Pani chyba lubi wychodzić poza swoje aktorskie emploi?
Anais Demoustier: Z wiekiem uczę się siebie: swojego ciała i emocji. Kino jest do tego świetnym narzędziem. W "Sponsoringu" Małgośki Szumowskiej musiałam eksplorować mroczną stronę kobiecej seksualności. W "Bird People" moja bohaterka zamienia się we wróbla, więc budowałam rolę bez użycia ciała. "Nowa dziewczyna" to dla mnie szczególnie ważny film. Bo wreszcie nie gram podlotka, studentki wchodzącej w dorosłość. François Ozon kazał mi udowodnić, że mam w sobie dojrzałą kobietę.

Opowiadanie o miłości, seksie i śmierci kosztuje dużo?
Nie, bo François Ozon dba o aktorów. Umie opowiadać o niejednoznacznych uczuciach. Mam już dosyć bohaterek, które są własną karykaturą. Tych wszystkich lasek z komedii romantycznych, które patrzą z zachwytem wielkimi oczami na kolejnych facetów i wzdychają w poduszkę. W pewnym momencie aktorka powinna zacząć odrzucać takie propozycje. Na litość, mamy XXI wiek. I Ozon to wie. Kocham jego portrety kobiet, obrazy ich samotności, wypalenia w małżeństwie, niezrozumienia, braku oparcia.

A wszystko to w zamożnym świecie klasy średniej.
Właśnie w tej warstwie społecznej, wśród burżuazji normy są najsilniejsze, a role napisane najściślej. Claire z "Nowej dziewczyny" pochodzi z bardzo ustrukturyzowanego świata. Dopiero obserwując kogoś, kto jest wyzwolony, pozwala sobie na kwestionowanie własnej tożsamości. Czuję w dzisiejszym kinie oddech świeżości. Wyzwalamy się, zrozumieliśmy, że zaczynamy się dusić w klasycznych kategoriach męskości i kobiecości, że przestają one opisywać nasze odczuwanie siebie. Coraz chętniej więc bawimy się tymi konceptami. A to oznacza akceptację i tolerancję dla inności.

Małgorzata Szumowska w "Sponsoringu" również zastanawiała się nad kobiecą seksualnością.
To był dla mnie skok na głęboką wodę. Grałam trudne sceny erotyczne, a Małgośka zawsze czekała, aż coś wydarzy się na planie, aż zaiskrzy. Rzucała nam wyzwania, zmuszała do improwizacji. No i sam temat do łatwych nie należał. Przecież bohaterkami „Sponsoringu” są zwyczajne dziewczyny, studentki, które nie widzą niczego złego w czerpaniu przyjemności z seksu za pieniądze. Nawet je to podnieca.

Myśli pani, że ten obraz młodych kobiet, które wciąż chcą od życia więcej, jest prawdziwy?
Tak. We Francji dzisiaj panuje niepokój. Po zamachu na "Charlie Hebdo" na co drugim skrzyżowaniu Paryża stoją policjanci z długą bronią, czuje się rosnące napięcia społeczne i ekonomiczne. Dlatego wiele osób postanawia silniej korzystać z życia, więcej próbować, eksperymentować. Bo nie wierzą już w budowanie karier i stabilność.

Dla francuskiego kina to chyba dobry czas. Obok kina autorskiego twórców kilku generacji pojawiły się duże hity komercyjne. To pozytywne zjawisko z punktu widzenia aktorów?
Dla nas najważniejsza jest różnorodność. Kochamy nasz art-house. To też mój świat. Niepokoi mnie jednak, że powoli wyrasta przepaść między tą częścią produkcji a rozrywką, która również ma swoich świetnych reżyserów, rzemieślników i artystów. Ja nie wciągnęłam się w komercję. Lubię czuć, że opowiadam o świecie swoim i swoich znajomych. Chętnie brałam udział w projektach bliskich realiom i polityce. Czasem byłam w stanie zaangażować się w film, choć nie miałam dużo do grania. Ale wybór ról jest wyborem ludzi i idei, które się wspiera.

Skąd się to pani wzięło? Urodziła się pani w artystycznej rodzinie?
Nie. Rodzina komentuje moje filmy: "Dziwne, ale chyba dobre". Pochodzę z północy Francji, z Lille, rodzice nie są ani bogaci, ani biedni, żyją spokojnie w małym mieście. Nie mają nic wspólnego z kinem. Jako jedenastolatka dla zabicia czasu chodziłam na zajęcia kółka teatralnego. Reżyserka obsady przyszła kiedyś do nas i poprosiła, żebym wystąpiła w jakimś filmie. Operator powiedział, że kamera mnie lubi, więc ojciec zapisał mnie do agencji aktorskiej. Dwa lata później zagrałam córkę Isabelle Huppert w "Czasie wilka" Michaela Hanekego. I to ustawiło mnie na resztę życia. Nie mogłam się doczekać osiemnastki, kiedy przeniosłam się do Paryża i kino stało się dla mnie wszystkim.

Dorastanie na planie nie jest trudne?
Jest fantastyczne. Przy każdym filmie spotyka się ludzi, zwykle starszych, którzy dzielą się z tobą swoimi historiami i emocjami. I są wspaniałym wzorem. Na przykład patrząc na Isabelle Huppert, uczyłam się koncentracji i skupienia. Od kilku lat mam wyjątkowo stabilną karierę, gram non stop, dzięki Christophe'owi Honoré zaangażowałam się również w teatr, bo tam pracuje się spokojniej. Moja generacja trafiła na dobry moment, w którym nie musi się martwić o przyszłość: o to, czy będą role dla kobiet w pewnym wieku. Bo będą.

W wieku 27 lat ma pani 40 filmów na koncie. Nigdy pani nie żałuje przepracowanej młodości?
Za niczym nie tęsknię. Jestem w wirze pracy, odwiedzam mnóstwo krajów, podążam za pasją. A czy kiedyś mi się aktorstwo nie znudzi? Nie wiem. Może jak skończę 35 lat, pójdę na studia i zostanę farmaceutką? To też piękny zawód.