Zaskoczył cię sukces filmu na festiwalu Sundance? Zdobyłaś tam nagrodę za reżyserię.
Alanté Kavaité: To był prawdziwy zaszczyt. W ogóle nie spodziewałam się, że tam trafimy, a co dopiero że zdobędziemy jakąś nagrodę. Cieszę się tym bardziej, bo ten film jest dokładnie taki, jak to sobie wymarzyłam.

Jest niezwykle zmysłowy.
Od początku zależało mi na tym, żeby nakręcić zmysłowy film, którego można by fizycznie doświadczyć, a nie tylko oglądać. Dlatego największą uwagę poświęciłam w nim emocjom, a nie dialogom. Sama historia jest bardzo prosta, bo nie chciałam wszystkiego wyjaśniać. Mam swoją wersję wydarzeń – na przykład tego, co tak naprawdę dzieje się pomiędzy Sangaile a jej matką. Ale to tylko moje zdanie. Wy możecie mieć inne.

Nie lubisz podawać wszystkich odpowiedzi?
Chciałam zostawić sobie miejsce na to, żeby pobawić się mise-en-scene. Pomysł na film przyszedł mi do głowy, kiedy prowadziłam warsztaty z młodzieżą. Zafascynowała mnie jej otwartość, elastyczność, spontaniczność. Młodość to czas odkrywania. Nagle okazuje się, że zamieszkujesz dorosłe już ciało, ale jeszcze nie wiesz, co się w nim kryje. To czas pierwszych razów. I nie chodzi mi tylko o miłość czy seks, ale wszystko inne: zapachy, smaki. Nie chciałam skupiać się na słowach. Także dlatego, że w tym okresie życia często bardzo trudno wyrazić to, co się czuje. Bawisz się metaforami, śnisz na jawie. Dla mnie ten czas jest przede wszystkim wizualnym doświadczeniem.

Pierwsza miłość to chyba najbardziej "filmowy" temat na świecie.
I najbardziej oklepany (śmiech). Opowiadając o zauroczeniu pomiędzy dwiema dziewczynami, chciałam pokazać, że stanowią dla siebie lustrzane odbicie. Tyle rzeczy je dzieli: pochodzenie, podejście do życia. Sangaile ma wszystko, ale zupełnie nie wie, co z tym zrobić. Austé nie ma nic, a zaraża bijącą od niej siłą. Podobało mi się zestawienie tych kontrastów z podobieństwem ich ciał. Kręcąc sceny miłosne, zależało mi na tym, żeby pokazać je z ich punktu widzenia, a nie siedzącego z boku obserwatora przyglądającego się dwóm dziewczynom, które się kochają – może dlatego tak bardzo irytują mnie wszelkie porównania do "Życia Adeli". Oddałam bohaterkom moje spojrzenie, bo nie chodziło mi o to, żeby się tam z nimi znaleźć. Chodziło mi o to, żeby stać się jedną z nich.

"Lato Sangaile" opowiada współczesną historię, ale ma w sobie coś z innej epoki. Dlaczego postanowiłaś nawiązać w nim do przeszłości?
Kiedy pracowałam nad filmem, wciąż myślałam o latach 60. Ale też o kinie japońskim, a zwłaszcza twórczości Yasuzo Masumury – szczególnie jeśli chodzi o kadrowanie. Miasto, w którym kręciłam, jest uważane przez Litwinów za najbrzydsze miejsce w kraju. Za betonową „pamiątkę” po sowieckiej okupacji. Ja uznałam je jednak za bardzo inspirujące. Austé, która mieszka w jednym z tych szarych budynków, także czuje się związana z tym okresem. Widać to w szytych przez nią sukienkach, słychać w muzyce, którą lubi. Ona pogodziła się z przeszłością swojego kraju; nie czuje się od niej odizolowana.

Uważasz, że akceptacja przeszłości może okazać się wyzwalającym doświadczeniem?
Tak, ale pod warunkiem że się z nią pogodzisz. To daje ci siłę i podstawę, na której możesz zbudować swoją teraźniejszość. O wielu młodych ludziach nie można tego powiedzieć – nie mówią po rosyjsku, nie znają historii naszego kraju i wcale nie chcą jej poznać. Spoglądają na nią jak na skamielinę, która nie ma z nimi nic wspólnego. A ja chciałam opowiedzieć o osobie, która byłaby jej świadoma i nie bała się z niej czerpać. To właśnie dlatego jest wolna.

