"Pokój" zdobył już mnóstwo wyróżnień, teraz czekacie na rozdanie Oscarów. Zaskoczyło cię tak ciepłe przyjęcie filmu?
Lenny Abrahamson:
Bardzo. Wiedziałem, że książka Emmy Donoghue, na której jest oparty, ma wielu fanów. Ale jednak trudno było oczekiwać, że jej adaptacja okaże się sukcesem kasowym. Powstaje teraz tyle filmów, że niezależnym projektom coraz trudniej się przebić. "Pokój" ma w sobie jednak niezwykły ładunek emocjonalny – czułem to już podczas zdjęć. Wiedziałem, że ma w sobie coś wyjątkowego.

Nie trzymasz się niewolniczo literackiego pierwowzoru. Zainspirowana sprawą Josefa Fritzla książka kładła nacisk na historię Jacka, ty dałeś głos także jego matce. Dlaczego?
Kiedy zaczynasz myśleć o tej historii w kategoriach stricte filmowych, od razu zauważasz, że to opowieść wymagająca dwojga aktorów. W powieści matka jest zawsze przedstawiana za pośrednictwem słów chłopca. Ale kiedy stawiasz w pokoju kamerę, wtedy wiadomo, że chodzi o tych dwoje. Emma zawsze powtarzała, że czytelnicy często przyznawali, że chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej o Mamie. Film okazał się więc odpowiedzią na te prośby. Dzięki temu mieliśmy też stosunkowo dużo swobody – mogliśmy zgłębiać różne aspekty tej postaci i było to dla nas obojga bardzo ekscytujące.

Jak udało ci się stworzyć taką chemię pomiędzy aktorami?
To było dość proste – wystarczyło, by wcześniej się spotkali i mieli możliwość spędzić ze sobą trochę czasu. Czasem im towarzyszyłem, a czasem nie. Gdy pracujesz z tak cudownym dzieciakiem jak Jacob Tremblay, tak naprawdę nie jest to nic trudnego. I tak cudowną kobietą jak Brie Larson, która jest zabawną, inteligentną i ciepłą osobą. Wiedziałem, że Jacob od razu ją pokocha. Kiedy uda ci się stworzyć więź pomiędzy dwojgiem ludzi, potem wystarczy już tylko odpowiednio ją nakierować. Na początku przypominali rodzeństwo, ale po jakimś czasie udało nam się znaleźć odpowiednią energię.

To, jak blisko współpracowaliście z Emmą i jak gładko przebiegała ta współpraca, jest czymś niezwykłym. Zwykle sytuacje, kiedy pisarze podejmują się adaptowania własnych powieści, kończą się dość krwawo. Albo też nic z nich nie wynika.
Potrafię współpracować z innymi ludźmi i jestem w tym dobry. Nie boję się, że ktoś spróbuje pozbawić mnie kontroli nad filmem. Zawsze wierzę w to, że uda się poprowadzić opowieść w takim kierunku, w jakim sobie zamierzyłem. Świadomość, że udało nam się doprowadzić to wszystko do końca i jednocześnie zaprzyjaźnić, jest czymś wspaniałym. W Stanach Zjednoczonych udzielaliśmy czasem wspólnie wywiadów i pewien dziennikarz powiedział: "Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak nietypowe jest to, że jesteście w stanie siedzieć razem w jednym pokoju i wspólnie żartować". Może było nam łatwiej dlatego, że oboje pochodzimy z Dublina. Poza tym Emma jest bardzo otwartą osobą. Nie jest przewrażliwiona na swoim punkcie, stanowi zaprzeczenie tego, jak zachowują się znani pisarze. Nie walczyła o zachowanie każdego zdania swojej powieści, tylko uważnie słuchała moich sugestii. Nad ukończeniem scenariusza pracowaliśmy ponad półtora roku i nigdy nie zdarzył nam się konflikt. Prowadziliśmy zażarte dyskusje, ale zawsze były konstruktywne.

Nie przeszkadzało jej nawet to, że w filmie pozbyłeś się wątku religijnego, który był bardzo istotny w powieści?
Temat religii wywołuje u mnie reakcję alergiczną. Nie znaczy to jednak, że nie interesują mnie wierzenia, którymi kierują się w życiu ludzie. Zabawne, że o to pytacie, bo od jakiegoś czasu marzy mi się realizacja pewnego projektu, którego akcja działaby się w Polsce.

W Polsce?
Tak. Moja żona jest Polką – nasze dzieci są dwujęzyczne. Poznałem ją na Warszawskim Festiwalu Filmowym, kiedy pojechałem tam promować mój pierwszy film "Adam & Paul". Raczej nie wierzę jednak w to, by udało mi się pozyskać dofinansowanie z polskich instytucji. Panicznie boicie się wszystkiego, co mogłoby ukazywać wasz kraj w niezbyt pozytywnym świetle. Tak było z "Idą", choć nigdy nie zrozumiem, jak można uznać za szkodliwy film będący prawdziwym dziełem sztuki. Chciałbym opowiedzieć o krzyżu smoleńskim. O tym, co się wokół niego działo, oraz o starszej kobiecie, która święcie wierzy w to, co sobą reprezentuje, i przyjeżdża do Warszawy, by nie doprowadzić do jego usunięcia. Nie chodzi tu o krytykę, tylko o próbę zrozumienia prawdziwej namiętności. Chciałbym zatytułować go "Nastoletnia miłość", bo myślę, że chodzi tu o podobny rodzaj aseksualnego oddania. Zupełnie jak w przypadku małych dziewczynek uwielbiających te wszystkie boys bandy. Interesuje mnie to, co kryje się u podstaw wiary. W przypadku "Pokoju" nie chciałem, by po obejrzeniu filmu ktokolwiek twierdził, że udało im się przetrwać tylko dzięki niezachwianej wierze w Boga. Jestem ateistą i to chyba jedyny wątek w powieści Emmy, którego nie udało mi się zrozumieć. Na szczęście nie miała z tym problemu.

