Kiedy kilka lat temu rozmawiałyśmy w Pradze, a potem w Wenecji, Natalie Portman nie wiedziała jeszcze, że przyjedzie do Polski. Bardzo chciała. A jak tam jest? - pytała. Nie, nie zna polskiego. Może zacznie się uczyć, bo języki to jej wielka pasja. Zna hebrajski, arabski, francuski, niemiecki. Chce je znać i ich potrzebuje, bo dużo podróżuje. Walizki pakuje nieustannie.

Ciągle w drodze

Kiedy miała 3 lata, wyjechała z rodzicami z Izraela, gdzie się urodziła, do USA. Najpierw Waszyngton, potem Connecticut, Nowy Jork, Los Angeles, Jerozolima, znowu Nowy Jork. Od pół roku mieszka w Paryżu, razem ze swoim mężem, francuskim choreografem Benjaminem Millepiedem i ich 5-letnim synkiem Alephem.

Jesienią zeszłego roku spełniło się jej marzenie. Po raz pierwszy przyjechała do Polski - do Krakowa, jako gość Film Spring Open. Na zaproszenie Sławomira Idziaka, który jest autorem zdjęć do reżyserskiego debiutu Natalii "Opowieść o miłości i mroku", na podstawie słynnej powieści izraelskiego noblisty Amosa Oza. Polska premiera filmu już 1 kwietnia.

- Choć jestem Amerykanką, wiem, jakie to uczucie być ciągle nie u siebie, i jak dotkliwy jest brak zakorzenienia, przynależności, utrwalonych przyzwyczajeń. Wiem też, jak silna jest potrzeba idealizacji miejsc, w które się wyjeżdża, a potem nostalgii za tymi przestrzeniami i klimatami, które się opuściło - powiedziała Natalie w Cannes, gdzie promowała swój film.  - Mam to chyba w genach. Emigracja to historia całej mojej rodziny - śmiała się.

Natalie pamięta, jak tych ciągłych przeprowadzek nienawidziła. Ojciec, specjalista od niepłodności, jeździł tam gdzie była praca. A wraz z nim rodzina. Natalie często zmieniała szkoły, brakowało jej więc czasu na pielęgnowanie przyjaźni. Nie miała nigdy swojej paczki. Musiała być elastyczna i otwarta, ale właśnie to okazało się niezwykle przydatne w pracy aktora. Zawsze i wszędzie potrafi się odnaleźć, łatwo przystosowuje się do nowych ludzi i sytuacji.

- Historie kobiet emigrantek są mi osobiście szczególnie bliskie. W moim debiutanckim filmie gram Fanię, Żydówkę, matkę małego Amosa Oza, która wyemigrowała z Europy Środkowej do Palestyny po 1945 roku i była tam świadkiem rodzenia się państwa Izrael, licznych konfliktów i wojen izraelsko-arabskich. Myślę, że rozumiem jej poczucie braku stabilności, utratę złudzeń, rozczarowanie, depresję. Nie do takiej ziemi pielgrzymowała. Idealistka i romantyczka, wychowana na wielkiej europejskiej i żydowskiej literaturze i kulturze, nie mogła też znaleźć porozumienia z pragmatycznie myślącym mężem. Ukojenia szukała w poezji i opowieściach rodzinnych, jakie przekazywała synowi. Krucha, emocjonalnie, rozchwiana popełniła samobójstwo w wieku 38 lat. Amos miał wtedy lat 12 i cale życie próbuje rozwikłać zagadkę śmierci matki. Dlatego został pisarzem - opowiadając tę historię, Natalie nie kryje wzruszenia.

Aktorka, reżyserka, matka

Przypomina mi się przejmująca scena z filmu, w której mały Amos opowiada przytulonej do niego Fanii swój sen o tym, że wynosi z wody kobietę, która próbowała się utopić. Fania zaś pyta chłopca, czy ciągle czuje ciężar jej ciała na plecach. Amos powoli spuszcza głowę. Ten proroczy sen nigdy nie przestanie go dręczyć.

Dla Natalii, która sama jest matką 5-letniego Alepha, relacja Fanii i Amosa nabiera głębszego znaczenia. To coś zupełnie innego, niż wtedy, gdy grała matki, sama nie doświadczając macierzyństwa. Ona też lubi opowiadać synowi różne historie, i te zmyślone, i te trochę mniej. To buduje emocjonalną więź. Cieszy się, że kiedy kręciła film, Aleph z ojcem byli z nią razem w Jerozolimie. W weekendy pokazywali mu miejsca, w których mieszkali i żyli jego krewni, dziadkowie i pradziadkowie. To także część jego tożsamości i dziedzictwa. Mały Aleph nie mówi jeszcze po hebrajsku, ale Natalie robi to znakomicie. Po "Free Zone" w reżyserii Amosa Gitaja to jej drugi film grany właśnie po hebrajsku. Nie wyobraża sobie, że mogłoby być inaczej, bo tylko takie zanurzenie w języku daje niemal intymną bliskość z tematem. To język poetycki, w którym słowa wchodzą ze sobą w niezwykle relacje i znaczenia.

