"Dziewczyna z portretu" to twój piąty filmowy projekt realizowany wspólnie z reżyserem Tomem Hooperem. Wcześniej byli m.in. "Nędznicy", "Jak zostać królem" czy serial "John Adams".
Danny Cohen:
Z Tomem łączy mnie wieloletnia znajomość. Dzisiaj to pewnie już przyjaźń. Ale nie to decyduje o naszej współpracy, bo nie kieruję się osobistymi względami, stając za kamerą. Proszę spojrzeć na te tytuły, każdy z nich jest inny. To najbardziej działa na moją wyobraźnię, pobudza do działania. Każde zawodowe spotkanie z Tomem to nowy temat, gatunek, narracja, forma. To najważniejszy element naszej pracy, Tom także nie lubi odcinać kuponów od swoich dokonań. To zresztą zawsze była moja największa zawodowa bolączka – co zrobić, by nie popaść w rutynę? Jak uciec przed sprawdzonymi formułami?

To nie jest takie oczywiste w zawodzie operatora?
Każdy z nas ma swój własny wyrobiony styl, granica między tym, co rozpoznawalne czy charakterystyczne, a tym, co rutyniarskie i bezpieczne, jest naprawdę cienka. Gdybym miał robić z Tomem za każdym razem taki sam lub podobny film lub gdybyśmy mieli po prostu powielać sprawdzone schematy, na pewno nie decydowałbym się na taką współpracę. Przy całej sympatii, którą prywatnie darzę Toma.

W ten zawód wpisany jest element ryzyka?
W każdy zawód może być wpisane ryzyko, pytanie, czy będziemy gotowi je podjąć. "Nędznicy", czyli adaptacja musicalu inspirowanego pięcioczęściową powieścią Wiktora Hugo, to z pewnością rzecz dla koneserów, nie dla masowej publiki. Inny film, dużo skromniejsza, kameralna produkcja, czyli obraz "Pokój" (reżyserem tego filmu jest Lenny Abrahamson, polska premiera została zaplanowana na 26 lutego – red.), to historia, która rozgrywa się w pomieszczeniu o wymiarach niewielkiej przykuchennej spiżarni. Oczywiście zastosowaliśmy różnego rodzaju sztuczki: były przesuwane ścianki, zapadnie, ruchome elementy, brakowało nam jednak często przestrzeni, by zwyczajnie pobyć sam na sam ze swoimi myślami, wyobraźnią, pomysłami. Wyobraź sobie kilkunastoosobową ekipę filmową – bandę egocentryków – stłoczoną w małym pokoju dzień w dzień przez miesiąc. Można dostać fioła.
Na szczęście takie opowieści jak "Pokój" pozwalają także nam, autorom filmowym, spojrzeć w głąb siebie. Jestem dosyć wyciszonym facetem, ale nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że mogłem dzięki temu filmowi wyciszyć się jeszcze bardziej. To kino, które już na etapie realizacji skłania do refleksji, do stawiania sobie ważnych i trudnych pytań.

Jak w nurt tworzonych przez ciebie filmów wpisuje się "Dziewczyna z portretu"?
Krytycy pisali o filmie: transgenderowe kino, ale ja nie wiem, co ten termin znaczy? "Dziewczyna..." to inspirowana faktami historia artystycznego małżeństwa: Einara Wegenera i Gerdy Gottlieb. Oboje malowali, tyle że Einar często przebierał się za kobietę i pozował żonie do obrazów. Przeżyli razem wiele lat, nim mężczyzna zdecydował na operację zmiany płci i przyjął oficjalne imię Lili Elbe.

