Woody Allen wyznał, że od dawna był twoim fanem. Nie proponował ci wcześniej roli, bo obawiał się, że odmówisz.
Parker Posey: Nigdy nie wierz mężczyźnie. Allen to wybitny reżyser, także swoich kwestii... Co mogę powiedzieć, marzyłam od dawna, by z nim współpracować. Nie ubiegałam się jednak o role u niego, nie sądziłam, że jest zainteresowany współpracą z aktorką taką jak ja.

Taką, czyli jaką?
Jestem kojarzona głównie z kinem niezależnym, awangardowym, niszowym. Przez lata byłam związana z Halem Hartleyem, zrobiliśmy razem pięć filmów. Poza kilkoma wyjątkami raczej nie obsadza się mnie w pierwszoplanowych rolach w filmach z amerykańskiego nurtu głównego. Gram drugi lub trzeci plan. I dobrze. Nigdy nie ubiegałam się o miano gwiazdy. Mój dorobek to taka sinusoida. Kilkakrotnie wróżono mi wielką karierę, a potem okazywało się, że niby nie spełniam pokładanych we mnie nadziei. Ponoć do czegoś aspirowałam, byłam bliska naprawdę wielkiego sukcesu, ale nie wyszłam poza kino offowe. To nie są i nigdy nie były moje aspiracje. Ja chciałam grać ciekawe role, wszystko jedno, czy w filmie za 100 dolarów, czy za 100 milionów dolarów. W zasadzie to moje podejście nie jest tak odległe od świata i kina Allena, ale propozycja pracy z nim przez lata nie nadchodziła, więc się nad tym nawet nie zastanawiałam.

Opinia numer dwa: "Praca z Parker to wyzwanie".
Allen kokietuje. To reżyser, który doskonale wie, czego chce. Tworzy na planie wspaniałą atmosferę, mimo napięcia, które towarzyszy każdej produkcji, masz poczucie, że przynależysz do rodziny Woody'ego. Na planie jest jak w domu. To wypadkowa realizmu i fantazji, coś jak poranek w świąteczny weekend w rodzinnym domu, do którego wróciłaś po latach. Budzisz się w swoim panieńskim pokoiku, otwierasz oczy i znów masz przez moment piętnaście lat, choć tak naprawdę masz na karku dwie dychy więcej. Reżyserka Nora Ephron powtarzała zawsze: "Traktuj robienie filmu jak bycie na coctail party".

Co miała na myśli?
Bądź zabawna, dowcipna, inteligentna, czarująca. Delektuj się ludźmi i pracą. I czasami się zastanawiam, czy granie w filmach naprawdę różni się czymś od ról, w jakie się wcielamy podczas tych wszystkich rautów, na które zdarza nam się wpadać. Często bez zaproszenia. Rada Nory była najlepszą, jaką usłyszałam w całym życiu od filmowca.

Na moment przed przymiarkami kostiumów do "Nieracjonalnego mężczyzny" złamałaś nadgarstek. Trudno się dobrze bawić z kontuzją...
Wręcz przeciwnie, jesteś w centrum zainteresowania! Bałam się, że mnie zwolnią, więc postanowiłam się jakoś bronić. Oczywiście, byłam wściekła na siebie – nie musiałam na dziesięć dni przed przymiarkami malować kuchni, nie musiałam wdrapywać się na drabinę, a potem z niej spadać, nie musiałam też zwlekać z wizytą u lekarza. To było bardziej podobne do granej przeze mnie Rity. Ale lawina zdarzeń ma to do siebie, że nic jej nie może zatrzymać, więc jedyne, co możesz zrobić, by wyjść z tego bez szwanku, to stanąć na jej czele i pędzić ile sił wraz z nią. Kontuzję starałam się jakoś ograć, przerobić na swoją korzyść. Zastanawiałam się, co zrobiłaby Rita. Mówiłam więc, że nic mi nie jest, po czym jasne, że robiłam zbolałą minę albo wymownie upadał mi kubeczek z kawą. Byłam dzielna, ale pozwalałam się sobą zaopiekować. Aktorki są jeszcze gorsze od reżyserów, możecie mi wierzyć.

Jaka jest Rita?
Jest znudzona życiem akademickim, bo praca ze studentami nie przynosi jej satysfakcji, i swoją mieszczańską codziennością. Męczy się w małżeństwie, w którym nie jest szczęśliwa, ale nie ma bodźca, dla którego zdecydowałaby się opuścić męża. Wie, że grzęźnie, ale nie widzi wyjścia z sytuacji, bo... ma poczucie, że nie jest szczęśliwa sama ze sobą. Musiałaby wiele zmienić, by odnaleźć sens – jest trochę za wygodna, zbyt zmęczona, ale także zawiedziona i zgorzkniała. Jednocześnie bywa duszą towarzystwa, potrafi być zabawna, bezpośrednia, ujmująca, złośliwa, błyskotliwa, sexy... Dostałam naprawdę świetną rolę. Wspaniały materiał dla aktorki. Myślę, że jest wiele takich kobiet, niekoniecznie w uniwersyteckim środowisku. Allen sportretował ludzi wykształconych, elokwentnych, inteligentnych, dla których sztuka, literatura czy inne pasje lub dziedziny życia nie stanowią już wielkiej wartości – nie znajdują w nich pocieszenia, niczego im nie rekompensują.

