Czekałeś na pierwsze recenzje "Ant-Mana"?
Peyton Reed:
Szczerze mówiąc, zamiast czytać recenzje, wolę usiąść wśród widowni i obserwować ludzi, ich reakcje. Czekam więc niecierpliwie na premierę. Nie ma lepszego wynagrodzenia za pracę, niż móc obserwować, jak ktoś śmieje się z twoich żartów.

Dołączyłeś do ekipy filmu, kiedy wszystko szło już pełną parą.
To prawda, produkcja pędziła na złamanie karku, ale lubię takie szybkie tempo, zmusza mnie do intensywniejszej pracy. Zresztą w Hollywood nic nigdy nie dzieje się spokojnie. Przeważnie dostaje się od studia zielone światło i wtedy nie da się już tej machiny zatrzymać nawet na moment. Przy "Ant-Manie" miałem to szczęście i komfort, że przydzielono do tego filmu najlepszych ludzi, nie musiałem się martwić, czytając scenariusz, czy uda mi się przenieść to wszystko na ekran. A mówimy o bodaj najbardziej szalonym jak do tej pory filmie Marvela.

"Ant-Mana" nakręcić miał Edgar Wright, ale ostatecznie film trafił w twoje ręce.
Sam byłem przed laty w podobnej sytuacji, kiedy pracowałem dla Foxa przy "Fantastycznej czwórce". Poświęciłem tamtemu projektowi rok życia i odchodząc, czułem się, jakbym porzucał własne dziecko. Nie chcę się wypowiadać za Edgara, zapewne miał swoje powody, żeby odejść, tak jak ja miałem wtedy swoje. Ale bez względu na to, co nim kierowało, z pewnością odczuwał pewien smutek. Od razu, gdy przejąłem ten projekt, napisałem do niego e-maila. Chciałem, żeby wiedział, że rozumiem sytuację i sam doświadczyłem podobnego zawodu.

Łatwo podejmuje się decyzję o przejęciu filmu po innym reżyserze?
Strasznie trudno, szczególnie że kiedy otrzymałem tę propozycję, trwał już etap nanoszenia poprawek na scenariusz. Rozmawiałem z chłopakami przez telefon o tym, co mają zamiar zrobić, co zmienić, co zostawić, ale już na początku powiedziano mi, że są otwarci na sugestie. Oryginalny scenariusz Edgara był jednak świetny, chciałem zostawić samą konstrukcję heist movie, finałową walkę, relacje Scotta z Hankiem. To wszystko jego pomysły.

Podczas gdy kolejne adaptacje popularnych serii komiksowych prześcigają się w gromadzeniu spektakularnych scen nafaszerowanych efektami specjalnymi, „Ant-Man” wydaje się na ich tle wręcz wycofany, żeby nie powiedzieć kameralny.
A to właśnie mi się podobało. Filmy superbohaterskie wciąż rosną i rosną, a każdy z nich wieńczy jakaś pełna eksplozji batalia dobra ze złem, dlatego cieszyłem się, że możemy nakręcić stosunkowo skromny blockbuster – tak, wiem, jak to brzmi – i, co ważniejsze, oprzeć go na humorze. Moc, którą ma Scott Lang, jest zarówno dziwaczna, jak i zabawna: facet się zmniejsza, a na dodatek potrafi kontrolować mrówki. I pytanie, które sobie zadałem, brzmiało: – Co superbohater mógłby z tym zrobić? Dano mi szansę na nie odpowiedzieć. Dzięki temu, jak myślę, zbudowaliśmy sceny, jakich jeszcze w filmach Marvela nie było. Szczególnie dumny jestem z mrówek, których zachowania studiowaliśmy i oddaliśmy na ekranie z niemal dokumentalną dokładnością. I mówię zupełnie poważnie!

