Powiedziałeś, że jesteś fanem "Helu", debiutu Katii Priwieziencew i Pawła Tarasiewicza, w którym to filmie zagrałeś. Dlaczego?

Po prostu lubię ten film (śmiech!). Lubię sposób narracji, w jakim opowiedziana jest ta historia. Temat prawdy i kłamstwa, granica fikcji i rzeczywistości zawsze mnie pociągała. Paweł i Katia zaaranżowali na polskim półwyspie przedziwny świat z lat 70 tych, który dodatkowo pachnie Ameryką tego okresu.  I to, że obok aktorów zawodowych zagrali aktorzy nieprofesjonalni. Bardzo lubię ten rodzaj obecności w kinie, polegający na portretowaniu unikatowej osobowości, na byciu , a nie graniu. Uwielbiam kino Carlosa Reygadasa i Bruno Daumonta, oni także pracują z naturszczykami.

Ostatni film Dumonta "Ma Loute" to jednak film z doskonałą i liczną zawodowa obsadą…Juliette Binoche, Fabrice Luchini, Valeria Bruni Tedeshi.

No tak, ale i tutaj a zwłaszcza we wcześniejszych filmach Dumont miesza aktorów profesjonalnych z amatorami. Podobnie było u nas.  Philip Lenkowsky i ja jesteśmy zawodowymi aktorami, podczas gdy Kasia Paskuda i Małgosia Krukowska nie. W filmie pojawiają się także mieszkańcy Helu. Bardzo lubię ten sposób pracy i rodzaj aktorstwa polegający na tym, że bardziej się siebie obserwuje, swoją ludzką kondycję. Można wtedy zobaczyć człowieka, nie aktora. Jest to dla mnie jako dla widza znacznie ciekawsze. Także jako dla aktora, bo to jest inny rodzaj przebywania na planie, z postaciami , a nie aktorami odgrywającymi postacie.

Nie chowania się za wachlarzem wyuczonych zachowań, manieryczności, rutyny?

Między innymi. Ja także staram się szukać w sobie tych przestrzeni, które odpowiadają za naturalność, za "naturszczykowatość" Z Philipsem, który jest aktorem, praca była ogromną przyjemnością. Chodzi o kulturę jego pracy, jego talent, sposób w jaki miedzy nami "szyliśmy" sobie różne niuanse naszych rol. Wymienialiśmy się swobodnie spostrzeżeniami  i pomimo dużej różnicy wieku świetnie się dogadywaliśmy. Z kolei sposób, w który pracowałem z Małgosią był nie do przewidzenia. Nigdy nie wiedziałem co będzie dalej i to mi się właśnie podobało.

Chodziło ci o to, by bardziej być niż grać?

Tak. I to jest ideał, do którego dążą aktorzy, żeby nie było wiadomo do końca czego się spodziewać po ich bohaterach.

To właśnie może być trudne dla widzów oczekujących klarowności postaci i ich przewidywalnych zachowań.

Tak i ja to potrafię pojąć. To jest art house, podobnie jak "Hardkor Disko" nie każdy się na ta przygodę załapie. "Hel", można odebrać poprzez przyjrzenie się sobie . To fabularny, oniryczny, pretekst do refleksji z subtelną dawką humoru. Nie jest to więc śledzenie historii o tym, kto i dlaczego zabił ale opowieść o kondycji artysty, twórczości, o tym jak cienka i niebezpieczna jest granica między fikcją a rzeczywistością, kłamstwem i prawdą. To także film o tym, co się dzieje kiedy to, co tworzymy może nami zawładnąć.

W "Helu" wszystko jest nie tym co się jawi i wydaje. Każdy jest podejrzany. Dziwny amerykański pisarz Jack, dziewczyna nie pasująca do stereotypu tancerki na rurze, tajemniczy Kail pilnujący opuszczonego campingu z nietypowym hobby, jakim jest poddawanie zainteresowanych testom na prawdomówność. Wariograf Kaila pokazuje, że czasem prawda w postaci linii prostych jest najbardziej skomplikowana... w przeciwieństwie do krzywych kłamstwa.

