Rozczochranym nastolatkiem, który ocalił życie, choć zarobił mandat, był George Lucas. Dzięki temu wypadkowi - co opisuje Chris Taylor w książce "Gwiezdne Wojny. Jak podbiły wszechświat?" - miał wystarczająco dużo czasu, by porządnie przygotować się do matury, choć nauczyciele ze szkoły Downey High nie dawali mu wcześniej zbyt wiele szans na zdanie egzaminu. Wypadek odmienił go, dał mu wiele do myślenia i przekonał do porzucenia marzeń o karierze kierowcy rajdowego.

"Zacząłem patrzeć na życie inaczej, bo wiedziałem, że funkcjonuję na dodatkowym kredycie zaufania" - opowiadał Lucas w programie Oprah Winfrey w 2012 roku. "Nie boję się śmierci. Dostałem czas w bonusie" - dodawał.

Pierwszą kamerę 8 mm otrzymał w prezencie od rodziców rok po wypadku, kiedy już studiował w Modesto Junior College. Zaprocentowała wówczas przyjaźń z Haskellem Wexlerem, znanym operatorem filmowym, który dał młodemu George'owi kilka lekcji posługiwania się kamerą. Kiedy w rozczochranej głowie Lucasa pojawił się pomysł na nakręcenie "Gwiezdnych Wojen"? On sam nie potrafi na to pytanie odpowiedzieć. Być może wtedy, gdy w czasie rocznej przerwy na studiach na Uniwersytecie Stanowym w Kalifornii zajmował się montażem filmów dla Amerykańskiej Agencji Informacyjnej.

"Masz rację. Ty nie potrafisz pisać"

Rozgłos zyskał zanim jeszcze powstały "Gwiezdne Wojny". Jego pierwszy doceniony przez krytykę film "THX 1138 4EB" z 1967 roku, opowieść science-fiction o świecie, w którym panuje nowoczesne niewolnictwo, ludzie pozbawieni są imion, a głównego bohatera ścigają bezlitośni rządowi agenci, przyniósł mu sławę. Lucas ze studenckiego festiwalu filmowego trafił nawet na okładkę magazynu "Time". Nie ma wątpliwości, że gdyby nie ten debiut, Francis Ford Coppola nawet nie spojrzałby na rozczochranego studenciaka. A tak Lucas zaczepił się u znanego już wtedy reżysera jako asystent i jego kariera nabrała kosmicznego tempa.

"Masz rację, Ty nie potrafisz pisać" - powiedział mu Coppola i Lucas zdawał sobie sprawę z tej słabości. Pisanie scenariuszy nazywał "krwawieniem". "Krwawił" przy przenoszeniu na papier pomysłów na "Gwiezdne Wojny", nie potrafił wyrazić myśli, jakie kłębiły mu się w głowie. Miał wątpliwości nawet wtedy, kiedy zarejestrował nazwę "The Star Wars". "Brzmiała głupio. Jakby ktoś próbował nakręcić Star Treka, ale w ostatniej chwili dodał Wars" - komentował filmowiec Patrick Read Johnson, który obejrzał "Gwiezdne Wojny" w wieku 15 lat, przygotowując reportaż dla "American Cinematographer". Również postacie bohaterów sagi rodziły się w bólach. Chris Taylor przypomina, jakie imiona wynotował Lucas na kartce, kiedy rozpoczynał pracę nad scenariuszem. Imperator Ford Kserkses Trzeci, Ksenos, Thorpe, Roland, Monroe, Lars, Kane, Hayden, Kryspin, Leila. Lucas inspirował się książką z imionami dziecięcymi, choć nie tylko, bo Solo to ówczesna marka papierowych kubków.

Skąd zatem nazwa Zakonu Jedi? Można jej poszukać w ulubionym gatunku filmów twórcy "Gwiezdnych Wojen", jidai geki (po japońsku: sztuka z epoki), opowieści o samurajach. Lucas uwielbiał filmy Akiry Kurosawy, nie dziwi więc również, że płaszcze rycerzy Jedi przypominają stroje rycerzy japońskich.

W sumie powstały cztery szkice scenariusza do "Nowej Nadziei" i każdy rodził się w bólach, znikały z nich sceny, zmieniały się dialogi. Wytwórnia 20th Century Fox, jedna z nielicznych, która zgodziła się podpisać kontrakt z Lucasem (Universal nie raczył nawet odpowiedzieć) przeznaczyła na film budżet 8,3 miliona dolarów. Machina produkcyjna powoli się rozkręcała.

