MARTA BAŁAGA i KUBA ARMATA: Wychowałeś się w komunie bardzo podobnej do tej, jaką pokazujesz w filmie. Nawiązałeś w nim do własnych doświadczeń?

THOMAS VINTENBERG: Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Starałem się, by ten film był osobisty, ale nie dochodzi w nim do naruszenia mojej prywatności. To fikcja. Kilka anegdot, które przytaczam, wydarzyło się naprawdę. Na przykład: przez pewien czas naprawdę mieszkaliśmy z kolesiem, który robiąc porządki, za każdym razem zabierał moje rzeczy i je... palił. Straciłem w ten sposób wiele par trampek. "Komuna" nie jest jednak oparta na faktach. Jest oparta na prawdziwych uczuciach. Niezłe, prawda? Od dzisiaj będę to mówił wszystkim dziennikarzom.

Grająca główną rolę Trine Dyrholm na każdym kroku podkreśla, że dałeś swoim aktorom wiele swobody. Zawsze pracujesz w ten sposób?

Zawsze daję im takie złudzenie. Pozwalam wierzyć, że mają nad czymś kontrolę. Trine ma jednak trochę racji – zwłaszcza jeśli chodzi o jej postać, bo od początku było dla mnie jasne, że Anna odegra w tym filmie szczególną rolę. Musiała się odsłonić, pokazać swoją nagość i ból. Najpierw trzeba było jednak zadbać o to, by poczuła się pewnie, bo tylko wtedy mogła zatracić się w roli. Trine wniosła sporo poprawek do scenariusza, ale dla każdego było jasne, kto jest reżyserem tego filmu. Nie chodziło tu o psychologiczne gierki.

Niedługo po raz pierwszy sama stanie za kamerą. Rozmawialiście o tym?

Nie, a pewnie powinniśmy (śmiech). Chętnie udzielam rad. Zwłaszcza jeśli wydaje mi się, że rzeczywiście mogę komuś pomóc. Choć tak naprawdę za każdym razem, kiedy zaczynam film, czuję się jak amator.

Zaskoczyło nas trochę to, jak dobrze ułożona jest ta komuna. Kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy o twoim filmie, nasze oczekiwania były nieco inne.

Każdy zawsze oczekuje czegoś innego. Zwykle – wybitnego dzieła. Ludzie mają swoje fantazje na temat tego, co dzieje się w komunach. Od razu wyobrażają sobie nagich ludzi uprawiających wolną miłość. Kiedy dorastałem, na mojej ulicy było trzydzieści domów i aż sześć z nich stanowiły komuny. Każda z nich była jednak zupełnie inna. Więc to trochę tak, jak gdyby zapytać, czego można się spodziewać po rodzinie. Wszystkiego! Nasza komuna była dość burżujska. Jej mieszkańcom dobrze się powodziło, składali się na nią nauczyciele, dziennikarze, filozofowie, bezrobotni pisarze. Wiedli dość przyzwoite życie. Z tym że wiedli je wspólnie. W komunie takiej jak nasza nie chodziło o to, żeby dzielić się partnerami seksualnymi, tylko zwykłą codziennością. Kiedy zaczynasz z kimś mieszkać pod jednym dachem, dzieje się coś interesującego. Każdy z nas ma rzeczy, które chce pokazać światu, i inne, które chce przed nim ukryć. Wtedy nie ma takiej możliwości. Wszystkie demony od razu wychodzą na jaw. I jest to piękne, bo to właśnie prawdziwa nagość. Świadomość własnych słabości łączy ludzi bardziej niż więzy krwi. A tak z ciekawości, czego się spodziewaliście po "Komunie"?

Rozpusty w stylu dzieci kwiatów. Twoi bohaterowie są znacznie bardziej udomowieni. Zamiast zażywać narkotyki, dyskutują przy kolacji o codziennych problemach.