To co mówisz bardzo mnie cieszy. Bo to jest twoja własna interpretacja. I to jest dla mnie bardziej ciekawe, niż to jak ja to odbieram. To co najbardziej cenię w spotkaniu ze sztuką jako twórca ale i odbiorca to moja własna interpretacja, moja osobista przygoda bez względu na to, czy to jest odczytanie właściwe czy nie, czy udało mi się podążyć za twórcą czy przeciwnie. Ten kontakt odbiorcy z danym dziełem, to coś bardzo intymnego. Ciekawi mnie, w jaki sposób odbija się, to co my robimy - w myśleniu i reakcji widza.

W każdej twojej roli pozostawiasz przestrzeń dla widza, dla jego interpretacji. I w Magiku z "Jesteś Bogiem" i w Marcinie z "Hardkor Disko" czy w Kailu z "Helu" tkwi jakaś tajemnica, niedopowiedzenie.

Jeżeli w bohaterze jest tajemnica to mnie jako aktora dodatkowo mobilizuje ,żeby się do niego całym sobą zbliżyć. Natomiast  praca polega na pozostawieniu widzowi tej przestrzeni niedopowiedzenia również, tak aby  on także miał szanse powolnego procesu zbliżenia się do postaci, a może właśnie do siebie?
Kino operujące metaforą wydaje mi się bardziej pojemne. Podczas budowania roli Kaila też miałem możliwość refleksji nad sobą. Czasem reżyserzy zapraszają cię do rozmowy, bo czasami tak bywa - nie wiedzą w jaką stronę pójdą, gdzie ich ta przygoda zaprowadzi. Cenię sobie to, że możemy razem się spotykać, wymieniać pomysłami, robić coś razem nie wiedząc do końca, jaki będzie efekt ostateczny. Podoba mi się, że oni dają sobie ten przywilej, tę przygodę, żeby dużej szukać odpowiedzi, żeby się konfrontować z tym, o co im chodzi i o czym chcą opowiedzieć.

Nie zapytam cię więc kto zabił i dlaczego ale czy jedną z inspiracji nie był trop z "Czerwonego Pająka" w reż. Marcina Koszałki. I tam i w thrillerze "Hel" pojawia się Mistrz zbrodni i zafascynowany nim Uczeń.

Nie.(śmiech!) Nie to było inspiracją. Powodem do sięgnięcia po figurę -morderca i zafascynowany nim naśladowca, była chęć odwrócenia relacji i skupienia się na portretowaniu, podświadomego pociągu do bycia oprawcą. Chcieliśmy opowiedzieć o tym, jak bardzo mieszają się światy fantazji i realności. Chodzi o wewnętrzną przygodę widza. emocjonalną i intelektualną. "Hel" opowiedziany jest za pomocą intensywnych obrazów. Jest to język poetycki, surrealistyczny, oniryczny, alkoholiczny, zapraszamy do świata który, celowo wymyka się z pod kontroli logiki i przyczynowo skutkowości. Głównym bohaterem jest przecież pisarz, Jack autor scenariusza, który czuje pustkę.
Jest zainspirowany postacią miejscowego przygłupa z wariografem Kailem.
Bohaterowie przyglądają się sobie, aż w końcu zaczynają się w sobie przeglądać.

W słynnych scenach obcinania języka, miałam skojarzenia z Bunuelem i jego brzytwą przystawianą do oka..

"Hel" operuje różnymi środkami stylistycznymi kina lat 70-tych, nie tylko europejskiego ale i amerykańskiego. Mimo, iż są to sprawy wtórne, mam wrażenie, że "Hel"  jest autorskim kinem, wynikającym z wewnętrznej,  intymnej potrzeby twórców, natomiast jako dzieło postmodernistyczne czerpie z historii kina artystycznego, wykorzystuje jego środki stylistyczne, poetykę, chwyty. Są one sparafrazowane na potrzeby tego, co opowiadamy dzisiaj.

Co masz w planach? Dokąd zmierzasz?

Sam często siebie o to pytam.(śmiech!) Niedawno skończyłem zdjęcia do hollywoodzkiej produkcji. Od lutego do maja  kręciliśmy w  Kanadzie. Reżyserował Albert Hughes. To jest film o pierwszych osadnikach z epoki… lodowcowej sprzed 20 tys. lat. Więc teraz trochę odpocznę i później, pewnie znowu, spróbuje pomóc opowiedzieć jakiś świat.

