Piszesz głównie o nastolatkach, ale w "Papierowych miastach" bohaterem równie ważnym, co Margo, Q. i ich przyjaciele jest Walt Whitman. To ich mistrz. Twój też?
John Green:
Fascynuje mnie idea, że każdy z nas jest zakorzeniony w konkretnym miejscu i czasie, ale jednocześnie wszyscy jesteśmy połączeni, jakbyśmy stanowili jeden organizm narzucający nam funkcje, z jakimi nie zawsze się godzimy. Walt Whitman był moim przewodnikiem po tym temacie. W swojej poezji dotykał kwestii trudnych relacji między jednostką a społeczeństwem, napięć rodzących się między człowiekiem szukającym swojej tożsamości a oczekiwaniami środowiska.

Zatem nawiązujesz do niego głównie ze względu na potrzeby historii.
Odkąd skończyłem dwadzieścia dwa lata, moją mentorką jest Ilene Cooper – wybitna autorka powieści dla dzieci i młodzieży (ma ich na koncie ponad trzydzieści, jak ryba w wodzie porusza się w różnych gatunkach i stylach – red.). Ilene była też moją redaktorką, kiedy mieszkałem w Chicago i pracowałem dla magazynu Booklist. Recenzowałem książki, asystowałem redaktorowi i po godzinach pisałem "Szukając Alaski". Ilene Cooper bardzo mi pomogła wprowadzać poprawki i przedzierać się przez kolejne wersje powieści. Nauczyłem się przy niej, że kreatywne pisanie to ciągłe przepisywanie. Nigdy nie napisałbym tej książki, gdyby nie jej pomoc i wsparcie. Współpraca z drugą osobą pozwala mi spojrzeć z dystansu na swoją twórczość i nie pozwala mi zapomnieć, że rzeczy, które powołuję do życia, nie należą wyłącznie do mnie. Wszystko, co tworzymy, jest efektem współdziałania. Dziś przypomina mi o tym współpraca z bratem, Hankiem. Od ośmiu lat współtworzymy wideoblogi VlogBrothers. Hank jest kimś, komu mogę w pełni zaufać. W świecie, w którym nie zawsze wiadomo, co leży u podstaw przyjaźni i jak długo one potrwają, relacja z bratem jest szczególnie cenna, bo to układ na życie. Cokolwiek się stanie, braćmi nie przestaniemy być nigdy.

Mówisz o życiu i przemijaniu relacji, emocji, wartości. Śmierć – dosłowna i metaforyczna – jest jednym z charakterystycznych wątków twojej twórczości. Bohaterowie "Gwiazd naszych wina" i "Papierowych miast" muszą się z nią zmierzyć. Czego się dzięki temu uczą?
Zderzenie ze śmiercią jest bardzo trudne. To moment, w którym nastolatek odkrywa, że to, co ludzkie, jest tymczasowe. Świadomość tego, że wszystko przemija, to bolesne i zaskakujące odkrycie, z którym zazwyczaj trzeba sobie radzić zupełnie samemu. W okresie dojrzewania często separujemy się od rodziców, wydaje nam się, że nikt nie rozumie emocji, które przeżywamy, więc nikt nie może nam pomóc się z nimi uporać. A my nie wiemy jeszcze, jak to zrobić, bo zderzamy się z nimi po raz pierwszy. Nie twierdzę, że z czasem jest łatwiej, ale dziś moje myśli o śmierci i żałobie mają fundamenty zbudowane przez dekady refleksji. Mam nadzieję, że jestem zdolny do tego, by wciąż patrzeć na świat świeżym okiem, ale wątpię, że kiedykolwiek emocje znów będą miały taką intensywność, jaka towarzyszy przeżywaniu ich po raz pierwszy w szkolnych czasach. Tęsknię za nimi, dlatego wracam w powieściach do czasów liceum, gdzie wszystkie emocje, nie tylko śmierć, miały większą siłę.

Jest w twoich powieściach dla młodzieży dużo nostalgii. Opowiadasz o podróżach przez Amerykę ("Szukając Alaski" i "Papierowe miasta"), wyprawach za ocean ("Gwiazd naszych wina") i dojrzewaniu, które przychodzi po drodze. Przepisujesz amerykańskie mity, które wcielali w życie m.in. bitnicy i które do dziś funkcjonują w kulturze.
Podróżujemy całe życie – w dosłownym i metaforycznym tego słowa znaczeniu. Ciągle wracam do tego wątku, bo pamiętam, że każda road trip w mojej młodości była czasem, w którym legendy ożywały. Na chwilę stawały się czymś realnym.

Kiedy piszesz o nastolatkach, patrzysz zatem we własną przeszłość czy obserwujesz rzeczywistość wokół siebie?
Staram się łączyć obie te rzeczy. Pisanie zawsze jest kreowaniem rzeczywistości. Nawet kiedy sięga się do własnych doświadczeń na papierze, zyskują one inny wymiar i koloryt. Przyjemność, jaką daje mi pisanie, wiąże się z poczuciem, że mogę na chwilę stać się kimś innym. Nie tyle zajrzeć głębiej w siebie, ile wyjść poza własną świadomość i zamieszkać w nowym świecie. Z drugiej strony naturalnie niektórzy bohaterowie "Papierowych miast" są wzorowani na moich kolegach z liceum.