Lili Elbe jeszcze przed operacją zmiany płci w 1930 roku była widywana w towarzystwie i podczas oficjalnych przyjęć, zwykle przedstawiano ją jako siostrę Einara.
Nim stanęliśmy na planie, bardzo dokładnie poznaliśmy historię duńskiego małżeństwa. Istotne były zmieniające się relacje tej pary. Zrezygnowaliśmy z kontrowersji, podoba mi się słowo „portret” w polskiej wersji tytułu, bo stało się ono w pewnym sensie kluczowe. Nasz film jest nie tylko obrazem przemian, jakie zachodzą w mężczyźnie, także zapisem tego, jak ewoluuje związek Gerdy i Einara.
Nie chcieliśmy tworzyć filmowych, co za tym idzie – feministycznych manifestów. Zależało nam na tym, by pokazać wewnętrzny dramat każdego z bohaterów oraz walkę o wolność. Każde z nich walczy o nią inaczej. Zresztą jeśli miałbym wskazać jakiś wspólny mianownik kina pojmowanego jako zbiór narodowych kinematografii, to właśnie wolność i ukazywanie jej w różnych formach i postaciach na ekranie wydaje mi się najczęściej podejmowanym tematem bez względu na szerokość geograficzną.

Dwie postaci – Einara Wegenera i Lili Elbe – zagrał Eddie Redmayne, laureat Oscara za pierwszoplanową rolę w filmie "Teoria wszystkiego".
Po tym filmie mam jeszcze większy szacunek dla Eddiego. Wcielił się w Einara i Lili z delikatnością, ale też rosnącą świadomością. Kreślił te postacie bardzo delikatnie, nie ma w jego kreacji nic rozpaczliwego czy wartościującego którąkolwiek z płci. Co więcej, Eddie nie obawiał się przeistoczenia w kobietę, nie widział w tym nic niestosownego, nie bał się innych emocji, gestów, głosu. Jako kobieta nie jest zniewieściały, przerysowany, zbyt dosłowny. Jako mężczyzna uwięziony w nie swojej płci też nie jest nazbyt deklaratywny. Obserwowanie go podczas budowania roli było wspaniałym doświadczeniem.

A miało znaczenie dla sposobu oświetlenia i pracy kamery to, czy grał mężczyznę, czy kobietę?
Tak, to dyktowało warunki pracy. Inaczej oświetlaliśmy Eddiego, kiedy wcielał się w Einara, inaczej – kiedy grał Lili. Gdy przeistaczał się w kobietę, stosowaliśmy bardziej rozproszone, cieplejsze światło, oświetlaliśmy go tak, by uwidocznić jego kości policzkowe. W zbliżeniach używaliśmy również punktowego światła. Miało się ono odbijać w jego oczach – odpowiednie światło budowało klimat i intymność konkretnych ujęć. W ten sposób chcieliśmy pokazać nowe oblicze tego samego bohatera, jednocześnie sprawić, że widzowie uwierzą, iż mają szansę zajrzeć w głąb prawdziwej natury tego człowieka.

Realizując "Dziewczynę...", inspirowałeś się malarstwem Einara i Gerdy?
Szukałem inspiracji nie tyle w ich dziełach, ile w ogóle w malarstwie duńskim i skandynawskim tego okresu. Nie szukałem niczego konkretnego, bo też nie chciałem czegokolwiek imitować na ekranie. To nie jest film o artystycznej drodze bohaterów, obrazy nie miały odzwierciedlać ich wewnętrznego świata. Einar i Gerda w pewnym sensie byli niczym postacie ze swoich obrazów, są najlepszymi ambasadorami tamtego czasu, więc nie trzeba było tego dodatkowo powielać czy podkreślać malarskością kadrów.
Jeśli na czymkolwiek mi zależało, to na tym, by oddać specyficzny rodzaj światła. Widać go właśnie w malarstwie, wydał mi się on ważny w budowaniu atmosfery tamtejszej rzeczywistości i epoki. Studiowałem malarstwo nie pod kątem scenografii, kostiumów czy fryzur – choć to oczywiście też było ważne. Z mojego punktu widzenia istotniejsze jednak były takie elementy, jak: natężenie światła, kąt jego padania i barwa o konkretnej porze dnia.