- Powieść Amosa Oza przeczytałam jakieś 8 lat temu. I od tego czasu mam obsesję na punkcie tej książki - śmieje się Natalie. Z iskrą w oku opowiadała o tej książce już w Wenecji w 2010 roku przy okazji pokazu filmu "Czarny łabędź". Mówiła wtedy: "Opowieść o miłości i mroku" to jest moja historia, ale też uniwersalny przekaz, próba uchwycenia pewnego ludzkiego doświadczenia, zmierzenie się z mitologią. Klucz do zrozumienia twórczości Amosa, jedna z najwybitniejszych powieści XX wieku. No i szalenie wizualna historia. Czytasz ją i widzisz".

Idziak - operator pierwszego wyboru

Natalie nie miała wątpliwości, że najlepsze ekranowe obrazy stworzy dla niej Sławomir Idziak. Mogła wybrać któregoś z izraelskich albo amerykańskich autorów zdjęć ale ona uparła się właśnie na niego. I wcale nie dlatego, że jest rozchwytywany w Hollywood. Do niej przemówił obrazami z Kieślowskiego. "Podwójne życie Weroniki", "Trzy kolory: Niebieski" mogłaby chłonąć godzinami. Bo to nie tylko wspaniałe kobiece historie, ale przede wszystkim sposób, w jaki kobiety istnieją na ekranie. Tylko nieliczni operatorzy mają oko do pokazywania świata z kobiecego punktu widzenia, wydobywania ich myśli, wnętrza, duszy. To malarze obrazu. Taki jest właśnie Sławomir Idziak. Kiedy Fania myśli o Europie, którą porzuciła, to obrazy, które widzi, nabierają intensywności. Kiedy chodzi ulicami Jerozolimy, to świat, jaki ogląda, jest wypłowiały kolorystycznie, stonowany do zgaszonych zieleni i błękitów, surowy, niemal dokumentalny, bardzo realistyczny.

Kobieta wielozadaniowa

Gdyby ktoś jej wcześniej powiedział, na co się porywa, to pewnie ekranizacja "Opowieści o miłości i mroku" nigdy by nie powstała. Natalie Portman miała tę wielowarstwową powieść tylko i aż wyreżyserować. Jednak nikt nie chciał podjąć się napisania scenariusza. No to co miała zrobić? Wcale nie zamierzała też grać Fani. Inaczej jednak producenci nie daliby jej pieniędzy. A kiedy dotarło do niej, jak wielka praca ją czeka, nie było już odwrotu.

Nie była jednak pierwszą kobietą wielozadaniową. Miała wzorce: Barbara Streisand, Greta Gerwig, Lena Dunham. No i świetną ekipę, z którą zżyła się niczym z rodziną.

Do ciężkiej pracy jest przyzwyczajona i nie ma w sobie nic z rozkapryszonej gwiazdy. Pracowita, zdyscyplinowana, cierpliwa. Ludzie z ekipy nie mogą się jej nachwalić. Kiedy nie było czasu na uczenie się dialogów, naklejała sobie na wewnętrznych częściach dłoni paski z tekstami. Kiedy trzeba było powtarzać ujęcia ze scen w deszczu, nie patrzyła na zegarek. Nie ważne, że zziębnięta, mokra, zmęczona. Aktorka Portman umiała się podporządkować reżyserce Portman. Dla roli zniesie wiele.

Filmy, w których zagrała, mówią same za siebie. - Rola jest ważniejsza niż uroda - przekonuje Natalie. - Kiedy golono mi głowę na planie "V jak Vendetta", nie miałam nawet czasu, by gapić się w lustro i rozpaczać, że staję się łysa. Trzeba było maksymalnie skoncentrować się na roli, bo nie mogliśmy liczyć na duble. Golenie jest tylko ten jeden raz… - śmieje się. - Kiedy skończyliśmy ujęcie, poczułam przez chwilę ulgę. Pomyślałam, że nareszcie nikt nie rozpozna mnie na ulicy. I owszem, nikt nie dostrzegł we mnie Natalii Portman, ale to wcale nie znaczy, że nie przestałam zwracać na siebie uwagi innych. Dla jednych byłam lesbijką, inni widzieli we mnie chorą na raka, a kilku innym przechodniom kojarzyłam się z ruchem neonazistowskim - wylicza.

