Większość widzów kojarzy Michela Hazanaviciusa jako reżysera komedii, zwłaszcza nagrodzonego Oscarem "Artysty". Teraz wraca z dramatem o konflikcie w Czeczenii. Skąd ta wolta?
Bérénice Bejo: Michel już przed "Artystą" zrealizował dokument o Czeczenii, przyglądał się też ludobójstwu w Ruandzie. Od wielu lat marzył o następnym kroku – fabule zaangażowanej społecznie i politycznie. Ale się bał. Dopiero po Oscarze zdecydował się na ten odważny krok.

Czego się bał?
Przede wszystkim chciał uniknąć żerowania na ludzkiej tragedii. Za żadne skarby nie popaść w tani sentymentalizm, pilnować, by historia była przedstawiona realistycznie... Poza tym "Rozdzieleni" to jego pierwszy rozgrywający się współcześnie film. Czyli dodatkowe utrudnienie.

Sukces "Artysty" na pewno ułatwił mu sytuację, przynajmniej na starcie.
Oczywiście. Film zdobył liczne nagrody i zaskarbił sobie sympatię publiczności. Dzięki temu Michel miał inwestorów gotowych wyłożyć pieniądze na następny projekt. W innym przypadku nie zdobyłby najprawdopodobniej wsparcia finansowego. Bo kto uwierzyłby w fabułę z czeczeńskimi, rosyjskimi, francuskimi i angielskimi aktorami opowiadającą o konflikcie w Czeczenii? Na takie filmy fundusze dostaje tylko Angelina Jolie.

Twoja bohaterka z "Rozdzielonych" spędza sporo czasu z małym chłopcem, ale nie jest wobec niego zbyt opiekuńcza...
Pracowałam z dziecięcym aktorem, który nie mówił ani po angielsku, ani po francusku, a w filmie w ogóle się nie odzywa. Na planie byłam więc w pewnym sensie sama. Do tego relacja mojej bohaterki z chłopcem jest specyficzna. Ona go traktuje jak kumpla, nie czuje matczynego instynktu. Carol jest przekonana, że ma misję. Wie, że nie ratuje tego jednego chłopca, a wiele podobnych mu dzieci, może dlatego nie potrafi tak bardzo się z nim związać. Ale jednak on jest też jej kotwicą. Po długim przebywaniu w tak smutnym, pełnym cierpienia i tragedii otoczeniu człowieka wypełnia ogromna bezsilność. Zaczyna wątpić, że jego starania mają sens. A on daje jej to poczucie. Daje jej szansę na konfrontację z własnym ja.

Kiedy na planie padł ostatni klaps, poczuliście, że misja została spełniona?
Misja... To brzmi patetycznie, ale mój mąż jest idealistą, pasjonatem i to słowo do niego pasuje. Michel wie, że nie zmieni świata, ale przynajmniej wysyła mu sygnał. Nie przestaje próbować. Dzięki "Rozdzielonym" dostaliśmy szansę, żeby przypomnieć opinii publicznej o konflikcie, który w oczach zachodniego świata nie jest już medialny. Kiedy reżyser chce pokazać w filmie przemoc tak, by poruszyć widza, musi przemyśleć strategię. W mediach strumień obrazów jest ciągły, ogłupiający. Ile razy włączymy telewizor, już za chwilę pojawia się w wiadomościach z Syrii, Ukrainy, Libii, Darfuru... I te straszne obrazy przez nas przelatują. Nic nas już nie szokuje, mamy znieczulicę. Uważam, że to wina natury przekazu medialnego, gdzie ludzka tragedia jest towarem z datą przydatności. U nas w domu nie ogląda się telewizji w ogóle. Taką decyzję podjęliśmy ponad 15 lat temu.