"Pokój" to wyjątkowo przystępny film – prawdopodobnie najbardziej komercyjny tytuł w całej twojej karierze. Biorąc pod uwagę, o czym opowiada, to dość zaskakujące.
W pełni się z tym zgadzam. Trudno tylko przekonać do tego widzów. Ci, którzy widzieli film, zwykle się z tym zgadzają, ale wcześniej boją się, że okaże się nie do zniesienia. Kiedy czytam te wszystkie recenzje określające film jako "wstrząsający", budzi się we mnie sprzeciw. Pewnie – to film, który miejscami testuje naszą wytrzymałość. "Pokój" to jednak także historia o miłości pomiędzy matką a synem i w wyjątkowo ciepły sposób pokazuje, czym jest dzieciństwo. I na czym polega bycie rodzicem. Wykorzystuje tylko do tego ekstremalną sytuację. Emma zauważyła niedawno, że w literaturze i sztuce przyjęło się już, że romantyczna miłość musi pokonywać wszelkie przeszkody. Bierzesz więc parę kochanków, wrzucasz ich w sam środek jakiejś okropnej sytuacji i przekonujesz się o sile ich uczucia. W przypadku relacji rodzic – dziecko raczej się tak nie postępuje. W "Pokoju" ta relacja zostaje poddana niezwykłej presji. Dzięki temu widać, jak funkcjonuje.

Nigdy nie zamierzałeś pokazywać, przez co przez te wszystkie lata przeszła bohaterka grana przez Brie? Wykorzystywania, przemocy?
Takie sceny od razu zdominowałyby cały film i o niczym innym by wtedy nie mówiono. Nie byłaby to już ta sama opowieść. Przemoc jest obecna w tym filmie – zostawiam widzom wystarczająco dużo wskazówek, aby domyślili się, co się dzieje. Myślę, że to wystarczy. Ludzie pytają mnie czasem, dlaczego nie chciałem pokazać, co spotkało porywacza. To nie jest jego historia – to historia Mamy i Jacka. Nie chciałem, by jego rola była znacząca, nie chciałem przydawać wagi temu, co zrobił. Dla mnie jest tylko żałosnym nieudacznikiem. Niczym więcej.

Brie Larson wielokrotnie zaznaczała, że starała się nie zgłębiać prawdziwych przypadków takich porwań. Ciebie jednak bardzo interesuje to, co spotyka ofiary, gdy już uda im się uciec.
Podczas telewizyjnych wywiadów dziennikarze starają się, by można było dowiedzieć się czegoś o ich rozmówcy i jednocześnie stworzyć narrację zrozumiałą dla publiczności. Oglądanie programów, w których rozmawia się z ofiarami, i słuchanie tego, jak same opowiadają o tym, co je spotkało, okazało się bardzo pouczające. I dość przygnębiające. Redukują one ofiarę do roli wystawionej na pokaz ciekawostki. To zupełne szaleństwo.

Powiedziałeś kiedyś, że chciałbyś być "niewidzialnym reżyserem". Że chciałbyś zupełnie zniknąć w historiach, które opowiadasz.
Bo uważam, że to najtrudniejsze wyzwanie, jakie stoi przed reżyserem. Chce mi się śmiać, kiedy słyszę, że ktoś rozpływa się nad kunsztem jakiegoś reżysera tylko dlatego, że ten zrealizował swój film w jednym ujęciu. Nie na tym polega ta praca. Nie twierdzę, że jest w tym coś złego, ale o wiele trudniej sprawić, by ludzie mieli wrażenie, że to, co oglądają, wydarzyło się naprawdę. "Pokój" to mój film – to, jak wygląda, jest konsekwencją podejmowanych przeze mnie decyzji. Starałem się jednak, by moja obecność była w nim tylko ledwie wyczuwalna. Chcę, by ludzie mieli wrażenie, że odkrywają go samodzielnie. Wtedy ma szansę wywrzeć na nich o wiele większe wrażenie.

Pozostawiasz swoim widzom sporo miejsca na to, by wyciągnęli własne wnioski.
Od samego początku wiedziałem, że "Pokój" ma pozostawić widzom przestrzeń, a nie mówić im, co mają czuć. Może z wyjątkiem kilku scen, w których jest to dość oczywiste. Tak wiele wnosimy w filmy, które oglądamy. Co stanowi kolejny powód, by reżyser usunął się w cień – tylko wtedy widz może nanieść na film swoje własne emocje. To jeden z najbardziej fascynujących aspektów kina. Nie wiem, czy zawsze będę w to wierzył – różne historie wymagają różnego podejścia. Czasem reżyser staje przed widzem i krzyczy: "Hej, to ja! Napawaj się moim talentem!". Przypomina to podziwianie zdolnego żonglera lub akrobaty i w przypadku niektórych filmów właśnie to sprawia nam największą przyjemność. Ale gdy chcesz poruszyć jakiś głębszy temat, ważna jest umiejętność zachowania pokory. W przeciwnym razie sam przeszkadzasz sobie w opowiadaniu historii.

Pokój | Irlandia, Kanada 2015 | reżyseria: Lenny Abrahamson | dystrybucja: Monolith | czas: 118 min | w kinach od 26 lutego