Słyniesz z eleganckich komedii obyczajowych. Mimo to twoje filmy często spotykały się z niełatwym przyjęciem. Jak myślisz, dlaczego?
Whit Stillman: To bardzo dziwne – moje filmy nie są przecież kontrowersyjne. Jest tyle innych tytułów, które powstają chyba tylko po to, żeby prowokować, a widownia nawet nie mrugnie okiem. Myślę, że działo się tak dlatego, iż opowiadam o niewidzialnych tabu. Kiedy poruszasz kwestię podziałów klasowych, a twoi bohaterowie należą do burżuazji, często okazuje się, że oburza to ludzi znacznie bardziej niż drastyczne sceny przemocy. Kiedy coś nie stanowi już palącego problemu, ludzie stają się na tym punkcie jeszcze bardziej przewrażliwieni. Denerwują się, choć często nie mają ku temu powodu.

Kiedy przekonałeś się, że dla wielu widzów twoje filmy są nie do przyjęcia, nie kusiło cię, by zacząć opowiadać o czymś zupełnie innym?
Kilka razy przeszło mi to przez myśl, ale szybko zdałem sobie sprawę, że to pułapka. Zawsze znajdzie się ktoś, komu nie podoba się to, co robisz. Nie warto zamartwiać się czymś, co inni zbywają wzruszeniem ramion. Ich podejście jest znacznie lepsze, bo ludzie zawsze znajdą sobie jakiś powód do narzekań. Przekonałem się o tym, robiąc "Barcelonę". To mój jedyny film, w którym główni bohaterowie byli mężczyznami. A i tak od razu dostało mi się za to, że przedstawione w nim kobiety potraktowane są po macoszemu. Z mojego punktu widzenia miało to sens – tym razem opowiadam o mężczyznach, następnym razem opowiem o kobietach. Wtedy wszyscy będą zadowoleni – myślałem – bo wciąż powtarza się, że nie ma dobrych ról dla kobiet. Więc zrobiłem "Rytmy nocy" i "Pannice w opałach", a krytycy krzyczeli: "Czemu ten stary dziad robi filmy o młodych dziewczynach?". Nie można się przejmować takimi rzeczami. Choć kiedy robiłem pilot serialu dla Amazona, trochę się martwiłem, bo to widzowie decydują, czy będzie miał szansę powstać. No i stwierdzili, że bohaterowie "The Cosmopolitans" są niesympatyczni i do tego jeszcze żaden z nich nie pracuje. A akcja odcinka rozgrywała się podczas weekendu!

Jest szansa na to, że kiedyś powstanie pełny sezon?
Taką mam nadzieję. Chyba zacznę od nowa i poprowadzę historię w zupełnie innym kierunku, niż wskazywałby na to pilot. Nie wiem nawet, czy będzie opowiadał o tych samych ludziach. Chcę dać sobie wolną rękę.

Kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy, że zaczynasz pracę nad adaptacją prozy Jane Austen, nasza reakcja była identyczna: nareszcie! Jej wpływ widać w każdym z twoich filmów.
Od początku czułem, że to właściwa decyzja. Realizacja filmu "Przyjaźń czy kochanie?" zajęła mi sporo czasu, bo robiłem go dla siebie – nikt nie zlecił mi tego projektu. Więc za każdym razem, kiedy pojawiała się możliwość zarobienia jakichś pieniędzy, musiałem odkładać go na bok. Ostatecznie wyszło mu to na dobre, choć tak naprawdę dopiero kiedy zaczęliśmy pracę z aktorami, scenariusz nabrał konkretnego kształtu. Wprowadziłem wtedy sporo zmian. Zawsze krytykowałem ludzi, którzy tak robią. Okazało się jednak, że ma to sens – dopiero wtedy wiesz, z czym będziesz sobie w stanie poradzić.