Gdy zjawia się nowy profesor wykładający filozofię, Ricie wyraźnie się polepsza.
No tak, znajduje partnera, kompana, powiernika, wreszcie kochanka. Facet jest w jej wieku, więc mają podobne zaplecze, jeśli chodzi o bagaż doświadczeń. Są też w podobny sposób rozgoryczeni i wypaleni. Dwie małe iskierki tworzą zawsze jedną większą iskrę. Dobrze im razem, tyle że Rita zaczyna wierzyć, że to coś więcej. A na drodze profesora Abe’a pojawia się studentka Jill. W ich relacji dochodzi jeszcze jeden element do głosu – mężczyzna może być mentorem, nauczycielem, autorytetem. Faceci uwielbiają przewodzić. Rita przegrywa z młodszą Jill. Cóż, życie.

Abe'a zagrał Joaquin Phoenix. Jak wyglądała wasza współpraca?
Bezkolizyjnie. Phoenix to precyzyjny aktor i dobry partner, który potrafi grać zespołowo.

Wszyscy pytają, czy jego wydatny brzuch jest prawdziwy.
Joaquin gra zapuszczonego faceta z kryzysem wieku średniego na barkach. Allen był przeciwny wielkiej charakteryzacji, nie chciał, by nas upiększano. Mnie na przykład zasugerowano, bym przytyła około pięciu kilogramów. Każdy z nas na planie miał swój znak szczególny, coś, co pomagało w konstrukcji postaci, ale było czymś więcej niż kostiumem. Przynieśliśmy to ze sobą. Przypominało nam, jak niewiele się różnimy od naszych filmowych bohaterów. Ja mogłam zostać w życiu taką Ritą, dlaczego nie?

Szybko się jednak okazało, że Phoenix, choć przechodzi przez okres w życiu, w którym chce zakwestionować swoją urodę i powierzchowność, nie jest w stanie stać się abnegatem absolutnym. Myślę, że ta rola pozwoliła mu odbić się od paru życiowych frustracji. Ale Joaquin to wielki profesjonalista, więc nie traktował kina jak terapii. Zwykle lubił podejść do Allena i porozmawiać po raz kolejny przed sceną odnośnie do jej przebiegu, po ujęciu też podbiegał do niego, by upewnić się, czy wszystko poszło zgodnie z planem. Allen udziela rad, ale raczej nie jest reżyserem, który chwali cię za wykonaną robotę. Chce wejść na plan, zrealizować scenę – najlepiej bez dubli – zejść z niego o określonej porze.

Czyli to oznacza, że ty nie potrzebujesz uwag, konsultacji, pochwał?
Chyba raczej łatwiej mi przychodzi dostosowanie się do systemu pracy danego reżysera. Jestem większą intuicjonistką. Kiedy widzę, że reżyser zostawia mi wolność, korzystam z niej. Sama lub z nim na początku ustalam, gdzie może mnie zaprowadzić to nieskrępowanie, ale potem pracuję już na fundamencie określonym wcześniej. Czerpię z tej bazy sama, wiem, jakimi narzędziami dysponuję, na co mnie stać. Zwykle też ufam reżyserom, liczę na to, że będą protestować, gdy coś źle pójdzie. Nie muszę jednak trzymać się ich kurczowo. Reżyser to dyrygent, ja gram sama za sprawą własnych umiejętności oraz instrumentu, którym dysponuję.

W przypadku "Nieracjonalnego mężczyzny" wchodziła w grę jeszcze jedna kwestia. Dostałam jedynie 20 stron scenariusza do przeczytania. Tylko tyle wiedziałam o filmie, ile mogłam wywnioskować z tych kilkunastu kartek. W pewnym sensie nie czułam, jakby moja bohaterka była integralną postacią tej historii. I myślę, że to pomogło filmowi. Rita to autonomiczna postać, niezależna. Choć stoi na drugim planie, chciałam, by była wyrazista. Postanowiłam z jej niedopasowania zrobić atut. Widziałam, że już w pierwszych scenach Woody zauważył mój koncept, podszedł do mnie i powiedział, że to właściwy kierunek. Byłam spokojna.

Nie denerwowałaś się?
Bardzo, ale nie swoją pracą, tylko tym, że... to Woody Allen. Idol. Jego filmy towarzyszyły mi przez całe życie. Kobiety z jego filmów to moje wielkie fascynacje, nie tylko aktorskie. Cieszę się, że mogłam zagrać akurat w takim filmie. "Nieracjonalny mężczyzna", choć to komedia, podejmuje temat cierpienia, wypalenia, braku motywacji. Ludzka egzystencja jest jak komediodramat Woody'ego Allena, mam nadzieję, że wcześniej czy później okaże się, że ktoś, kto kieruje tym wszystkim, jest jego kuzynem albo chociażby stryjeczną ciotką. Po pierwsze: dobrze jest mieć chody. Po drugie: liczę na inteligentne, a przynajmniej humorystyczne rozwiązanie zagadki, jaką jest życie. U Allena są wszystkie odcienie rzeczywistości – absurdy, smutki, radości, lęki, marzenia. Podważa istotę filozofii, życie wciąż stanowi dla niego tajemnicę, z mędrców drwi, miłość ciągle wystawia na próbę – cokolwiek byśmy mówili o jego kinie, jakkolwiek byśmy go krytykowali, to nadal jeden z największych współczesnych filmowych narratorów. Nikt tak jak Allen nie opowiada historii.