"Heavy Mental" wchodzi do kin ponad dwa lata po oficjalnej premierze. Z punktu widzenia aktora praca nad takim filmem to już chyba prehistoria.
Piotr Głowacki: Marzeniem aktora jest, żeby film wchodził do kin zaraz po zakończeniu zdjęć. Jesteśmy wtedy na bieżąco, nie mamy poczucia odległości, nie zdążyło wydarzyć się nic, co zaburzyłoby nam wizję roli. Ale czas od zejścia z planu do premiery jest znacznie dłuższy, czasami z różnych przyczyn mijają dwa, trzy lata. Wtedy mam poczucie, że widzowie spotykają się z kimś z przeszłości, że jestem już w innym punkcie, w innym miejscu. Sam mam poczucie, że zagrałbym taką czy inną rolę inaczej. W przypadku "Heavy Mental" jednak tak nie jest – film był rzeczywiście gotowy dość szybko i miał już swoją festiwalową premierę i objazd, dzięki temu jestem już z nim zaprzyjaźniony i mam wrażenie, że w tamtym czasie zagrałem w nim najlepiej, jak umiałem. Teraz widzowie polskich kin będą mogli się z nim spotkać i wierzę, że również zaprzyjaźnić.

To film, jakich się w Polsce właściwie nie kręci. W dość skuteczny sposób próbuje się zmierzyć ze stanem ducha współczesnych trzydziestolatków. Niby jego bohaterowie są dziwni, ale jednocześnie zwyczajni, a sama opowieść okazuje się bardzo uniwersalna.
Tak, a poza tym moim aktorskim marzeniem było to, żeby z czystym sercem zagrać kiedyś w komedii romantycznej. A "Heavy Mental" jest właśnie taką komedią romantyczną, o jakiej zawsze myślałem. Zbudowaną ze zwyczajnych, codziennych sytuacji. Sama myśl o tym, że robimy właśnie taki film, podkręcała do pracy, bo dzisiaj naszą zwyczajność zaanektowały seriale. W kinie przez długi czas utrzymywała się tendencja, że albo bohater musi być nadzwyczajny, albo wydarzenia drastyczne. W związku z tym filmowcy nie opowiadali o naszych zmaganiach z codziennością, ze zwyczajnym życiem, z którego często w tę wymyśloną nadzwyczajność uciekamy. Zresztą świat nas do tego pcha, każe nam być nadzwyczajnymi, odnosić spektakularne sukcesy. Tymczasem to normalne, codzienne rzeczy, drobne sytuacje budują dramaturgię naszego życia. Gdy brałem ślub i wraz z żoną przechodziliśmy przez cały proces załatwiania formalności, odkryliśmy ze zdumieniem, że w tych zwyczajnych formalnościach, w urzędowych procedurach kryje się mnóstwo fantastycznych informacji o świecie, który nas otacza, o naszej mentalności, o tym, że diabeł starego nadal tkwi w szczegółach. W pracy nad "Heavy Mentalem" to właśnie zwrócenie uwagi na takie detale dawało największą radość.