My też tak robiliśmy. Żyłem w komunie przez dwanaście lat. Komuna w 1975 roku stanowiła chaotyczną zbieraninę na wpół pijanych ludzi, którzy czuli się seksowni, bo robili coś, co stało w opozycji do reszty społeczeństwa. Zrywali z patriarchalną rodziną nuklearną i wspólnie tworzyli coś zupełnie innego. Nawet wtedy, kiedy była to komuna pierwszej klasy, bo stać ich było na wygodne domy w bogatej części Kopenhagi. Zawsze chodziło przede wszystkim o dzielenie się z innymi. Ten, który zarabiał najwięcej, proponował, żeby dokładać się do czynszu proporcjonalnie do zarobków. Co oznaczało, że on sam będzie płacił trzy razy tyle. Takich ludzi już nie ma. Dziesięć lat później w tym samym domu zamieszkują może nawet te same osoby, ale już tylko dlatego, że nie chce im się przeprowadzać. Bo lubią swój ogród i mają zaufaną sprzątaczkę. A kiedy idą do baru, niektórzy z nich zawsze zamawiają wodę mineralną i kiedy ktoś zaproponuje, żeby podzielić rachunek, od razu podnoszą sprzeciw, bo woda jest przecież tańsza niż piwo. Świat się zmienił. Dlatego nie mówię w tym filmie o tym, co oznacza życie w komunie. Pokazuję, jak wyglądało w tym konkretnym czasie, w moim przypadku.

Młodzi ludzie też często decydują się teraz zamieszkać razem.

Ale robią to z czysto praktycznych powodów, a w lodówce każdy ma swoją osobną półkę. W latach 80. indywidualizm i prawo do prywatności stały się najważniejsze. Nie ma w tym nic złego, lecz to zupełne przeciwieństwo tego, co pamiętam z dzieciństwa. I tak już zostało. Każdy żyje osobno – nawet jeśli dzieli z kimś mieszkanie. Współczesna komuna to rozwiązanie podyktowane względami praktycznymi, a nie ideologia czy styl życia.

Tęsknisz za tamtymi czasami?

Tak, odczuwam pewną tęsknotę. Tęsknię za tym, jak wyglądało życie w 1975 roku. Miałem wspaniałe dzieciństwo, bo dzieliłem je z tyloma osobami. Z mojego punktu widzenia każdy dzień był wyjątkowy. Życie w komunie uczyniło mnie tym, kim jestem. Ale ten film pokazuje konfrontację rzeczywistości z pewną ideą, która nie dla wszystkich kończy się dobrze – niektórzy umierają, innym rozpadają się małżeństwa. Ludzie się starzeją i muszą pogodzić się z tym, że nawet najbliższa osoba może pewnego dnia wymienić ich na nowszy model. Te wszystkie brutalne, cyniczne stwierdzenia mają w moim filmie swoje odzwierciedlenie. Nie boję się ich pokazać. Więc nie jest to sytuacja, kiedy tęsknota przesłania wszystko, co brzydkie.

"Komuna" jest chyba najbliższa twojemu debiutanckiemu filmowi "Festen". Pojawiają się w niej ci sami aktorzy, opowiada o niewielkiej grupie ludzi. Zważywszy na to, że ostatnio robiłeś takie filmy jak "Z dala od zgiełku", czy stanowi to dla ciebie powrót do przeszłości?

Raz na jakiś czas sobie na to pozwalam. Odczuwam znacznie większą presję, gdy realizuję własne projekty. Ale w Danii możesz uważać się za króla kina niezależnego, a w Hollywood będziesz tylko wyrobnikiem, którego ktoś wynajął. Co jest fantastyczne, bo wtedy odpowiedzialność spada na kogoś innego. Lubię ten brak zobowiązań. Ale raz na jakiś czas pojawia się świetny scenariusz, który przypomina mi, dlaczego zdecydowałem się na ten zawód. Bo zawsze chodzi o to, żeby stworzyć bohaterów i sytuacje, które zostaną z tobą na dłużej. Jeśli uda ci się stworzyć kogoś jak Don Corleone, to trochę tak, jakby rodzinie przybył nowy członek. Wykreowałeś coś, co żyje. Największy sukces osiągnąłem, grzebiąc we własnym ogródku. Ale nie oznacza to, że nie interesuje mnie to, co jest poza nim.

