W świetnie przyjętych na festiwalu Sundance "Niewinnych" zagrałaś lekarkę z Czerwonego Krzyża, która po zakończeniu II wojny światowej przyjeżdża do Polski. Tam trafia do klasztoru zamieszkanego przez ciężarne zakonnice, ofiary gwałtów radzieckich żołnierzy. Co zaintrygowało cię w tej historii?
Lou de Laâge:
Spodobało mi się, że jest ona jednocześnie uniwersalna i unikatowa. Z przemocą skierowaną w stronę bezbronnych kobiet spotykamy się przecież na każdym kroku, również w naszych czasach. Z drugiej strony historia ciężarnych zakonnic z lat 40. do niedawna była owianą tajemnicą i nieznana praktycznie nikomu. Cieszę się, że nasz film przysłuży się nagłośnieniu tych wstrząsających wydarzeń.

Większość zdjęć do "Niewinnych" powstała w Polsce. Jak dużo wiedziałaś o naszym kraju, zanim przyjechałaś na plan?
Niewiele, ale specjalnie nie chciałam zmieniać tego stanu rzeczy, by lepiej wczuć się w sytuację mojej bohaterki. Gdy Mathilde trafiła do Polski, również nie znała przecież języka ani kultury i na każdym kroku odczuwała swoją obcość. Niestety, nie poznałam lepiej waszego kraju, ale jestem pod wielkim wrażeniem talentu Agaty Kuleszy i innych polskich aktorek.

"Niewinne" to niejedyny film, który zrealizowałaś poza Francją. Zdjęcia do pokazanej na zeszłorocznym festiwalu w Wenecji "Obietnicy" powstały na Sycylii.
Zapamiętam ten film do końca życia, choćby ze względu na poprzedzający go casting. Reżyser Piero Messina nie mówi po francusku, a ja nie znam włoskiego. Oboje kiepsko władamy także angielskim. Skoro i tak nie mogliśmy ze sobą porozmawiać, poszliśmy na spacer. Chodziliśmy po okolicy ze dwie godziny i przez ten czas komunikowaliśmy się wyłącznie za pomocą mimiki i gestów. Na koniec pomyślałam sobie, że nawet jeśli nie dostanę roli, to i tak zdobyłam właśnie niepowtarzalne doświadczenie zawodowe.

W niemal każdej scenie "Obietnicy" występujesz wspólnie z Juliette Binoche. Jak wpłynęło na ciebie spotkanie z tak wielką gwiazdą?
Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona jej postawą. Większość aktorek, zwłaszcza tak znanych jak Binoche, nie lubi spoufalać się z koleżankami z planu. Tymczasem Juliette była bardzo otwarta i chętnie odpowiadała na wszystkie moje pytania.

Czy pamiętasz jakąś radę, której ci udzieliła?
Tak, była bardzo prosta i trafiona w punkt. Brzmiała: "Dziewczyno, szlifuj angielski!".

Pierwszą ważną rolę zagrałaś w "Oddychaj" Mélanie Laurent i od razu stanęłaś przed skomplikowanym zadaniem. Twoja bohaterka jest fałszywa, manipuluje otoczeniem i wzbudza odruchową antypatię widza.
Dlatego właśnie tak trudno było mi zidentyfikować się z tą postacią. Byłam jednak zdeterminowana do tego stopnia, że nawet w codziennych sytuacjach, na przykład na imprezach, starałam się zachowywać jak Sarah. Dziwię się, że nie straciłam wtedy wszystkich przyjaciół! Włożyłam w tę rolę dużo wysiłku, ale dzięki temu osiągnęłam też sporą satysfakcję. Jedną z największych zalet aktorstwa jest w końcu możliwość wcielania się w postacie, które są zupełnie niepodobne do ciebie samej. Podczas gdy na co dzień staram się być porządną dziewczyną, jako Sarah mogłam zachować się jak prawdziwa suka i nic mi z tego tytułu nie groziło. Przy okazji nie miałam wrażenia, że szarżuję i tworzę postać oderwaną od rzeczywistości. Nawet jeśli wszyscy ich nie znosimy, ludzie tacy jak Sarah naprawdę istnieją.

Czy marzysz teraz o roli, która będzie dla ciebie porównywalnym wyzwaniem?
Brzmi to może niepoważnie, ale chciałabym zagrać wariatkę. Myślę, że tylko w ten sposób mogłabym stworzyć postać, która wydałaby mi się jeszcze bardziej odległa i trudniejsza do okiełznania niż Sarah.

"Oddychaj", "Obietnica" i "Niewinne" powstały na przestrzeni trzech lat. Nadałaś swojej karierze dynamiczne tempo.
Nie chciałam stać się sezonową gwiazdką, która będzie brylować na imprezach i odcinać kupony od jednej udanej roli. Poza tym po prostu nienawidzę bezczynności. Do tego stopnia, że gdy studiowałam w szkole teatralnej w Paryżu, w obawie przed brakiem propozycji założyłam z kolegami z roku własną trupę aktorską. Działamy zresztą do dziś i właśnie przygotowujemy się do kolejnej premiery.

Nie boisz się zawodowego wypalenia?
Nie, bo moja praca jest przecież nierozerwalnie związana z codziennym życiem. Aby być wiarygodna na ekranie, muszę podpatrywać ludzi na ulicach, przysłuchiwać się ich rozmowom w kawiarniach. Nie wyobrażam sobie popadnięcia w marazm, jeśli mam wokół siebie niewyczerpane źródła inspiracji.

Od dawna byłaś tak zdeterminowana, by zostać aktorką?
Odkąd skończyłam sześć lat. Nie wiem, z jakiej przyczyny, ale występowanie przed publicznością stało się wtedy moją prawdziwą obsesją. Nawet nie chcę myśleć, co by się ze mną stało, gdybym ostatecznie nie mogła wykonywać swojego zawodu. Jestem ogromnie wdzięczna moim rodzicom, którzy – choć nie mają nic wspólnego ze światem sztuki – nie uznali mojej pasji za kapryśną fanaberię, lecz wspierali mnie ze wszystkich sił. Gdy miałam 10 lat, mama zapisała mnie do młodzieżowego teatru, w którym grałam przez następną dekadę, aż do czasu, gdy zdecydowałam się wyjechać z rodzinnego Bordeaux do Paryża.

Dziś jesteś znana głównie jako aktorka filmowa, ale – jak sama wspomniałaś – regularnie pojawiasz się również na scenie. Dlaczego teatr wciąż jest dla ciebie tak istotny?
W pierwszej chwili nasuwa mi się odpowiedź, że chcę być wierna swojej pierwotnej fascynacji, ale na pewno chodzi też o coś więcej niż sentymenty. Teatr daje ci czas, pozwala doskonalić warsztat, zagrać tę samą scenę na kilka różnych sposobów. W kinie nie ma takiego luksusu, bo każdy dzień zdjęciowy kosztuje i wszyscy oczekują natychmiastowych efektów. Poza tym teatr wymaga większej uwagi i skupienia. Jeśli popełnisz błąd, nikt nie krzyknie "cięcie" i nie da ci jeszcze jednej szansy.