No to niezły przeskok…z Helu.

(śmiech!) To prawda. Duże, komercyjne kino z pomysłem i scenariuszem Alberta. To film o dojrzewaniu i o przetrwaniu. Więcej nie mogę na razie powiedzieć.

Możesz jednak chyba zdradzić jak doszło do tego, że w tej produkcji zagrałeś?

Albert, który wcześniej zrealizował "Ksiegę ocalenia" był w jury na festiwalu Camerimage i tam zobaczył "Jesteś Bogiem" a rok później  "Hardkor Disko" i  zaprosił mnie do współpracy. Spodobał mi się jego sposób ekspresji, przede wszystkim potrzeba opowiadania i to o czym chce opowiedzieć. Premiera pewnie w przyszłym roku.

Aktorstwo to dla ciebie tylko przystanek? Myślisz o reżyserii?

Cały czas jestem jeszcze przed debiutem. Chodzi mi po głowie mnóstwo pomysłów. Może jak będę miał 50 lat to przyjadę do Koszalina z debiutem reżyserskim , późnym… (śmiech!) Od dawna mnie kusi, ale do tego trzeba mi jeszcze dojrzeć.

Na razie masz już całkiem sporo nagród aktorskich na swoim koncie. Między innymi jesteś laureatem Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego, Złotej Kaczki dla Najlepszego Aktora za film "Jesteś Bogiem", Nagrody za Najlepszy Debiut Aktorski w obrazie "Jesteś Bogiem"… To ma dla ciebie duże znaczenie?

Dla mnie duże znaczenie ma kino. Duże znaczenie mają ludzie z którymi mogę się spotkać przy pracy. Jeśli wszystko się dobrze układa , to na końcu są też nagrody i jest miło. Natomiast jeżeli nie ma nagród to mnie znaczy ,że coś poszło nie tak. Sztuka, talent, dzieło, bohomaz, to są zazwyczaj bardzo relatywne pojęcia i nagrody przyznaje jakaś niewielka grupa ludzi tzn. jury. Też  miałem okazje przyznawać nagrody na jednym z festiwali i podszedłem do tego zadania z największą odpowiedzialnością,  nie zapominając jednak, że pomimo moich uzasadnień werdyktu, pozostaje to w kwestiach gustów.
Tak więc,  nagrody to przyjemny dodatek, ale nie meritum.

A o pracy zagranicą myślisz? Masz już za sobą pierwsze doświadczenia.

Nigdy o tym wcześniej nie myślałem, ale okazało się, że zostałem do takiej pracy zaproszony. Dodatkowo okazało się, że znalazłem w sobie potrzebę opowiedzenia tej historii , z którą przyszedł do mnie Albert. Dla mnie prywatnie to było ważne, że teraz mogę budować postać w oparciu o chęć przetrwania w odróżnieniu od postaci, które kreowałem wcześniej. To się skończyło dobrze. W tym sensie, że dobrze się nam razem pracowało. To duże szczęście! Jeżeli znowu się przytrafi - to wspaniale. Praca w obcym języku to duże wyzwanie i jest możliwość zobaczenia świata. Oprócz tego miałem okazję  doświadczyć na własnej skórze, jak się robi film z tak ogromnym budżetem.  W zasadzie plan filmowy działa dokładnie na tej samej zasadzie na całym świecie, natomiast to, co zwróciło moją uwagę, to ogromna kultura pracy i profesjonalizm.

Reżyserzy z którymi chciałbyś pracować, to...?

Obecnie najbardziej fascynują mnie, wspomniani już Bruno Dumont i Carlos Reygadas. Lubię oglądać ich filmy, bo tam jest inna przestrzeń dla aktora i widza. Ale  nikt nie gwarantuje, że znalazłabym wspólny język z reżyserami których kino uwielbiam. Bardziej doceniam przypadkowość, którą  niesie życie i chętnie dam się zaskoczyć. Wole się nie nastawiać. Nie chciałbym być rozczarowany i dzięki temu faktycznie rzadziej mi się to przytrafia.