Zaciekawiło mnie również to, że akcja "Ant-Mana" dzieje się na Zachodnim Wybrzeżu, podczas gdy pozostali bohaterowie Marvela urzędują zazwyczaj w Nowym Jorku.
Zdecydowaliśmy się na północną Kalifornię, bo to blisko technologicznego centrum Ameryki. Szczególnie na wyobraźnię działa Treasure Island, gdzie znajdowała się baza wojskowa. Przechodziłem tamtędy, dumając, co się dzieje za tymi murami owianymi aurą tajemnicy. Te miejsca są niesamowite. Ma się wrażenie, że są odłączone od całej reszty uniwersum Marvela. Podobnie też oderwany jest Scott Lang. Nie ma na co dzień do czynienia z superbohaterami, jest zwyczajnym gościem wessanym przez świat, którego nie jest częścią, o którym jedynie słyszał i który obserwował z daleka.

Jak układała ci się praca z Kevinem Feige'em, szefem Marvel Studios? Podobno potrafi być apodyktyczny.
Kevin po prostu dba o swoje dzieło. Jest geekiem, komiksowym nerdem, któremu dano pokierować studiem. Znamy się od czasu tej feralnej "Fantastycznej czwórki", myślimy podobnie, obaj mamy manię kontrolowania wszystkiego, ale ja jestem reżyserem, co mnie usprawiedliwia. Rzadko ma się szansę pogadać z szefem wytwórni o filmie, a z Kevinem można podzielić się wszystkim. I rozumie ten komiksowy świat jak mało kto, można przeforsować prawdziwie szalone pomysły. A to się przydaje na każdym etapie produkcji, od castingu do ostatniego klapsa.

Na ekranie oglądamy nie jednego, ale dwóch Ant-Manów. Prócz Scotta Langa, kreowanego przez Paula Rudda, mamy też granego przez Michaela Douglasa Hanka Pyma.
Rozmawialiśmy sporo o postaci Hanka i doszliśmy do wniosku, że jest to ktoś jak Oppenheimer czy Nobel, którego technologia została wykorzystana w śmiercionośnych celach. Pym próbuje temu zapobiec, lęka się, że jego wynalazek wpadnie w niepowołane ręce. I to się, oczywiście, dzieje w filmie. Dramat Pyma polega jednak na tym, że nie potrafi dostrzec, iż rozwiązanie problemu ma tuż przed nosem, nie docenia swojej córki Hope, która usilnie stara się mu zaimponować. "Ant-Man" to również film o niej, o jej dojrzewaniu do bohaterstwa. Ich pojednanie jest konieczne, aby zakończyć misję. Zresztą osią filmu są relacje ojców z córkami, coś, czego jeszcze Marvel nie próbował. A także przybranego ojca z przybranym synem, Hanka i Scotta. A to interesujący punkt wyjścia, czyniący "Ant-Mana" wyjątkowym filmem. No i Hank Pym to w komiksach członek założyciel Avengers, walczy u boku Hulka, Thora, a jednak czasem zastanawia się, czy podoła trudnościom. Każdy z nas niekiedy tak się czuje, niedoceniony, nieodpowiedni do podjęcia wyzwania. Chciałem przenieść ten dylemat na ekran.

Nie skakaliście sobie do oczu z Paulem Ruddem? Nie dość, że gra główną rolę, to jeszcze maczał palce w scenariuszu.
Potencjalnie to faktycznie zarzewie konfliktu. Lecz Paul nie jest tym typem, który przygarnie sobie dwadzieścia linijek tekstu, a pozostałym rzuci ochłapy. Zależało mu na filmie, nie na sobie. Przegadaliśmy bodaj każdą postać, po koleżeńsku. Kiedy dołączyłem do projektu, aktorzy byli już wybrani, ale chciałem się upewnić, że wszyscy czują się ze sobą dobrze. Paula znałem od jakiegoś czasu, nigdy ze sobą nie pracowaliśmy, lecz czułem, że idealnie nadaje się do tego filmu. Zresztą ma twarz i sposób bycia everymana, łatwo z nim nawiązać więź. Dlatego jest dla widza znakomitym przewodnikiem nawet po najbardziej wykręconych scenach.