Han Solo, aktor, stolarz, podrywacz

"Czarująca, seksowna, bystra i obdarzona wrodzonym talentem pisarskim" - tak współpracownicy Lucasa opisywali Carrie Fisher, jedną z kandydatek do roli księżniczki Lei. Trochę czasu im zajęło, by przekonać zajętą studiami aktorskimi Fisher castingiem na rolę, ale w końcu się udało. Przeczytała przed Lucasem bardziej rozbudowaną wersję kwestii, którą w filmie wypowiada na projekcji holograficznej emitowanej z droida R2-D2 - i oczarowała również reżysera.

Z Hanem Solo, czyli Harrisonem Fordem nie poszło już tak łatwo. Ford wystąpił w poprzednim filmie Lucasa, "Amerykańskie graffiti", dlatego początkowo miał w ogóle nie być brany pod uwagę. W jego przypadku zdecydował szczęśliwy traf. Harrison Ford - w co może dziś trudno uwierzyć - parał się również stolarką, a tak się złożyło, że trzeba było wymienić drzwi w biurze, gdzie odbywały się przesłuchania. W przerwie w czasie castingu Lucas pozwolił Fordowi przeczytać kwestie Hana Solo. Łobuzerski styl i wrodzona zadziorność, z jaką aktor-stolarz podszedł do tego zadania, pozbawił reżysera ostatnich wątpliwości co do tego, kto powinien zagrać rolę pilota Sokoła Millenium u boku kudłatego Chewbakki.

Mike'a Hamilla, czyli odtwórcę roli Luke'a Skywalkera, George Lucas początkowo odrzucił. Hamill znany z roli w telewizyjnym serialu "Szpital miejski" nie współgrał mu z postacią syna Dartha Vadera. Zmienił zdanie, gdy dyrektorzy castingowi umówili na spotkanie z Lucasem filmowe rodzeństwo - czyli Fisher i Hamilla. Reżyser stwierdził, że oboje mu pasują. Jednak studio filmowe postawiło mu podstawowy warunek. W obsadzie miał znaleźć się znany hollywoodzki aktor. A wówczas ani Hamill, ani Fisher, ani nawet Ford nie mogli pochwalić się sławą. I tak do ekipy dołączył Alec Guinness, czyli Ben Kenobi. Zgodził się przymknąć oko na żywe usposobienie Lucasa, przez które obaj nie za bardzo potrafili się dogadać i zająć się przygotowaniami do roli rycerza Jedi wzorowanej na czarodzieju Gandalfie z "Władcy pierścieni". Pomogła mu w tym również całkiem przyzwoita - jak pisze Chris Taylor - gaża w wysokości 150 tysięcy dolarów. Fisher, Hamill i Ford musieli zadowolić się tysiącem dolarów za tydzień zdjęć.

Nie można nie wspomnieć również o twórcy kostiumów do filmu. Zajął się tym Ralph McQuarrie, chyba najmniej znany i najmniej doceniany członek ekipy. Quarrie był wizjonerem. Już pierwszy szkic postaci Lorda Vadera był strzałem w dziesiątkę.

"Wyobraził sobie, że czarny charakter właśnie wyszedł z próżni kosmicznej, więc dał mu wojskową maskę gazową, skrywającą całą twarz. Czarny hełm również miał specjalne skojarzenia. Artysta walczył w Korei, skąd zapamiętał wyjątkowy czarny hełm z niezwykłym czarnym pokryciem i obszernym fasunkiem. Został postrzelony w głowę, a kula zatrzymała się na fasunku, nie docierając do mózgu" - pisze Chris Taylor w swojej książce.

Kiedy postać Dartha Vadera przybrała ostateczny kształt, stworzenie kostiumu mrocznego lorda nie stanowiło już większego problemu. Został uszyty między innymi z dwóch skórzanych kurtek. Z kolei do przygotowania filmowego kostiumu Luke'a Skywalkera użyto między innymi dwie pary białych dżinsów. Można powiedzieć, że twórca "Gwiezdnych Wojen" oszczędzał tam, gdzie tylko mógł, wszelkie nadwyżki budżetowe przeznaczając na efekty specjalne.

