"Nienasyceni" to remake filmu "Basen" Jacques'a Deraya. Teraz realizujesz nową wersję "Suspirii" Dario Argento...
Luca Guadagnino: I na tym kończą się podobieństwa. A nie, przepraszam, pojawią się w niej twarze znane z "Nienasyconych". Jestem wielkim fanem "Suspirii". Uwielbiam ten film. Po raz pierwszy obejrzałem go, kiedy miałem 14 lat – po prostu mnie zaszokował. Miał w sobie magię i niesamowity magnetyzm. Niedawno znalazłem pamiętnik, który wtedy prowadziłem. Rozpisywałem się w nim na temat tego, jak będzie wyglądał mój remake tego filmu. Nie jest to więc jakaś nowa decyzja. I nie przypomina to sytuacji z "Basenem" – widziałem go wiele lat temu i nigdy mnie nie porwał. Więc moje podejście do oryginału jest zupełnie inne.

Popularność thrillera Deraya przypisuje się temu, co działo się poza planem filmowym; grający główne role Alain Delon i Romy Schneider byli wcześniej w długoletnim związku. Nie obawiałeś się, że pozbawiony tej sensacyjnej otoczki film nie będzie się w stanie obronić?
Nie jestem strachliwy. Nie lubię oryginału i nigdy nie byłem w stanie pojąć, czemu zawdzięcza swoją długowieczność. We Francji zyskał nawet status filmu kultowego! Nie obchodziło mnie to, jak powstawał. Najciekawsze było napięcie pomiędzy czwórką bohaterów. Kiedy osoby, które łączy wspólna przeszłość, nagle znajdą się w jednym miejscu, od razu robi się ciekawie.

Oryginalny tytuł filmu "A Bigger Splash" to także jeden z najsłynniejszych obrazów Davida Hockneya. Dlaczego postanowiłeś nawiązać do jego malarstwa?
Ten obraz był dla mnie jak objawienie. Jest w nim pewna tajemnica, która skutecznie wytrąca z równowagi. Oglądając go, odczuwamy zaniepokojenie. Zadajemy sobie pytania, na które nikt nie udziela nam odpowiedzi. Właśnie o tym opowiada ten film. Mówi o tym, co kryje się pod powierzchnią.

Mistrzem takiego podejścia jest amerykański reżyser Jonathan Demme – podobno wiele lat temu poświęciłeś mu pracę magisterską.
Uwielbiam Jonathana Demme'a! Jest najlepszym reżyserem na świecie. Podczas studiów postanowiłem napisać o jego kinie. Wywarł na mnie ogromny wpływ. To, w jaki sposób zgłębia postaci w swoich filmach, jak buduje fabułę, wykorzystuje muzykę. Myślę, że ten wpływ można odnaleźć we wszystkich moich filmach. A zwłaszcza w tym.

To ciekawe, bo czytając o twoich filmach, częściej przywołuje się inne nazwiska: Hitchcocka, Godarda...
Zadajcie sobie takie pytanie: kim są współcześni reżyserzy, którzy najpełniej korzystają z kanonu Hitchcocka? Claude Chabrol, Brian De Palma i właśnie Jonathan Demme. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że Demme to jeden z jego najzdolniejszych uczniów. W przypadku Briana De Palmy te nawiązania są zawsze widoczne na pierwszy rzut oka. Jonathan jest subtelniejszy. Myślę, że to także kwestia jego osobowości. To, jak buduje suspens w swoich filmach, ma źródło w twórczości Hitchcocka. I nie mówię tylko o "Milczeniu owiec" – to jest akurat dość oczywiste. Te tropy można znaleźć nawet w jego komediach.

We Włoszech kwestia nielegalnej imigracji wzbudza dziś spore kontrowersje. W "Nienasyconych" ten problem pojawia się jednak gdzieś w tle. Dlaczego?
Chciałem, by ten film miał w sobie rockandrollową nostalgię i odzwierciedlał dwoistość śródziemnomorskiej wyspy Pantelleria. Zależało mi na tym, by te wątki przewijały się przez cały czas; by stanowiły jego filar. Oznaczało to, że muszę szczerze pokazać wszystko, co kryje w sobie ta wyspa. Dla wielu uchodźców Pantelleria to wrota do Europy. To miejsce, gdzie przypływają ludzie, którzy chcą wypocząć, ale też ludzie, którzy przed czymś uciekają. Spotykają się tu osoby, dla których jedynym problemem jest to, jaki będzie lunch, i ci, którzy walczą o przeżycie. Chciałem to pokazać. Gdybym to zignorował, nie byłby to szczery film.

Miguel Gomes zrobił coś podobnego w trylogii "Tysiąc i jedna noc": opowiada o kryzysie, chowając się za opowiadanymi przez Szeherezadę baśniami.
Jeśli robiąc film, od razu skupisz się tylko na polityce, popełniasz poważny błąd. Musi stać za tym coś jeszcze: jakaś idea, element kreacji. Kino zawsze jest polityczne – takie jest przynajmniej moje zdanie. Ale musi być też sztuką. Moim pierwszym ważnym kinowym doświadczeniem było obejrzenie "Lawrence'a z Arabii". Byłem bardzo młody – mieszkaliśmy wtedy z rodziną w Etiopii. Pamiętam, że siedziałem wtedy u matki na kolanach. Zaszokowała mnie majestatyczność tego filmu: te ujęcia przedstawiające pustynię i niebieskie oczy Petera O'Toole'a wywarły na mnie niesamowite wrażenie. Jestem pewien, że nie był to pierwszy film, który obejrzałem. Ale nic wcześniej mnie tak nie poruszyło. David Lean i Hitchcock są ulepieni z tej samej gliny. Ich filmy to obraz w stanie czystym. Jest w tym coś prymitywnego. Właśnie to próbuję osiągnąć.