Jak spoglądasz teraz na osiągnięcia Dogmy, którą współtworzyłeś wraz z Larsem von Trierem i Kristianem Levringiem?

Dogma dała nam pewność siebie, wiązało się z nią jednak pewne ryzyko. Wzbudzała w ludziach agresję – podchodzili do mnie na ulicy tylko po to, żeby się na mnie wydrzeć: "Niszczysz swoją karierę, natychmiast przestań!". Operatorzy filmowi nas nienawidzili, bo na nic im nie pozwalaliśmy. Dyrektor duńskiej szkoły filmowej pisał o nas długie, posępne artykuły. Wielu uważało Dogmę za samobójczą misję i dzięki temu rzeczywiście udało nam się wywołać małą rewolucję. A potem wreszcie udało nam się przekonać ludzi, odnieśliśmy sukces i wszystko się spieprzyło. Zależało nam na tym, żeby tworzyć kino w stanie czystym – odrzeć je ze wszystkiego, co zbędne. A nie na tym, żeby stworzyć nową modę. Kiedy najważniejsze festiwale filmowe zaczęły błagać nas o nowe filmy, a pewna firma zaczęła produkować meble z tą metką, stało się dla nas oczywiste, że czas Dogmy minął. I każdy z nas zajął się czymś innym. Z tych czasów pozostała we mnie ambicja, by moje filmy były tak proste, jak to tylko możliwe. I konfrontacyjne – przynajmniej do pewnego stopnia.

To już twój trzeci wspólny film ze scenarzystą Tobiasem Lindholmem. Jak zaczęła się wasza współpraca?

Jesteśmy bliskimi przyjaciółmi. Mamy wspólnych znajomych, znamy swoje rodziny. Ale myślę, że uważamy się raczej za tandem rowerowy. Tobias jest dla mnie wzorem – jest bardzo dobry w tym, co zawsze stanowi dla mnie problem. Wspólnie opracowujemy strategie, a potem się rozstajemy – on wyrusza pierwszy, a ja jadę za nim w pewnej odległości. Chcemy pisać jak Hemingway – mieć mnóstwo czasu i pić tyle, ile się da. Jak na razie trochę nam to nie wychodzi – przesiadamy się z jednego samolotu w drugi, a alkohol kupujemy w strefach bezcłowych. Lubię pracować z ludźmi, których dobrze znam – to bardzo przyjemne uczucie. Ale też dość klaustrofobiczne, dlatego czasem muszą zekranizować powieść Hardy’ego albo zrobić film o tragedii Kurska. Tak samo jest w "Komunie": kiedy ludzie zbyt się do siebie przyzwyczają, przestają się starać. Każdy, kto jest żonaty, od razu zrozumie, o co mi chodzi.

Twój najnowszy film, nad którym ponownie pracujesz z Tobiasem, będzie opowiadał o piciu.

Tak, to będzie mój kolejny duński film, choć może wcześniej zrealizuję jeszcze jeden projekt. Będzie stanowił pochwałę picia. Chcę opowiedzieć w nim o tym, że taki pijak jak Winston Churchill wygrał wojnę. Że najlepsze książki powstawały pod wpływem alkoholu. Alkohol pomaga nam nawiązywać więzi i wznieść się na inny poziom. Wiem, że doprowadza ludzi do śmierci, i właśnie dlatego jest to tak ironiczne. Nasze społeczeństwo jest wyjątkowo pruderyjne, rozsądne i politycznie poprawne. Nic dziwnego, że tyle pijemy (śmiech). Kiedy patrzę na moje pokolenie, widzę zestresowanych ludzi. Wszyscy są ciągle zajęci, w biegu i nie uprawiają seksu. A przynajmniej nie dość często. Nie przeprowadzałem żadnych badań, ale odnoszę wrażenie, że wszyscy starają się teraz być w kilku miejscach naraz. I przez to nie mogą być tak naprawdę nigdzie. Rodziny siedzą razem przy stole i każdy jest zajęty czymś innym. To choroba. Ludzie powinni się wyluzować i napić trochę piwa. I kogoś zaliczyć.