Byłeś popularny w szkole średniej?
Daj spokój, oczywiście, że nie. Znacznie bardziej przypominam Bena, desperacko szukającego dziewczyny. A tworząc postać Margo, wracałem myślami do swojego kolegi, Jona. Wydawało mi się, że jest kimś więcej, niż może być chłopak z liceum. Pewnie dlatego, że szkoła średnia nigdy nie była dla niego całym światem. Kiedyś wskoczył do jadącego pociągu, żeby wygrać w zakładzie dziesięć dolarów. Przejechał trasę między Alabamą a Tennessee, ale żeby wrócić do domu, musiał kupić bilet za sto dolarów. Stracił pieniądze, żeby wygrać zakład. Cały on. Byłem nim zafascynowany. Kierował się zasadami innymi niż wszyscy. Prowokował sytuacje, których inni się bali. Cała Margo.

Cara Delevingne powiedziała, że Margo to postać, o której inni mało wiedzą. Fantazjują więc na jej temat i mają wobec niej własne oczekiwania. Myślałeś o nich obu – o bohaterce i aktorce – jako o kobietach, które rzucają wyzwanie społeczeństwu?
Wszyscy często zakładamy z góry różne rzeczy i zwykle kiepsko na tym wychodzimy. Zanim poznałem Carę Delevingne, wydawało mi się, że wiem o niej wszystko, bo ciągle jest obecna w mediach i ludzie o niej mówią. Naturalnie nie mogłem się bardziej mylić. Próbowałem budować jej wizerunek ze ścinków informacji, a ona oczywiście jest znacznie bardziej skomplikowaną, interesującą, inteligentną i utalentowaną kobietą, niż się wydaje. Jest ogromnie wrażliwa i umie zagłębić się w tygiel różnych emocji, rozpoznawać je, dyskutować o nich i odtworzyć je przed kamerą. Margo jest najpopularniejszą dziewczyną w szkole, wszyscy pragną jej lub pragną być nią. Margo się jednak nie godzi na to, by spełniać oczekiwania, jakie ma wobec niej środowisko. Podejmuje własne decyzje. Choć jestem ich autorem, nie muszę się z nimi zgadzać. Nie wiem, czy byłoby mnie na nie stać. Podziwiam ją jednak za to, jaka jest. Zawsze fascynowali mnie ludzie, którzy umieją się zbuntować. A dla kobiet to szczególne wyzwanie.

Dlaczego?
Gdyby wszystkie sytuacje, w które wplątuje się Margo – włamywanie się do budynków nocą, szukanie ryzykownych przygód – prowokował chłopak, byłyby one odbierane zupełnie inaczej. Kobiecego buntu nikt nie pojmuje. Seksizm istnieje w kulturze od wieków i bardzo trudno go zwalczyć. Nie zagłębiam się w politykę, mówię o realiach. Kultura i społeczeństwo narzuca kobietom ogromną ilość limitów związanych z tym, jak powinny się zachowywać i jakie być. Margo ma na nazwisko Spiegelman – to niemieckie słowo oznaczające wytwórcę luster. Ludzie, którzy na nią patrzą, wcale jej nie widzą. Szukają w niej odbicia samych siebie. Szufladkują ją albo idealizują. A idealizowanie innych i patrzenie na nich przez pryzmat swoich romantycznych wyobrażeń jest niezdrowe. Kiedy to robimy, zawsze czynimy krzywdę sobie i wszystkim wokół siebie. Nie można mieć relacji z ideą. Obarczanie kobiet fałszywymi wyobrażeniami na ich temat jest wyjątkowo niebezpieczne, bo w jakiś sposób odbiera im ludzki wymiar, zamienia w marionetki, które próbujemy pociągać za sznurki. Kiedy patrzysz na przyjaciółkę Margo, Lacey, widzisz typową blondynkę z Kalifornii i nie spodziewasz się tego, co zrobi, by walczyć o przyjaźń, prawda? A Lacey też dekonstruuje stereotypy. I dobrze, bo czasem warto zmienić punkt widzenia.

Twoim ulubionym filmem jest "Rashomon" Akiry Kurosawy – historia o opowiadaniu historii z różnych perspektyw. Spędziłeś dużo czasu na planie "Papierowych miast". Twoja historia ożywała na ekranie dzięki temu, jak widział ją reżyser, Jake Schreier. Podoba ci się ta wizja?
Obecność autora książki na planie adaptacji nie jest codziennością, ale Jake nie miał nic przeciwko temu, żebym się pojawiał. Nie wtrącałem się w jego pracę, bo nie jestem typem faceta, który nieproszony daje wskazówki. Jake jest zresztą świetnym reżyserem i zrobił kawał dobrej roboty. Poza tym nie uważam, że film musi być kopią książki. W zasadzie nawet nie powinien być, bo układ, jaki pisarz ma z czytelnikiem, nigdy nie jest taki sam jak ten, który reżyser ma z widzem. Kino rządzi się swoimi prawami i wolę, że film był dobry niż poddańczo wierny książce.