"Możesz to gówno napisać. Powiedzieć się nie da"

Jednak nie wszystko szło tak, jak powinno. Najwięcej problemów sprawiało kręcenie na tunezyjskiej pustyni, udającej pustkowia planety Tatooine. Niepowodzeniami, jakie przytrafiały się ekipie, można było wypełnić długą listę. Tak jakby nad nieistniejącym jeszcze filmem wisiała jakaś kosmiczna klątwa. Ciężarówka przewożąca roboty stanęła w ogniu. Gwałtowna burza z piorunami, pierwsza od pół wieku w tym regionie, zniszczyła plan zdjęciowy. Zdalne sterowanie robota R2-D2 wciąż się psuło, a siedzący wewnątrz droida aktor Kenny Baker co i rusz się nim przewracał. Potem Anthony Daniels zamknięty w pancerzu droida protokolarnego C-3PO paskudnie skaleczył się w nogę, rozrywając kostium wykonany z włókna szklanego. Do tego doszły tarcia wewnątrz ekipy. Zresztą nie tylko tarcia.

Guinness nie krył irytacji specyficznym stylem pracy Lucasa, który ciągle zmieniał scenariusz, przepisywał dialogi i nagrywał niezliczoną ilość wersji tych samych scen. Kiedy prace na planie szły pełną parą, Guinness zanotował w dzienniku, że reżyser wciąż jeszcze nie podjął decyzji, czy jego postać ma zginąć. Wściekał się też na innych aktorów. "Harrison Ford, zwracający się do mnie per Matko Przełożona, nie pomaga" - zapisał w dzienniku i dodawał kilka dni później: "Żałuję, że zgodziłem się na tę rolę... To żadne aktorstwo. Pożałowania godne kwestie ciągle są zmieniane i tylko nieznacznie ulegają poprawie".

Harrison Ford był o wiele bardziej bezpośredni w swych sądach. "Możesz to gówno napisać, ale powiedzieć się tego nie da" - wypalił pewnego razu do George'a Lucasa, komentując bezustanne zmiany w dialogach. Zresztą nie za bardzo przejmował się pracą na planie. Bardziej zajmowała go 19-letnia Carrie Fisher, z którą - podobnie jak w filmie - nawiązał gorący romans. Zaczęło się od tego, że 34-letni wówczas aktor zaskoczył księżniczkę Leię w jej garderobie, ukryty w szafie i ubrany jedynie w krawat. Oboje wolne chwile chętnie poświęcali też na palenie marihuany, którą dostarczał Ford. Fisher w końcu stwierdziła, że musi rzucić to zioło, bo jest dla niej za mocne. Niewykluczone, że dzięki tej decyzji udało się skończyć film.

Podczas gdy ekipa brylowała i świetnie się bawiła, George Lucas nikł w oczach. Ekipa Stevena Spielberga, również zaangażowanego w powstawanie "Gwiezdnych Wojen", zapamiętała go jako cień człowieka - blady, zmęczony i zachrypły, na skraju załamania nerwowego. Mordercze tempo pracy wykańczało go. Załamanie nastąpiło, gdy reżyser w bólem w klatce piersiowej trafił do szpitala. Na szczęście, jak się okazało, nie był to atak serca, a strajk przemęczonego organizmu.

"Najbardziej ekscytujący tytuł roku"

Wszystkie trudy wynagrodziło mu przyjęcie filmu przez publikę. Już pierwsze recenzje były entuzjastyczne. "Dzisiejszym otwarciem w kinie Coronet swoimi Gwiezdnymi Wojnami scenarzysta-reżyser George Lucas dokonał spektakularnego powrotu na ekran" - pisał John Wasserman, dziennikarz wychodzącej w San Francisco gazety "Chronicle". "Najbardziej ekscytujący tytuł roku - na scenie i w kinie" - dodawał w przypomnianej w książce Chrisa Taylora recenzji opublikowanej w wydaniu z 25 maja 1977 roku. I tak szaleństwo "Gwiezdnych Wojen" rozkręciło się na dobre.

George Lucas, choć decyzję o nakręceniu kolejnych części nosił w sobie od samego początku, na długo zanim jeszcze zaczął "krwawić" nad pierwszym scenariuszem, nie zdecydował się stanąć za kamerą jako reżyser siódmej odsłony sagi. Być może przepaść, jaka dzieliła jego pierwsze dzieło z najnowszym filmem z serii, była już zbyt wielka. Stery przejął J.J. Abrams, jeden z największych fanów "Gwiezdnych Wojen", jak okrzyknęła go natychmiast zachodnia prasa. Czy to dobra decyzja i czy Abrams po "Przebudzeniu Mocy" powinien pozostać na stanowisku reżysera także kolejnych, już zapowiedzianych przez wytwórnię Disneya, części?

To się okaże. Wszystko zależy od fanów. Moc już od prawie 40 lat jest z nimi...