Najsilniejszym uczuciem, które motywuje – a może w pewnym sensie raczej demotywuje – pańskiego bohatera do działania jest wstyd. Kumpluje się z aktorem, który ma poderwać dla niego dziewczynę. Ale jednocześnie z tego wstydu rodzi się zupełnie nowa postać, ten bohater nabiera innego charakteru.
Wstyd jest dziś jednym z głównych tematów naszego istnienia. Rewolucja informatyczna stała się dla nas rewolucją opresji bycia widzianymi. Cały czas jesteśmy oglądani, podpatrywani. Wcześniej było to zarezerwowane wyłącznie dla wybranych: Boga, władców, przywódców, potem dla gwiazd. A dzisiaj każdy od urodzenia jest utrwalany w obrazach, fotografowany, filmowany, pokazywany w internecie, każdy może stać się gwiazdą telewizji. Bycie wystawianym na pokaz tak się zdemokratyzowało, że to poczucie wstydu, tremy, skrępowania dotąd zarezerwowane dla aktorów na chwilę przed występem, dziś jest wspólne dla wszystkich i to w każdej chwili.
W przypadku bohatera "Heavy Mental" wstyd był również istotny, ale potraktowaliśmy go szczególnie. Piotr czuje się skrępowany wobec dziewczyn, więc musi znaleźć taką niszę, w której czuje się dobrze. Dlatego opiekuje się starymi ludźmi. Uwielbiam scenę, w której wraz z małym chłopcem myje starca. Trzy pokolenia, kompletnie obcy sobie ludzie, spotykają się w wannie i wykonują wobec siebie jakiś prosty, krępujący gest. Ale mój bohater w tej sytuacji nie odczuwa wstydu w ogóle. To oczywiście sytuacja fabularna, ale istotna z jeszcze jednego powodu. Mam za sobą fantastyczne spotkanie z René Polleschem i jego teatrem postdramatycznym. Pollesch zawsze powtarzał nam bardzo prostą i bardzo ważną rzecz: aktor jest sobą przez cały czas. I ja w tej intymnej scenie byłem nie tylko aktorem, byłem tam również jako człowiek z własnym wstydem, własnymi uczuciami.

A czy to, że wszyscy dziś jesteśmy medialni, zmienia w jakiś sposób pracę aktora?
To zmieniło kino w ogóle. Kiedy pojawiły się kamery wideo, pojawiło się jednocześnie kino naturalistyczne, paradokumentalne, w stylu "Kids" Larry'ego Clarka. A potem pojawiła się Dogma, ruch, który sięgnął po narzędzia wideo, by stworzyć coś, co będzie do złudzenia przypominało życie. Aktorstwo musiało się wtedy stać bardziej naturalne, wręcz niezauważalne. Żeby widz nie był w stanie odróżnić profesjonalisty od człowieka z ulicy. To spowodowało ożywienie w aktorstwie, na studiach ciągle dyskutowaliśmy, kiedy na scenie czy na ekranie jest się prawdziwym. Tak było w czasach, kiedy Dogma dyktowała w kinie warunki. Teraz, w epoce YouTube'a, każdy nauczył się odróżniać, co jest udawane, a co nie. I świetnie, bo dzięki temu film i aktorstwo mogą wreszcie uwolnić się od naturalności. Forma znów ma znaczenie. Opowiadamy ciałem, wraca teatr ruchu, musical, zaczynamy uruchamiać wyobraźnię, posługiwać skrótami, wykorzystywać różne konwencje. Doskonałym przykładem jest choćby "Disco polo" – widzowie znów chcą oglądać fikcję, chcą być przez kino zaskakiwani.

Z reżyserem "Heavy Mental" Sebastianem Buttnym zrobił pan także "Dobre wiadomości" w Teatrze im. Szaniawskiego w Wałbrzychu, ale tym razem to pan był reżyserem. Planuje pan zajmować się tym w przyszłości?
Wspólnie pisaliśmy tekst. Wyobrażanie i zapisywanie ma swój urok i znam to już dzięki pracy scenariuszowej, choćby nad serialem "Głęboka woda". Ale reżyseria to rodzaj całkowitego zanurzenia się w tym, co napisane. Aktor musi się uczyć szybkiego wchodzenia i wychodzenia, a reżyser nurkuje samotnie jak w batyskafie na dno problemu i bada go długo, czasem wiele miesięcy. I tylko to, co oświetli i wyciągnie na powierzchnię, trafi dzięki aktorom do widzów. To fantastyczne przeżycie, oczywiście od czasu do czasu.

