W "Letnim przesileniu" grasz dziewczynę dorastającą podczas II wojny światowej. W jaki sposób udało ci się zidentyfikować z bohaterką żyjącą w tak odległych, okrutnych czasach?
Urszula Bogucka:
W zrozumieniu Franki na pewno pomogła mi świadomość, że, tak samo jak ja w czasie pracy nad filmem, była nastolatką. Mimo wszystko zagranie tej roli na pewno nie było łatwym zadaniem. Nie jestem profesjonalną aktorką, więc aby wiarygodnie wcielić się w tę postać, musiałam przelać na ekran własne tęsknoty i żale. Na potrzeby filmu powróciłam do bolesnych wydarzeń w swoim życiu, takich jak na przykład śmierć bliskiej osoby. Gdy w najtrudniejszej dla mnie scenie, w której moja bohaterka ponosi konsekwencje życiowych wyborów, Franka wybucha płaczem, zaręczam, że nie ma w tym żadnego udawania. Na ekranie widać moje prawdziwe łzy.

Czego nauczyłaś się dzięki roli Franki?
Zaczęłam doceniać rzeczy, na które wcześniej nie zwracałam uwagi. Inaczej niż moja bohaterka i jej rówieśnicy, mogę przecież słuchać muzyki, jakiej chcę, i umówić się na kawę, z kim mi się podoba. Przede wszystkim jednak cieszę się, że żyję w czasach, w których nikt nie ma prawa osądzać moich uczuć. Franka w filmie postępuje może lekkomyślnie, ale urok miłości polega na tym, że skłania nas ona do spontanicznych, nieracjonalnych zachowań. Piętnowanie tego jej aspektu wydaje mi się nieludzkie.

Jakie filmy o miłości uznajesz za wiarygodne i oddające skomplikowaną naturę tego uczucia?
Pewnie cię zaskoczę, ale bardzo podobało mi się powszechnie krytykowane "Big Love". Wiele osób twierdziło, że główna bohaterka jest irytująca, ale moim zdaniem jej ewolucja doskonale pokazuje, że uczucie może zmienić nas nie do poznania i doprowadzić na skraj szaleństwa.

Czy w ramach przygotowań do "Letniego przesilenia" starałaś się dowiedzieć czegoś więcej na temat czasów, o których opowiada film?
Pamiętam, że reżyser Michał Rogalski pokazywał nam dużo zdjęć z okresu wojny. Na własną rękę zaś czytałam książki i obejrzałam sporo filmów o tamtych czasach. Ogromne wrażenie zrobił na mnie "Pianista", bo lubię kino, które operuje raczej obrazem niż słowem. Polańskiemu udało się stworzyć film jednocześnie cichy, dyskretny i bardzo emocjonujący.

Po tak wymagającym doświadczeniu jak praca nad "Letnim przesileniem" trudno było ci wrócić do normalnej rzeczywistości?
Bardzo. Realizację tego filmu odchorowałam wręcz fizycznie i w trakcie zdjęć bardzo schudłam. Nie chcę jednak wyjść na męczennicę, bo jednocześnie polubiłam Frankę tak bardzo, że nie chciałam się z nią rozstawać. Na szczęście wszystkie te sprzeczne myśli utonęły w końcu w morzu obowiązków. Gdy kręciliśmy film, byłam w drugiej klasie liceum i opuściłam sporo zajęć, więc po powrocie z planu musiałam nadrabiać zaległości.

Myślisz, że sukces "Letniego przesilenia" wpłynie w jakiś sposób na twoje życie?
Nie chcę zapeszać, ale na pewno chciałabym spróbować swoich sił na egzaminie do szkoły aktorskiej. Jako osoba lubiąca zmiany jestem też w stanie wyjechać z Wrocławia, w którym mieszkam od urodzenia. Nawet jeśli to zrobię, chętnie będę jednak wracać do tego miasta, bo uwielbiam jego klimat i architekturę.

