Pokaz filmu o katastrofie był katastrofą. Montaż był katastrofą - zdradza "Newsweekowi" pragnący zachować anonimowość uczestnik kolaudacji, która odbyła się w grudniu 2015 roku w Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych w Warszawie.

Mniej więcej od tego czasu producent z reżyserem komunikują się za pomocą maili. Korespondencja przebiega w oschłym tonie.

Maciej Pawlicki nie krył niezadowolenia po obejrzeniu filmu. - Mówił, że ma poczucie winy, bo nie dał Krauzemu wystarczająco dobrego montażysty. Okazało się, że pierwszą wersję zmontował debiutant. Wśród "naprawiaczy" miała być Ewa Stankiewicz - wyjaśnia jedna z osób znająca kulisy konfliktu.

Jeszcze w marcu premiera filmu "Smoleńsk" zaplanowana była na 15 kwietnia. Taka data widniała na plakatach. Potem producent odwołał premierę. Powód? "Trudności przy realizacji i stopień technologicznego skomplikowania". Takiej sytuacji w polskim kinie jeszcze nie było. - Spektakularna wtopa - komentuje członek ekipy filmowej.

Jak pisze "Newsweek", nawet ludziom z PiS ten film za bardzo się nie podoba. Jarosław Kaczyński nie pojawił się na żadnym z pokazów. Na jednym była Marta Kaczyńska. W imieniu prezesa partii "Smoleńsk" obejrzał Piotr Gliński - pisze "Newsweek" i dodaje, że wicepremier i minister kultury "nie był poruszony".

Jeden z producentów z branży filmowej twierdzi, że Krauze i Pawlicki chcieli zdążyć na rocznicę katastrofy smoleńskiej, ale jego zdaniem problem leży gdzie indziej. - "Smoleńsk" to gniot. Niedobry film - komentuje.