Miniserial "Elizabeth" o Elżbiecie I. "Jak zostać królem" o królu Edwardzie VI. Teraz "Dziewczyna z portretu" o Lili Elbe, która w latach 20. XX wieku poddała się pierwszej w historii medycyny operacji korekty płci. Co jest interesującego w opowiadaniu o świecie w historycznym kostiumie?
Tom Hooper: Moja matka, badaczka dziejów, zawsze wpadała w furię, kiedy ludzie manipulowali prawdą historyczną, naginając ją do swoich celów. To ona również obudziła we mnie chęć odkrywania zapomnianych lub skrywanych epizodów z przeszłości. W 2008 roku, gdy zaczynałem pracę nad "Dziewczyną...", w internecie prawie nie dawało się znaleźć materiałów o Lili Elbe, a wiele informacji było nieprawdziwych albo przekręconych. Takie przemilczenia konserwują uprzedzenia dawnych epok. Lili Elbe też padła ofiarą narastającej przez lata nietolerancji. Dlatego zależało mi, aby po obejrzeniu filmu widz nie zastanawiał się, co odbiło bohaterowi, lecz dziwił się, jak bohaterka mogła tak długo żyć w męskim ciele.

Trudno było odtworzyć świat transseksualistki?
Eddie Redmayne i ja spotkaliśmy wiele kobiet i mężczyzn przygotowujących się do operacji korekty płci. Pomagali nam Lana i Andy Wachowscy. Znali tę historię, czytali scenariusz, podrzucali teksty i rady. Choćby "Conundrum" Jan Morris. Poznaliśmy m.in. April Ashley, ikoniczną kobietę trans, jedną z topowych modelek lat 60., londyńską legendę. Chcieliśmy zrozumieć psychologiczny aspekt zmiany płci. Ból nieprzystosowania do własnego ciała. Specjalnie szukaliśmy ludzi różnych pokoleń, żeby móc sobie wyobrazić, jaki wpływ mają czasy na wewnętrzne przeżycia. Przecież opowiadamy o absolutnej pionierce korekty płci z lat 20. XX wieku.

"Dziewczyna z portretu" to film o Lili, o odkrywaniu przez nią transseksualizmu, walce o prawo do bycia sobą. Ale równie ważną postacią jest Gerda, żona Einara/Lili.
Właśnie to love story przekonało mnie do projektu. Zafascynowała mnie opowieść o bezwarunkowym uczuciu, o małżeństwie, które przechodzi dziko ciężką próbę, i o nietuzinkowej kobiecie. Gerda była niezwykłą kobietą: na początku XX wieku odrzuciła stereotypy ról płciowych, walczyła o prawo do ekspresji siebie i robienia kariery zawodowej. Ale też potrafiła zaakceptować transseksualizm Einara/Lili. Po jej śmierci poślubiła włoskiego dyplomatę, żyli w Maroku. Szybko jednak znudziła ją "norma". Małżeństwo rozsypało się, mąż pozbawił ją całego majątku, więc wróciła do Danii i zaczęła wszystko od nowa.

Mówi pan tak, jakby niezrozumienie dla transseksualistów było problemem Danii lat 20. Do dzisiaj bywa różnie.
W Wielkiej Brytanii, jak to w Wielkiej Brytanii, problem był przez dekady załatwiany po cichu. Kiedy miałem 10 lat, moja matka walczyła z rakiem skóry. Opowiedziała mi, jak w szpitalu na sąsiednim łóżku leżała kobieta po korekcie płci. Rzecz dzieje się w 1982 roku, w Anglii, w państwowych szpitalach odbywają się dwie takie operacje rocznie. Wieczorem specjalnie sprowadzony australijski lekarz wyznaje, że mało brakowało, by ta kobieta umarła mu na stole. Chryste Panie!, jeśli w latach 80. było to tak niebezpieczne, jakim ryzykiem była obarczona podobna procedura 60 lat wcześniej? Dlaczego dotąd nie mówiliśmy o tym głośno? Przecież dopiero niedawno coś w tej dziedzinie drgnęło. Powstały seriale "Orange is the New Black" czy "Transparent", za który Jeffrey Tambor słusznie dostał nagrodę Emmy. To kluczowy moment dla narracji transgenderowej. Wspaniale, że podobne świadectwa zaczynają być akceptowane w popkulturze głównego nurtu.