Zastanawiam się, czy naprawdę nie traktuje takich niekomfortowych sytuacji jako formy poświęcenia. - Nie. Taka szokująca zmiana wyglądu bardzo pomaga wejść w rolę, poczuć ją i dlatego nie traktuję jej jako jakiegoś strasznego dopustu Bożego. Całkowicie akceptuję taką fizyczną transformację. Charakteryzacja starej Ines w "Duchach Goi" trwała około 4 godzin. Jednak kiedy moje ciało pokryte było strupami, miałam strąki zamiast włosów i sparaliżowaną część twarzy, zaczynałam się zupełnie inaczej zachowywać, poruszać, mówić. Z kolei ostre treningi baletowe do "Czarnego Łabędzia" sprawiły, że schudłam aż 10 kg, nie starając się o to. Perfekcja to gwałt na własnym ciele, który moja bohaterka zwyczajnie zignorowała. Musiałam to fizycznie poczuć. Tak jak ból po przemieszczeniu zebra. W końcu kontuzje to dla tancerza chleb powszedni - wyjaśnia.

Zawsze była maksymalistką. Jeśli za coś się brała, to nigdy na pół gwizdka. Bo szkoda życia i czasu na niedoróbki. Takie podejście i twarde zasady moralne wpoili jej rodzice. Cokolwiek robisz, rób dobrze albo nie rób wcale. A cel stawiaj sobie wysoko - wtedy nie rozmienisz swojego życia na drobne. Natalie właściwie nie pamięta, kiedy ostatnio miała wolne, ale jak zapewnia, odkąd na świecie jest Aleph, bardzo zwolniła.

Mała od Leona

Sama nie miała dzieciństwa. W kinie zadebiutowała w wieku 13 lat, zagrała u boku Jeana Reno w słynnym "Leonie zawodowcu". Określenie ta mała od Leona przylgnęło do niej na zawsze. A ona niemal skradła show wielkiemu gwiazdorowi. Sławie i sukcesowi towarzyszyły jednak wyuzdane listy od dojrzałych mężczyzn, proponujących dziewczynce spotkania. Na szczęście do nie samej nigdy nie dotarły - w porę zareagowali rodzice. Dzięki troskliwej opiece matki Natalie nie została dyżurną lolitką, choć przemysł filmowy nie zamierzał rezygnować ze ślicznej i uzdolnionej 13-latki. Jednak prosto z planu przyjeżdżała do domu i grzecznie odrabiała lekcje. Nawet kiedy grała w "Gwiezdnych wojnach", nie przyjechała na premierę jednej z części, bo zakuwała do egzaminów maturalnych. Dziś jest jedyną hollywoodzką aktorką z dyplomem Harvarda z psychologii.

Czy nie żałuje, że rodzice nie odradzali jej grania w filmach, co kosztowało ją część dzieciństwa?

Rozmawiamy w hotelu Four Seasons. W pewnej chwil słychać pukanie do drzwi. Wchodzi kelner z butelką wody. Natalie napełnia najpierw moją pustą już szklankę a potem swoją. Grunt to kindersztuba.

- Nie, nie mam żalu do rodziców. Gdybym nie wygrała castingu do "Leona zawodowca", a potem nie podpisała kontraktu na "Gwiezdne wojny", to nigdy nie udałoby mi się zrobić tak wspaniałej kariery, poznać tylu niezwykłych ludzi, doświadczyć tak wielu przygód. Moja mama, z wykształcenia malarka, całkowicie poświęciła się wychowywaniu mnie. Bardzo dbała, bym nie uległa pokusom i niebezpieczeństwom związanym z błyskawiczną karierą filmową. Nie uzależniłam się od narkotyków, papierosów ani alkoholu. Szczęśliwie udało mi się uniknąć dramatów Winony Ryder, Drew Barrymore, Macaulaya Culkina, którzy nie udźwignęli sukcesu. Nie przerwałam nigdy nauki w szkole. Na szczęście zawsze lubiłam się uczyć. Teraz jestem mamie za to wszystko bardzo wdzięczna - wyznaje Natalie.

Tak dobrze udawała dorosłą, że dopiero z wiekiem zaczęła odkrywać, jaka jest… niedojrzała. Może dlatego teraz z Alephem bez trudu odnajduje wspólny język i radość z zabawy. Wspinają się na drzewa, bawią w chowanego. Jak Aleph trochę podrośnie, Natalie chce zabrać go do Maroka i nauczyć nurkować.

Ale te plany muszą poczekać. Zresztą nie tylko te - reżyserskie także. Natalie ma teraz zagrać Jakie Kennedy, pierwszą Damę Ameryki, ikonę dobrego stylu i smaku. Znowu wielkie wyzwanie i jeszcze większa odpowiedzialność. No ale komu jak nie jej może się to udać?