W tym przypadku wiedziałeś to już znacznie wcześniej: grające główne role Kate Beckinsale i Chloë Sevigny zagrały razem także w "Rytmach nocy".
Podczas castingu zacząłem myśleć: A co, gdyby udało nam się przekonać Chloë Sevigny i Kate Beckinsale? Kate była logicznym wyborem do roli Lady Susan – każda osoba odpowiedzialna za casting powtarzała, że byłaby świetna. Poza tym wcześniej zagrała w telewizyjnej adaptacji "Emmy" Jane Austen. Kate była bardzo dobra w "Rytmach nocy", ale w "Przyjaźń czy kochanie?" jest fantastyczna – to jej film. Udział Chloë nie był aż tak oczywisty, ale zagłębiłem się trochę w ówczesną politykę i odkryłem, że w tamtym czasie w Londynie mieszkało sporo torysów – z powodu przekonań politycznych musieli wrócić do Wielkiej Brytanii. Więc jej postać to amerykańska banitka. To było bardzo pozytywne doświadczenie. Może nawet najlepsze w całej mojej karierze. Po raz pierwszy pracowałem nad tekstem kogoś innego i sprawiło mi to ogromną przyjemność.

"Lady Susan" to właściwie nieznany tekst Austen. Co cię w nim zainteresowało?
Uwielbiam Austen i darzę ją ogromnym szacunkiem. Po obsesji na punkcie Fitzgeralda i Tołstoja przyszedł w moim życiu czas na obsesję na punkcie Austen – cierpi na nią wyjątkowo wielu ludzi (śmiech). Przez te wszystkie lata proponowano mi adaptacje jej słynnych powieści, ale zawsze wydawało mi się, że to właśnie te nieukończone lub nie do końca udane dzieła byłyby znacznie ciekawsze. "Lady Susan”, którą opublikowano po jej śmierci i pod innym tytułem, niż początkowo zakładała, to powieść epistolarna. Zwykle można ją znaleźć jako dodatek do innych dzieł. Austen napisała coś, co jest diabelnie zabawne, ale podane w zupełnie nieprzyswajalnej formie. Ten tekst jest jak kamienny blok humoru – można połamać sobie na nim zęby.

Ty jednak wyszedłeś z tego starcia bez szwanku.
Miałem do swojej dyspozycji tekst, którego nikt nie zna, i mogłem zrobić z niego coś nowego. To dało mi sporo pewności siebie. Z tym że teraz znalazłem się w podbramkowej sytuacji. Lubię pisać powieści i przychodzi mi to znacznie łatwiej, kiedy już znam bohaterów. Zdeklarowałem się więc napisać książkę na podstawie filmu. Z jednej strony jest to ciekawe, bo mój tekst będzie zupełnie inny – to nie tyle aktualizacja powieści, ile zupełnie osobny twór. Aż boję się myśleć, co mnie teraz spotka: wziąłem oryginalny tekst Jane Austen, zmieniłem go, a teraz piszę powieść uwzględniającą te zmiany. Ale wydałem już połowę zaliczki, więc nie ma odwrotu.

Gdyby zmienić czas i miejsce akcji, twój debiut "Metropolitan" też mógłby zostać napisany przez Austen. Zaskoczył cię jego sukces?
Kiedy pisałem scenariusz "Metropolitan", bez przerwy czytałem jej powieści. Stąd wzięła się zresztą scena, w której bohaterowie dyskutują na temat "Mansfield Park". Miałem nadzieję, że spodoba się widzom. Dlatego trochę zaskoczyło mnie, że na początku wciąż spotykałem się z odmowami – odrzuciły go wszystkie ważniejsze festiwale filmowe. Zresztą często jest tak, że ktoś na początku mówi mi "nie". Kiedy próbowałem dostać się na Harvard, przedstawiciel uniwersytetu nie był mną specjalnie zainteresowany. Zapytał, co chciałbym robić w życiu, a ja zacząłem opowiadać mu, w jakiej roli widziałby mnie mój ojciec. Według niego powinienem pójść na Harvard, tak jak on, potem studiować prawo, wstąpić do Partii Demokratycznej i zająć się polityką. Kiedy to mówiłem, zdałem sobie sprawę, że wcale nie chcę, żeby tak wyglądała moja przyszłość. Chciałem być jak Scott Fitzgerald, podróżować po świecie i pisać powieści. Więc w trakcie tej nieudanej rozmowy kwalifikacyjnej postanowiłem zostać artystą. Ostatecznie się tam dostałem, bo moja matka zadzwoniła do kilku osób i mnie przepchnęli. Z Sundance było podobnie – zawsze muszę wykorzystywać swoje znajomości.

