogodzenie ze świadomością, że nie wszyscy będą w stanie docenić takie kino. Pod tym względem staram się brać z niego przykład i nie przejmuję się tymi, którzy twierdzą, że w moich filmach za mało się dzieje albo że brakuje w nich wyrazistych konfliktów dramaturgicznych.

Choć uwielbiasz Rohmera i poruszasz w swoich filmach podobne tematy, między waszymi stylami istnieją jednak także istotne różnice.

Rzeczywiście, filmy Rohmera są oparte głównie na dialogu i utrzymane w zaskakująco szybkim tempie. Mnie tymczasem nigdzie się nie spieszy. Stawiam na dygresyjność i kontemplacyjny rytm, który bardzo dobrze znam z własnego życia.

Czy odważyłaś się już pokazać film swojej mamie?

Tak, była nawet jedną z pierwszych osób, które go widziały. Na szczęście zareagowała pozytywnie, w czym na pewno pomogło jej to, że jest wielką fanką Isabelle Huppert. "Co przynosi..." spodobało się zresztą mamie do tego stopnia, że któregoś razu zabrała do kina swojego niewidomego przyjaciela – profesora filozofii. Aby umożliwić mu uczestnictwo w seansie, musiała drobiazgowo opisywać każdą scenę. To oczywiście wkurzyło innych widzów, którzy zaczęli krzyczeć na mamę, nie mając pojęcia, że besztają właśnie osobę, która zainspirowała oglądany przez nich film. Choćbym nie wiem jak się starała, nigdy nie wymyśliłabym czegoś bardziej komicznego.