Polityka, która niszczy ludzkie życie, to coś, czego doświadczyła twoja rodzina.
Miałam trzy lata, kiedy wraz z rodzicami uciekliśmy z rządzonej przez dyktaturę generała Videli Argentyny. Spakowali tyle, ile mogli unieść, i wyruszyliśmy szukać nowego życia. Francja to był obcy świat, z inną kulturą i językiem, ale bezpieczny. Mama i tata byli dorośli, zakorzenieni, a musieli zacząć życie całkiem od nowa. Kiedy oglądałam nasz film w Cannes, na dużym ekranie, zdałam sobie sprawę, że są tam podobieństwa do mojej rodzinnej historii. Nie wiem, jakim cudem wcześniej tego nie widziałam... W trakcie któregoś z wywiadów coś we mnie pękło. Rozpłakałam się, ta analogia między prawdą ekranu i mojego życia uderzyła mnie ze zdwojoną siłą. Myślę, że najbardziej precyzyjnie opowiedziane historie mają często najbardziej uniwersalny wymiar. Rozumiemy je, bo jesteśmy ludźmi. A 90 proc. ofiar wojen to nie politycy, którzy je rozpętują, czy żołnierze walczący na froncie. To nieuzbrojeni cywile.

Uważasz, że aktor, jako osoba rozpoznawalna, powinien starać się uwrażliwiać swoich fanów na społecznie ważkie tematy?
Tak. Myślę, że to ogromnie ważne, żeby wykorzystać swoją pozycję i sławę, żeby zrobić coś dobrego. Oczywiście niektórzy wolą zachować swoje przemyślenia dla siebie i nic mi do tego. Ale ja chcę głośno mówić światu o tym, że Putin nie jest dobrym prezydentem. Że nie zgadzam się z jego polityką, wyobrażeniem świata. Co więcej, myślę, że Rosjanie rozumieją, że nie krytykuję w tym momencie kraju czy ich samych, a działania wyrachowanego polityka. Czuję, że nie dostanę zaproszenia na następną galową premierę w Rosji... Trudno, jakoś to przeżyję.

Po canneńskiej premierze posypały się na was gromy. Jak znieśliście krytykę?
Do Cannes podeszliśmy jak naiwniacy. Pokazywaliśmy tam wcześniej "Artystę", było fantastycznie. Myśleliśmy: lubią nas, nie zdradziliśmy Europy dla Hollywood. A do tego nie uciekliśmy w komercję, przywozimy im ważny film! Jak bardzo się myliliśmy... Krytycy wylali na nas wiadro pomyj. Byliśmy skonfundowani, tym bardziej że wcześniej, na pokazach z publicznością, reakcje były entuzjastyczne. Konfrontowanie się z krytycznymi opiniami na temat własnej pracy nigdy nie jest łatwe. My swoją siłę czerpiemy z naszej bliskości, zaufania. Jesteśmy rodziną, razem na dobre i na złe. Wspólnie przepracowaliśmy szok, jaki zafundowały nam pierwsze opinie dziennikarzy. I postanowiliśmy wyciągnąć wnioski.

No właśnie. Zamiast unieść się dumą, Michel postanowił przemontować film.
Wydaje mi się, że zarówno jako małżeństwo, jak i jako zawodowi partnerzy jesteśmy dość skromni. Szanujemy opinie innych i chcemy się uczyć. Zamiast strzelić focha, zaczęliśmy rozmawiać. Ta fala negatywnych opinii nie wzięła się znikąd, coś musiało być na rzeczy. Chcieliśmy zrozumieć, jak możemy sprawić, żeby ten – tak ważny dla nas film – był lepszy. Żeby świat postrzegał go tak, jak my, od samego początku... Wtedy Michel powiedział mi coś, czego nie zapomnę. – Wracam do montażowni. Popełniłem głupie błędy. Muszę jeszcze raz poskładać całość. Pokiwałam głową. A zaraz z wahaniem dodał: – Chyba będę musiał sporo obciąć czas ekranowy twojej postaci.

Nie protestowałaś?
Nie. Przystałam na to z entuzjazmem. To nie była negatywna ocena mnie czy mojej pracy, ale konstruktywna krytyka, dobra dla filmu. Teraz, po tych wszystkich zmianach, film jest nie tylko krótszy, ale też o wiele lepszy. Nareszcie zniknął ten – wytykany przez krytyków – dydaktyczny ton, który i my zaczęliśmy dostrzegać. Zmiany zaowocowały większą spójnością i mocniejszym przekazem materiału. Naszym krytykom dziękujemy z całego serca. Sprawiają, że każdego dnia jeszcze mocniej chcemy nad sobą pracować.