Wydaje się, że twoje filmy stają się polityczne zwłaszcza we Włoszech. Twoją relację z przemysłem filmowym można by podsumować jednym określeniem: "To skomplikowane".
Nie wiem, dlaczego na festiwalu w Wenecji wybuczano mój film? Nie mam pojęcia, dlaczego tak się dzieje? Myślę, że włoskie kino – i włoska kultura w ogóle – są bardzo powierzchowne. Nikt nie ma cierpliwości, żeby zaryzykować i zaprezentować wizję, która byłaby oryginalna. Zamiast tego nieumiejętnie kopiują Felliniego. Moja niezależność irytuje wiele osób. Oraz to, że moim priorytetem jest stanie w zdecydowanej opozycji do tego, co obecnie powstaje we Włoszech. Tę niezależność wielu bierze za agresję.

Kiedyś powiedziałeś, że wolałbyś, żeby uważano cię za algierskiego reżysera. Wciąż tak uważasz?
Jeśli Algieria, skąd pochodzi moja matka, zdecyduje się mnie przyjąć, na pewno się nie obrażę (śmiech). Ale nie chodzi mi o to, że desperacko pragnę porzucić Włochy. Kocham to miejsce, od lat mieszkam w Mediolanie. Mam tylko problem z pseudoartystami, którzy je zamieszkują.

Wielu reżyserów postrzega pracę w reklamie jako coś wstydliwego. Ty uczyniłeś z tego swój znak rozpoznawczy. To po prostu kolejna rzecz, która pozwala ci wyrazić siebie.
Nie rozumiem, dlaczego tylu filmowców odczuwa z tego powodu wyrzuty sumienia. Żyjemy w kapitalistycznym społeczeństwie – co w tym dziwnego? Tyle osób pracuje w reklamie, a potem się tego wstydzi. To praca jak każda inna i nie powinno się patrzeć na nią z góry. Z takim nastawieniem nie może powstać nic ciekawego, a kiedy pracujesz nad reklamą albo spotem dla dużego domu mody, lepiej postaraj się, żeby miało to jakąś wartość. Robienie filmu różni się od robienia reklamy. Ale jestem osobą, która pracuje obrazami. Opowiadam za ich pośrednictwem historie i lubię robić to na różne sposoby. Nie rozumiem, dlaczego miałbym się tego wstydzić.

W twojej twórczości te dwa światy czasem się przenikają – zarówno w "Nienasyconych", jak i we wcześniejszym filmie "Jestem miłością" moda odgrywa bardzo istotną rolę.
Ale nie wynika to z tego, że pracuję w reklamie, tylko z mojej miłości do kina. Złota era Hollywood oraz autorskie kino lat 60. opierały się na takiej współpracy. Kto mógłby zapomnieć związek Huberta de Givenchy z Audrey Hepburn? Albo Luisa Bunuela z Yves Saint Laurentem? Bez tego nigdy nie powstałaby "Piękność dnia". To kolejny dowód na to, że jako artyści coraz bardziej boimy się wykorzystać wszystkie dostępne nam narzędzia. Boimy się zejść pod powierzchnię. Nagle okazuje się, że wybitny projektant współpracujący z reżyserem to pójście na łatwiznę i komercja. Praca z takimi ludźmi jak Giulia Piersanti, kostiumolog "Nienasyconych", czy Pieter Mulier, prawa ręka Rafa Simonsa w Diorze, wzbogaca film. Dzięki nim mam pewność, że każdy szczegół jest przemyślany. To, w jaki sposób strój podkreśla ciało i osobowość postaci.

Co jest ważne, gdy pracuje się z taką aktorką jak Tilda Swinton. Ona także traktuje swój wygląd jak narzędzie.
Tilda jest kimś więcej niż tylko aktorką. Jest filmowcem i wspaniale się z nią pracuje. Tak jak z Giulią i Rafem, bo każda z tych osób wnosi w film swoje idee. A na tym opierają się filmy – na nowych pomysłach, choć nie wszyscy zdają się o tym pamiętać. Ja zawsze staram się doceniać wkład innych ludzi. Uważam, że ta praca wymaga otwartości i braku uprzedzeń. Tilda to docenia i zawsze mogę się spodziewać, że zaproponuje coś fantastycznego. To właśnie ona zasugerowała, żeby grana przez nią rockmenka Marianne Lane nie mogła w filmie mówić.

Rozpoczęliście współpracę wiele lat temu – w 1999 roku zagrała w twoim debiutanckim filmie "The Protagonists". Myślisz, że jej wsparcie pomogło ci w karierze?
Oczywiście, że tak. Tak jak pomógł mi mój wieloletni związek z montażystą Walterem Fasano. Albo innymi osobami, które spotkałem na swojej drodze. Jednak zawsze powtarzam, że to ja sam "popchnąłem" się w tym kierunku. Zacząłem kręcić filmy, gdy miałem zaledwie kilka lat. Nie wiem, dlaczego odczułem taką potrzebę – to temat na rozmowę u psychoanalityka, a ja szczycę się tym, że w przeciwieństwie do większości moich znajomych nie chodzę do żadnego terapeuty. Robienie filmów nie jest przyjemne. Nie jest "fajne". Dla mnie to trudna, skomplikowana i wyczerpująca praca. Kiedy kręcę film, nie czerpię z tego radości. Może kiedy po raz pierwszy zaczynam pracować nad scenariuszem. Lubię też sam proces montażu, ale praca na planie to horror. Rozrywki szukam gdzie indziej.