W latach 30. wyczyny pilotki Amelii Earhart stały się symbolem wyzwolenia kobiet. Nagle okazało się, że wystarczy wsiąść do samolotu i zostawić patriarchalne społeczeństwo daleko w dole. Skąd pomysł, żeby opowiedzieć o samolotowej pasji?
Litwini mają na tym punkcie prawdziwą obsesję. Naprawdę! Sama nie wiem dlaczego. To wyjątkowo płaski kraj, czasem tylko natkniesz się na las czy jezioro. Mamy więc w sobie tę niezaspokojoną potrzebę, by choć przez chwilę znaleźć się trochę wyżej. Na początku zeszłego wieku mogliśmy pochwalić się dokonaniami kilku słynnych pilotów, którym udało się przelecieć nad Oceanem Atlantyckim. Wojna położyła kres takim dokonaniom, ale miłość została. Gdziekolwiek pojedziesz – a może być to najmniejsze miasteczko na zabitej dechami wsi – znajdziesz tam aeroklub. Nawet jeśli do swojej dyspozycji ma tylko dwa rozklekotane samoloty. Kochamy wszystko, co lata. Jest w nas to pragnienie, żeby wznieść się ponad powierzchnię ziemi.

Sangaile marzy o tym, żeby zostać pilotem. Cierpi jednak na lęk wysokości.
Zanim zrobiłam ten film, wiele rozmyślałam nad tym, jak wyglądała moja młodość. O tym, jak spędzałam wtedy lato. Pokazy lotnicze zajmowały w tych wspomnieniach ważne miejsce. Uznałam, że to świetna metafora. Moja bohaterka, której brakuje pewności siebie, jest introwertyczką, musi odnaleźć w sobie siłę. Siłę, której istnienia nawet nie podejrzewa. Sangaile to osoba w fazie konstrukcji; wciąż stara się ustalić, kim tak naprawdę jest.

To daje siłę – świadomość, że pokonało się własne ograniczenia.
Żeby być pilotem akrobacyjnym, musisz być w stanie kontrolować każdy swój gest. To zajęcie, które wymaga odwagi i niesamowitej precyzji. Chciałam pokazać konflikt osoby, która szuka czegoś, co stanowi jej absolutne przeciwieństwo. Kiedy poznałam Jurgisa Kairysa – znanego na całym świecie pilota, który ostatecznie pomagał nam przy realizacji filmu – bałam się, że wyśmieje ten pomysł. Że nie może być tak, że osoba cierpiąca na lęk wysokości marzy o lataniu. A on powiedział: "Wiesz co? Kiedy byłem dzieckiem, sam miałem ten problem". Okazało się, że jako nastolatek próbował zwalczyć ten paraliżujący lęk, chodząc po drzewach. Potem odkrył lotnictwo. Byłam w szoku. Okazało się, że ludzie, którzy namiętnie uprawiają sporty ekstremalne albo na przykład chodzą po linie, w przeszłości często cierpieli na lęk wysokości. Czy to nie wspaniałe?

Bardzo zaskoczyła nas muzyka, która pojawia się w filmie. Dlaczego postanowiłaś wykorzystać właśnie takie utwory?
Jeszcze zanim zabrałam się do pisania, wiedziałam, że będzie to bardzo muzyczny film. Nastolatki wciąż słuchają przecież muzyki – jest obecna w ich życiu od rana do wieczora. "Lato Sangaile" to film w stylu vintage; pojawia się w nim sporo litewskiej muzyki z lat 60. Dlatego potrzebowałam czegoś, co nada mu współczesny sznyt. Pracowałam nad tym z Jeanem-Benoît Dunckelem (połową popularnego francuskiego duetu Air – przyp. red.). Wykorzystaliśmy wiele istniejących wcześniej utworów takich zespołów jak Röyskopp. Myślę, że to właśnie muzyka nadaje tej historii lekkości.

Ścieżka dźwiękowa rzeczywiście jest wyjątkowo pogodna. Nie boisz się jednak poruszyć w filmie nieco mroczniejszych wątków.
Kiedy jest się młodym, wszystkie doznania są znacznie bardziej... intensywne. Także te niezbyt przyjemne. Ale ból czy skłonność do autodestrukcji są nam potrzebne do tego, żeby dorosnąć. Wiem, co mówię. W końcu sama byłam kiedyś młoda (śmiech). Wydaje mi się, że tworzenie leczy. Pomaga zagoić się starym ranom. Dzięki temu nie musisz godzinami leżeć na kanapie u psychoanalityka. To film o uczuciach. Czułam wiele z rzeczy, o których opowiadam. Ale nie jest to film autobiograficzny.