Takim ożywieniem w kinie nie może się pochwalić żadna inna kinematografia. Artyści z tych dwóch krajów północnej Afryki chwycili za kamery, gdy wybuchła arabska wiosna. Dziś w kinie rozliczają się z jej dziedzictwem. Oczy egipskich i tunezyjskich filmowców zwrócone są dziś w stronę Zachodu, który Afrykę wciąż kojarzy z rajem turystycznym albo – jak w Polsce – z chininą i baobabem. Reżyserzy z jednej strony próbują odczarować pokutujący wizerunek swojego kraju i, jak w wyświetlanej na festiwalu południowoafrykańskiej "Ayandzie" Sary Blecher, wydobywają na wierzch piękno afrykańskich metropolii. Pokazują, że ich stolice (tu Johannesburg) niewiele różnią się od stolic europejskich czy amerykańskich. Właściwie, gdyby nie wprost dookreślone miejsce akcji, można by mieć zagwozdkę, czy akcja tego filmu nie dzieje się w którejś z multikulturowych metropolii. Z drugiej strony, próbują indywidualizować krajobraz, wyodrębniać odmienność warunków, w których żyją. Za to uniwersalizują problemy, z którymi mierzą się ich bohaterowie. Tak jest w otwierającym festiwal filmie "Hedi" Mohameda Bena Atti, który zainspirował się doskonałym filmem Nuriego Bilge'a Ceylana "Pewnego razu w Anatolii". I tak jak turecki reżyser dość błahą historię przekuł na niedający spokoju dramat. Film zostaje z widzem dzięki dopracowanej stronie estetycznej (kamera podgląda zaułki Tunezji, których nie skojarzymy z katalogami z biur podróży, zaś na muzykę składają się klaksony aut i gwar ulic, tak samo jak dźwięki natury) i mocnemu konfliktowi wewnętrznemu głównego bohatera (nagrodzony za tę rolę na Berlinale Majd Mastoura).

Jego tytułowy Hedi ma zaplanowane życie. Lada moment stanie na ślubnym kobiercu z kobietą, która pragnienia sprecyzowane ma jasno: dom, mąż, dzieci. To dla niej święta trójca składająca się na wyśnione po tunezyjsku szczęście. Jego priorytety są podobne. Przynajmniej tak mu się wydaje. Czego naprawdę chce, odkryje dopiero wtedy, kiedy w jego miejscowości zjawi się piękna zachodnia kobieta. Jego pociąg do niej powodowany jest jej innością. Ale nie egzotyką – to nie kolor skóry ma tu znaczenie, tylko umiejętność decydowania o własnym losie i życiu. Hedi też będzie chciał się jej nauczyć. Jest on zresztą pars pro toto młodych Tunezyjczyków, którzy po arabskiej wiośnie poczuli, że mogą wziąć los w swoje ręce, podbić świat, wyłamać się spod obowiązującego w ich ojczyźnie kulturowego dyktatu. A jednak – ograniczenie tworzą sobie sami, decydując się na życie w zgodzie z wytycznymi danymi im przez rodziców. Ta rewolucja otworzyła oczy na nowe, ale nie zbliżyła do niego nóg.

Podobnie zresztą ma się sytuacja w Egipcie, który po obaleniu Husniego Mubaraka miota się między aspiracjami do stania się krajem Północy, jak w Afryce określa się Europę, a bycia tradycyjnym krajem muzułmańskim. W którą stronę popchnęła go rewolucja? – pytają tamtejsi reżyserzy i kręcą niewygodne dla rewolucjonistów historie. Podważają w nich rezultaty zrywu sprzed pięciu lat i zastanawiają się, czy jest za wcześnie, żeby widać było efekty, albo dochodzą do smutnej konkluzji, że zmieniła się jedynie władza, a warunki życia nadal są, jakie były. O tym opowiadają choćby intrygująca "Nawara" Hali Khalil (warto odnotować, że to jeden z licznych filmów podpisanych przez kobietę) i obsypany nagrodami "Excuse My French" Amra Salamy, film zamknięcia festiwalu. Oba skupiają się na tym, jak rozwarstwione jest społeczeństwo egipskie. Nie są jednak lewicowymi agitkami, w których walka klas pożera swoje kolejne ofiary. "Nawara" nijak do takiego konfliktu się nie odnosi. Tytułowa bohaterka wywodzi się spośród najuboższych, a pracuje u najbogatszych. Nie jest przez nich jednak wyzyskiwana. W ekskluzywnej willi, choć zna swoje miejsce, czuje się jak w drugim domu. Pogodna bohaterka ma w sobie siłę Poppy z "Happy-Go-Lucky" Mike'a Leigh, ale nawet jej pokłady zaczynają się wyczerpywać, kiedy arabska wiosna zaczyna coraz brutalniej zbierać swoje żniwo. Ubodzy coraz śmielej wyciągają ręce po swoje, majętni porzucają wille i uciekają na Północ. Na sprawie korzystają jedynie funkcjonariusze nowej władzy, którzy zajmują opuszczone mienia. Ubogich oskarżają o kradzież i osadzają w więzieniach. Zdaniem reżysera niewiele się w Egipcie w 2011 roku zmieniło.

Twórca "Excuse My French" portretuje podobne okoliczności, ale tym razem na świat patrzymy oczami majętnego dziecka. Chłopiec wykorzystuje swoje dzieciństwo do cna: zaczytuje się w serii o "Harrym Potterze", zawiłości języka angielskiego zgłębia z prywatnym lektorem, nosi się w metkowaną odzież. Ale kiedy jego ojciec umiera, wychodzą na jaw skrywane sekrety. Rodzina tonie w długach. Bohater z prywatnej szkoły trafia do publicznej, gdzie czeka go twarde zderzenie z rzeczywistością. Musi stawić czoła nie tylko codziennym frasunkom, ale też agresywnym kolegom, uprzedzonym religijnie. Ten film pokazuje, że lęk przed innym hoduje się od dzieciństwa. A w "Excuse My French" inny to na przykład taki, który nie umie władać piąstkami. Polska ładnie mogłaby się w tym filmie przejrzeć.

Tak jak i wiele innych krajów i narodów, bo afrykańskie opowieści jeszcze nigdy nie były tak uniwersalne. Ba, do niedawna nie było ich prawie wcale, bo trzymany za gardło przez cenzurę dyktatorów rynek produkcji w Egipcie i Tunezji nie wydawał plonu. Sytuacja zmieniła się wraz z arabską wiosną, w czasie której ludzie po prostu wyciągnęli kamery i zaczęli rejestrować to, co dzieje się dookoła. Tak zrodzone dokumenty przełożyły się na ożywienie kina fabularnego, które rości sobie prawa do komentowania otaczającej twórców rzeczywistości. Jak pokazuje program AfryKamery – robi to z powodzeniem.

11. Festiwal AfryKamera | Warszawa, 18–24.04, repliki w innych miastach od 18.04 | AfryKamera.pl