Pan raczej nie jest aktorem, który wchodzi i wychodzi. Nawet małe epizody, jak w "Ziarnie prawdy" czy "Obywatelu" sprawiają wrażenie głęboko przemyślanych, jakby pan starał się zrozumieć wszystkich swoich bohaterów, nawet tych, z których postępowaniem się pan nie zgadza.
Każdy z nas jest głównym bohaterem w swoim własnym życiu, więc każda moja postać, nawet epizodyczna, też jest główną postacią dla siebie. A że scenarzysta nie przewidział dla niej więcej miejsca... Trudno. W zawodzie aktora jest coś z pracy archiwisty. Muszę dostać się do wyobrażonego archiwum postaci i wyciągać stamtąd fragmenty, które pozwolą zrekonstruować świat wewnętrzny bohatera. W każdym człowieku jest coś, co dokądś zmierza, co go napędza. Jakieś uczucia, choćby pojedyncza myśl. I ja muszę odnaleźć właśnie tę myśl, dać postaci tchnienie, energię życiową. Ale to nie może być moja energia jako aktora, widzowie to wtedy odczują. Ja jestem tylko narzędziem, wehikułem dla postaci, daję jej moją biologiczną masę (śmiech).

Ale to musi być chyba bardzo forsowne. Zwłaszcza że dużo pan gra: w kinie, teatrze, telewizji, a do tego jest pan jako Piotr Głowacki. Te wszystkie postaci gdzieś się chyba muszą zderzać ze sobą. Dużo to pana kosztuje?
Georgij Gurdżijew mawiał, że naszym obowiązkiem jest robić jedynie to, co rozumiemy. Jeśli rzeczywiście tak jest, to praca może nas zmęczyć fizycznie, ale nie wymęczyć, nie zasmucić. Jako dzieciak wychodziłem rano na podwórko, grałem przez cały dzień w piłkę i wracałem do domu wyczerpany, ale szczęśliwy. Myślę, że tak samo jak grałem w piłkę, tak teraz gram w teatr, w kino. Ta praca mnie nie męczy, nie kosztuje. Po prostu płynę.

Ale z takiej roli, jak Sobczak w "80 milionach" czy Dziabas w "Domu złym" trzeba jakoś wyjść, trzeba to odreagować.
Ostatnio uświadomiłem sobie, że głównym problemem aktora nie jest to, by poczuł coś naprawdę. Głównym zadaniem aktora jest czegoś nie poczuć.

To znaczy?
Trzeba wybudować sobie taki zasób narzędzi i taki sposób myślenia, żeby nie czuć tego samego, co postać, którą się gra. Moim uczuciem jest radość płynąca z pracy, ze spotkania z ludźmi. A moim zadaniem jest to, żeby grając Sobczaka, nie stać się Sobczakiem. Bo wtedy mógłbym nie wrócić.
Nie można dać się uwieść postaci, bezrefleksyjnie przenosić jej cech na siebie samego. Uwaga poświęcona przez widzów bohaterowi nie jest tożsama z uwagą poświęconą aktorowi. Zachowuję dystans do swoich ról, analizuję je, zastanawiam się: "A więc to tak zostało zmontowane. Gdybym wiedział, zareagowałbym inaczej albo w innym momencie". A potem czekam na kolejne propozycje. Każda rola mnie czegoś uczy, jest odpowiednikiem spotkania z innym człowiekiem. To takie laboratorium życia. Wyobrażam sobie, że praca dziennikarza też trochę na tym polega. Sam zresztą ostatnio się tym zajmowałem – zrobiłem serię rozmów z dawnymi działaczami opozycji – i gdybym miał wybrać drugi zawód, mógłbym być dziennikarzem.

Zdradzi pan coś więcej?
To projekt o wstępnej nazwie "Kultura opozycji". Rozmawiałem z ludźmi Solidarności od lewej do prawej strony. Kiedyś działali razem, teraz stoją na różnych biegunach rzeczywistości. Ale nie rozmawiałem z nimi o polityce, tylko o kulturze, co, jak się okazało, rzadko się zdarza. I mam zarejestrowane 24 rozmowy z uśmiechniętymi ludźmi, opowiadającymi o swojej młodości, o fascynacjach, książkach, poezji, muzyce, modzie, o wszystkim, co było dla nich ważne. Naprawdę, kultura powinna być głównym ministerstwem w każdym rządzie, bo to z niej wszystko wypływa.