Aż trudno w to uwierzyć. To właśnie świetne przyjęcie filmu na Sundance uważa się za początek twojej kariery.
Moi znajomi, którzy zobaczyli film jeszcze podczas montażu, powiedzieli, że bardzo im się podoba. Dopiero lata później przyznali, że jednak nie (śmiech). Ukończoną wersję pokazałem kilku hiszpańskim dystrybutorom, z którymi wcześniej współpracowałem. Usłyszałem, że film nie ma żadnego komercyjnego potencjału, a dzisiejsza młodzież nigdy nie utożsami się z tymi bohaterami. Tym zdaniem można by podsumować całą moją późniejszą karierę. Potem było jednak coraz lepiej – po Sundance trafiliśmy do Cannes. Gorzej było w Locarno, bo tłumacz źle przełożył moją wypowiedź i zamiast powiedzieć, że inspiruje mnie kino Jima Jarmuscha i Spike'a Lee, powiedział, że uważam się za nowego Jima Jarmuscha i Spike'a Lee. Od razu poczułem bijącą od widzów nienawiść, a potem wszyscy wyszli z kina. Siedziałem w kącie i nie widziałem ekranu, bo przechodziło przed nim tylu ludzi. Przez kilka dni byłem wrogiem publicznym numer jeden i wszyscy wytykali mnie palcami – tylko pewien polski krytyk miał kilka ciepłych słów.

"Przyjaźń czy kochanie?" to kolejny dowód na to, że nie boisz się dialogów o niczym. W kinie nie spotyka się tego zbyt często, o ile reżyser nie nazywa się Quentin Tarantino.
One zawsze mają jakieś ukryte znaczenie. Każdy element filmu musi służyć opowiadanej historii lub przedstawieniu postaci. Pamiętam, kiedy poszedłem na jeden z pierwszych seansów "Metropolitan". Siedziałem tuż za kilkoma krytykami, którzy podczas seansu nie przestawali gadać. Było dla mnie oczywiste, że jeżeli umknie im kolejna scena, w ogóle nie zrozumieją przesłania filmu. No i oczywiście umknęła. Nie chodzi o to, żeby wszystko wyjaśniać, bo ludzie powinni sami wpaść na to, co się dzieje. Muszą się jednak trochę skupić, a o to chyba coraz trudniej.

Może za dużo wymagasz od współczesnego widza?
Moje filmy zawsze miały w sobie coś z innej epoki. Chciałem, żeby takie były. Choć nie oznacza to, że nie interesuje mnie, co dzieje się obecnie w kinie. Podobają mi się nurt mumblecore, filmy Wesa Andersona. Wielu filmowców kontynuuje teraz to, co zaczęliśmy w latach 90. To dobry czas dla kina. Ktoś ostatnio narzekał przy mnie na to, ile powstaje obecnie filmów. Dobrze, że ludzie mogą sami zrealizować swoją wizję. Choć te wszystkie nowe modele dystrybucji i VoD to akurat nie moja bajka – chcę, żeby ludzie oglądali moje filmy w kinie.

Twój styl jest wyjątkowo spójny. Właściwie nie zmienił się przez te wszystkie lata.
Co jest moim przekleństwem, bo jeżeli komuś nie podobał się któryś z filmów, reszta też go raczej nie zainteresuje. Często opowiadam o tym, co mi się przytrafiło, ale potrzebuję czasu, żeby się z tym oswoić. Musi upłynąć jakieś pięć lat, żebym zdobył się na obiektywność. Krytycy piszą, że najchętniej podłożyliby pod moich bohaterów bombę. To ciekawe, bo intelektualiści Woody’ego Allena jakoś nikogo nie irytują, a ciągle gadają o tym samym. Choć pamiętam, że jeden dziennikarz skrytykował "Melindę & Melindę", ponieważ jego zdaniem bohaterowie mieli... podejrzanie duże mieszkania. Nie ma co tracić czasu na takich idiotów. Jane Austen też by się nimi nie przejęła.