W jaki sposób udało ci się dostać rolę w "Letnim przesileniu"?
Wzięłam udział w castingu, po którym wróciłam do domu absolutnie zdruzgotana. Reżyser wzbudził moje zaufanie i zaczęłam z nim luźną rozmowę, w trakcie której niepostrzeżenie odsłoniłam przed nim emocje tak skryte, że nie mówiłam o nich nawet przyjaciołom. Do dziś nie mam pojęcia, w jaki sposób je ze mnie wydobył. To wszystko tak bardzo mnie zaskoczyło, że gdy przyszło do ćwiczenia scen z filmu, w ogóle nie mogłam się skupić. Byłam pewna, że wypadłam fatalnie i nie mam szans na otrzymanie roli. Podobno jednak bardzo szybko Michał i jego współpracownicy zdecydowali, że chcą, abym to właśnie ja zagrała Frankę.

Czy jesteś w stanie zdefiniować to, co najbardziej fascynuje cię w aktorstwie?
Mam wrażenie, że chodzi o możliwość utożsamienia się z drugim człowiekiem. Nigdy nie rozumiałam tendencji do dzielenia ludzi ze względu na majątek, poglądy czy styl ubierania. Aktorstwo unieważnia taki sposób myślenia, rozwija empatię i pozwala wyeksponować to, co w każdym z nas najbardziej uniwersalne.

Na ekranie pojawiasz się już od wczesnego dzieciństwa. Jak właściwie zaczęła się twoja przygoda z kinem?
Gdy byłam mała, tato zapisał mnie do agencji reklamowej, a potem mama zawoziła na castingi. Z wielu z nich pamiętam sytuacje, w których dzieci płakały i krzyczały, że chcą iść do domu, a rodzice niemalże siłą zmuszali je do występów przed kamerą. Gdy moja mama się na to napatrzyła, powiedziała, że przestanie zachęcać mnie do castingów i będę chodzić na nie tylko wtedy, gdy sama wyrażę taką chęć. Aktorstwo zawsze sprawiało mi jednak ogromną frajdę, więc od razu powiedziałam mamie, że chcę grać dalej.

Najsłynniejszym filmem, w którym wystąpiłaś jako dziecko, był "Komornik" Feliksa Falka.
Pamiętam, że na castingu ćwiczyliśmy przede wszystkim słynną później scenę z akordeonem. Nie było go jednak pod ręką, więc reżyser powiedział, żebym spróbowała odebrać mu butelkę z wodą mineralną. Po latach śmiałam się więc, że wyszarpałam sobie tę rolę. Z dzisiejszej perspektywy tamte czasy wydają mi się idylliczne. Byłam wtedy wulkanem energii, bez przerwy biegałam po planie, przytulałam się do wszystkich i stale słyszałam pytanie: "Czy nie masz przypadkiem ADHD?".

Kto spośród aktorów, z którymi do tej pory miałaś okazję współpracować, zrobił na tobie największe wrażenie?
Nigdy nie umiałam wybrać ulubionej książki albo zespołu muzycznego, bo staram się czerpać inspirację z wielu źródeł. Tak samo jest z aktorami – uważam, że miałam okazję nauczyć się czegoś od każdego z nich. Jeśli jednak muszę wskazać jedną osobę, postawiłabym na Andrzeja Chyrę. Mam wrażenie, że to aktor, który nigdy nie gra mechanicznie i nie korzysta z gotowych szablonów, lecz za każdym razem przeżywa swoje zadania głęboko osobiście. Jednocześnie, w kolejnych rolach przywiązuje wagę do najdrobniejszych szczegółów i potrafi przekazać wiele emocji choćby za sprawą samego spojrzenia.

Czy zetknęłaś się z nim już po zakończeniu pracy nad "Komornikiem"?
Równo 10 lat po premierze tego filmu wpadliśmy na siebie podczas festiwalu w Gdyni. Pan Andrzej oczywiście mnie nie poznał, a ja podeszłam do niego i powiedziałam tylko: "Zabrałam panu kiedyś coś, co należało do mnie". Na początku nie miał pojęcia, o co chodzi, ale gdy uściśliłam, że chodzi o akordeon, wszystko sobie przypomniał i przywitał mnie bardzo serdecznie.

W tym roku skończyłaś 20 lat. Czy wyobrażasz sobie, jak będzie wyglądało twoje życie za dekadę?
Jestem przyzwyczajona do szybkich i częstych zmian, więc nie snuję tak dalekosiężnych planów i jest mi z tym dobrze. Na pewno będę chciała zdobyć dużo życiowych doświadczeń, bo to właśnie one wydają mi się najważniejszą inspiracją w pracy aktorki. Poza tym mam nadzieję, że nigdy nie zatracę optymizmu i pozytywnego nastawienia do życia.