Najpopularniejszym ostatnio gatunkiem literackim stał się wywiad rzeka. A wśród wywiadowanych przeważają aktorzy. Odnoszę wrażenie, że niedługo zabraknie artystów, którzy jeszcze o sobie nie opowiedzieli. Oczywiście w tym morzu zdarzają się perły. Choćby rozmowa Marcina Mastalerza z Piotrem Fronczewskim. Znać, że wybitny aktor przed odsłonięciem się bardzo się wzbraniał, a jednak mur skruszał i powstała rzecz do połknięcia jednym tchem.

Zdarzyło mi się wielokrotnie rozmawiać z Jerzym Trelą. Nie zapomnę, jak przestraszył się, gdy zaproponowałem mu spotkanie na radiowej antenie. – Co? Ja mam o sobie mówić przez godzinę – odrzekł z niedowierzaniem, że to w ogóle możliwe. A potem było fascynująco, choć Trela wiele ze swoich odpowiedzi poprzedzał długimi chwilami milczenia. I mimochodem dał mi lekcję – tego, jak wiele w rozmowie z drugim człowiekiem może znaczyć cisza.

Oczywiste więc było, że wywiad rzeka z Jerzym Trelą nie powstanie. Nie ten charakter, nie ten temperament – opowiadać o sobie, siebie samego stawiać w centrum świata? Jedyne zatem, co było możliwe, to napisać o Treli bez jego udziału, a i to karkołomne zadanie. Jak bowiem ująć fenomen wielkiego aktora, który mówi o sobie z chroniczną niechęcią, trzyma się w kącie, nie uczestniczy w środowiskowych grach, cały spełnia się wyłącznie na scenie albo – zbyt rzadko – na planie filmowym? Po przedstawieniu zakłada zaś wyświechtaną kurtkę i przemierza szybkim krokiem krakowski Rynek, kierując się w stronę domu. Pytany zaś, o czym myśli przed wejściem na scenę, odpowiada prosto z mostu: –Żeby nie walnąć się w łeb. Trudno o misję w większym stopniu skazaną na porażkę. Chyba że dotknie się tajemnicy Treli, która kryje się za pooraną bruzdami twarzą do podrobienia. To jest jedyna droga. I właśnie tak zrobiła Beata Guczalska.

Wiadomo jedno – że trzeba Trelę otwierać krakowskim kluczem. Guczalska mieszka w Krakowie, w tamtejszej PWST wykłada i pełni kolejne ważne funkcje, krakowskie teatry zna jak własną kieszeń i od lat opisuje. Ważniejsze jednak, że bez podejrzanego opiewania podwawelskiego genius loci umie Kraków rozszyfrować. To było widać w jej poprzednich książkach, gdzie pojawiał się w tle – w świetnej monografii Jerzego Jarockiego i fundamentalnej pracy "Aktorstwo polskie. Generacje". Tym razem Kraków staje się miejscem akcji historii Jerzego Treli, co oczywiście nie jest bez znaczenia. Daje bowiem tło do wierności. Na przykład Staremu Teatrowi, gdzie pracował przez ponad czterdzieści lat. No i ludziom, bo przyjaźnie ze swymi najbliższymi zawsze miały dla Treli szczególne znaczenie. Nie przypadkiem na koniec książki mówią o artyście przyjaciele – Anna Polony, Anna Dymna, Dorota Segda, Józef Opalski, Stanisław Radwan. Podkreślają, że Trela przez lata stał się częścią ich własnego pejzażu. Nie da się o kimś piękniej powiedzieć.

Książka Beaty Guczalskiej nie jest na szczęście naukowym opracowaniem, nie trafi tylko do wąskiego grona specjalistów. To potoczysta gawęda najpierw o człowieku, z jego nawykami i słabościami, a dopiero potem o artyście sceny. Nie znaczy to jednak, że autorka prześlizguje się po sztuce swego bohatera w obawie, że rozmowa z czytelnikiem o aktorstwie będzie dla niego zbyt mało atrakcyjna. Przeciwnie, Guczalska przygląda się z bliska początkom Treli w teatrze, aby w ten sposób dojść do najważniejszych dla niego życiowych spotkań. Z Konradem Swinarskim, Jerzym Jarockim, Jerzym Grzegorzewskim. Każdy dał mu coś innego i coś innego od aktora wziął. Rozdział o Swinarskim przeradza się w historię teatralnej wspólnoty, jaką zbudował on na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w Starym. Analiza ról u Jarockiego zasadza się na żelaznej dyscyplinie formalnej i intelektualnej, której wymagał od współpracowników wielki reżyser. Fragmenty o Grzegorzewskim, podobnie zresztą jak te o Swinarskim, cechuje trudna do uchwycenia czułość. Czułość ludzka i czułość szukania bez żadnych reguł, w jakimś przedziwnym locie.

Bada Guczalska sposoby aktorskich przemian Jerzego Treli, uważanego za przeciwieństwo choćby Tadeusza Łomnickiego. Legendarny gigant do każdej roli zmieniał się wręcz fizycznie, czasem był nie do rozpoznania. Trela zostawał taki sam, ale to nie przeszkadzało mu grać postaci skrajnie różnych, na przeciwległych strunach ludzkich emocji i barw. Nie stroni od opisywania kosztów tego zawodu. Alkohol? Był, było go dużo. Ale nie sprawił, by Trela stał się niewiarygodny, by coś kiedyś gdzieś zawalił. Książka Guczalskiej przejmuje, bo daleka jest od okolicznościowej laurki.

TRELA | Beata Guczalska | Marginesy 2015