Myśli pan, że dzięki temu mechanizmy ostracyzmu ludzi o innej tożsamości płciowej zanikają?
Bardzo powoli. Dziedziczymy wyobrażenia minionych pokoleń. Zresztą myślę, że w różnych miejscach odbywa się to w różnym tempie. Zakochałem się w Kopenhadze, pięknym mieście o delikatnym świetle i nostalgicznej palecie barw. Ale zdałem sobie sprawę, jak wśród wypłowiałych kolorów musiał się dusić kolorowy ptak. W duńskich mieszczańskich wnętrzach do dziś czuje się konserwatywną, maskulinistyczną, surową wizję rzeczywistości. Może dlatego Lili wyjechała do Paryża, gdzie feerią barw wybuchało art nouveau? Gdzie zamiast protestanckich prostych kształtów dominowały krzywe, owale i wzory florystyczne.

Pan często opowiadał o inności. Nawet portretując Jerzego VI w oscarowym "Jak zostać królem", pokazał pan jąkałę walczącego z ułomnością.
Kiedy byłem dzieckiem, nie mówiło się o depresji, problemach psychicznych, jąkaniu. Sugestia, że król mógłby potrzebować jakiegokolwiek rodzaju terapii, była okryta wstydem, zostałaby zamieciona pod dywan. A ja lubię spod tego dywanu wyciągać ludzi i sprawy. Kręcąc "Jak zostać królem", miałem niemal obsesję przewracania konwencji do góry nogami. Bo ile można oglądać klasycznych hołdów dla monarchii, złota, koron, bereł, kostiumów i dworskich gier? Na początku filmu zrezygnowałem nawet z wizerunku króla z szablą u boku. Zamiast tego pokazałem chłopca w szarym płaszczyku, którego arystokratycznego pochodzenia nic nie zdradza. I taki właśnie Edward, zrzucony z piedestału, zaczął mnie naprawdę ciekawić. Tak jak bohater mojego miniserialu John Adams, który został kompletnie zmarginalizowany przez historię. A czuł się równie istotnym ojcem Ameryki, jak Washington, Franklin, Jefferson. Ale w annałach nie starczyło dla niego miejsca. Pech, oszustwo historii.

Prezentując "Dziewczynę z portretu", jest pan dumny?
Każdego reżysera nęka myśl, że może byłby w stanie wykonać swoją pracę lepiej. To codzienny ból. Trzeba nauczyć się z nim żyć. Kręcąc "Dziewczynę z portretu", próbowałem zachować emocje, które przeżyłem podczas czytania scenariusza po raz pierwszy, oraz uhonorować wspaniałą postać Lili Elbe. I chyba oddaliśmy jej trochę sprawiedliwości.

A nie boi się pan reakcji widzów? Europa robi się ostatnio coraz bardziej konserwatywna.
Na to wygląda. I wpędza mnie to w depresję. Nie sądziłem, że w XXI wieku odbędzie się taka dyskusja, jak w czasie kryzysu uchodźców. Ale liczę, że pewnych procesów nie da się zatrzymać i staniemy się bardziej tolerancyjni.

Myśli pan, że kino może wpływać na świadomość ludzi?
Chciałbym, żeby widzowie "Nędzników" czy "Jak zostać królem" wybrali się na "Dziewczynę z portretu". Robię filmy dla nich, nie dla siebie. I byłoby wspaniale, gdyby ci, którzy pielęgnują swoje niechęci, fobie, lęki, dzięki opowieści o życiu Lili Elby spróbowali zrozumieć problemy ludzi transseksualnych. Choć wiem, że to sen o potędze kina. Marzenie, którym żyją reżyserzy. Może tylko oni.