W "Sils Maria" opowiada pan o niezwykle intensywnej relacji pomiędzy dwiema kobietami.
Olivier Assayas: Większość filmów, które do tej pory robiłem, oparta jest na silnych żeńskich bohaterkach. "Sils Maria" jest jednak dość specyficznym obrazem w całej mojej filmografii. Sam pomysł zrodził się w mojej głowie podczas rozmów z Juliette Binoche. Chciałem napisać dla niej dużą rolę i ten zamysł stanowił mój punkt wyjścia. Wiedziałem, że będzie to portret kobiety w średnim wieku, ale jednocześnie wyobrażałem sobie to jako rodzaj konfrontacji z jej młodością. Stąd druga, młodsza bohaterka, a co za tym idzie aktorka. Te dwa charaktery były osią "Sils Maria". Kiedy pracowałem przy tym filmie, miałem poczucie, że wracam do czegoś, co stanowiło samo centrum moich twórczych zainteresowań. Do czegoś, co jest dla mnie bardzo istotne od samego początku. Myślę tu o wpływie, jaki wywarła na mnie twórczość Ingmara Bergmana. W jego cieniu kształtował się mój styl. Miałem zresztą niewątpliwą przyjemność poznania go. Wraz ze Stigiem Björkmanem wydałem nawet książkę, która jest zapisem trzech rozmów z tym wybitnym reżyserem. Myślę, że moje zainteresowanie kobiecymi bohaterkami ma swoje źródło właśnie u Bergmana.

Bergman był zatem inspiracją dla "Sils Maria"?
Z jednej strony ten wpływ jest oczywisty, ale z drugiej w tym przypadku dość przypadkowy. Bergman był dla mnie bardzo ważny, kiedy zaczynałem swoją przygodę z reżyserią. Poznałem go na początku lat 90., kiedy co prawda miałem już na swoim koncie dwa filmy, ale wciąż byłem młodym, niedoświadczonym reżyserem. Fascynacja kinem Bergmana to coś, co przewija się przez całą moją twórczość i znajduje swoje źródła w jej samych początkach. Kiedy zacząłem pisać scenariusz o Juliette, chciałem stworzyć coś, czego jeszcze nie robiła. A chyba jedyną taką rzeczą byłoby zagranie samej siebie, a raczej aktorki, która mogłaby być jej alter ego. Juliette to osoba, która bardzo ciężko pracuje. Pomyślałem, że do tego, by ten portret był pełny, potrzebny jest ktoś jeszcze. Tą osobą będzie jej asystentka. Zacząłem pisać scenariusz i pomyślałem sobie, że robię swoją wersję "Persony", a ten film będzie rodzajem hołdu dla Ingmara Bergmana. Filmowa postać Wilhelma Melchiora, słynnego pisarza, który napisał "Maloja Snake", do pewnego stopnia inspirowana jest samym Bergmanem.

Powiedział pan w jednym z wywiadów, że "Sils Maria" to nie jest film z Juliette Binoche, lecz o niej.
Ona była muzą tego filmu. Kiedy zacząłem pisać scenariusz, stanąłem na rozstaju dróg – czy piszę skrypt z dobrą rolą dla Juliette, czy raczej taki, który w pewnym stopniu opiera się na jej biografii. Wydaje mi się jednak, że to nie jest tylko film o Juliette, ale także o Kristen Stewart i Chloë Grace Moretz. Zazwyczaj jest tak, że widz powinien zapomnieć o tym, co wie na temat danej aktorki, a skupić się na postaci, w jaką się wciela. W tym przypadku jest dokładnie odwrotnie. Proszę widza o to, by cały czas przypominał sobie, kim jest Juliette czy Kristen. To ważny aspekt filmu.

Sam poznał pan Juliette Binoche, kiedy nie była jeszcze znaną aktorką.
A ja nie byłem znanym reżyserem. To było w połowie lat 80., pisałem wtedy scenariusz filmu "Spotkanie", z André Téchiné. To w ogóle było moje pierwsze zamówienie. To był także przełom dla Juliette. Miała 18 lat, pierwszy raz grała dużą rolę, a film pokazywany był w Cannes. Nie stałem się oczywiście tak znany jak ona, ale usłyszałem dużo ciepłych słów. To ważne doświadczenie, bo otworzyło mi drzwi do tego, bym zadebiutował jako reżyser. Spotkaliśmy się zatem w ciekawych okolicznościach, dawno temu, i wciąż jesteśmy przyjaciółmi.

Sytuacja przypominająca trochę tę z "Sils Maria".
Kiedy pisałem scenariusz, miałem w głowie nasze pierwsze spotkanie i doświadczenie pracy przy filmie Téchiné. Nasza relacja posłużyła mi w jakimś sensie do tego, by zbudować tę opowieść. "Sils Maria" to zatem takie echo naszej historii.

Dlaczego zdecydował się pan na to, by obsadzić aktorki z dwóch różnych światów? Juliette Binoche kojarzy się z kinem autorskim, podczas gdy Kristen Stewart z szeroko rozumianym mainstreamem.
Juliette to w ogóle bardzo ciekawa postać, która rzeczywiście kojarzy się przede wszystkim z kinem autorskim. Występuje w filmach anglojęzycznych i francuskojęzycznych. Zupełnie tak, jakby równolegle robiła dwie kariery. Byłem zdecydowany, by nakręcić ten film po angielsku, bo pomyślałem, że da mu to większy oddech i bardziej uniwersalny wydźwięk. W innym przypadku mogłaby to być skromna, lokalna historia zamknięta we francuskim światku. A tak odnosi się także do kultury celebryckiej, ewolucji Hollywood, do tego, czym w tym wymiarze stało się kino. Dlatego zależało mi też na kimś, kto może nawet nie tyle jest typowym produktem Hollywood, ale z pewnością jest tam mocno rozpoznawany i stanowi pewien symbol kina amerykańskiego ostatnich lat.

Dużo pracował pan nad tymi postaciami wraz z aktorkami?
Owszem, ale dopiero na planie. Wcześniej nie dyskutowałem z nimi wiele na ten temat. Nie dawałem im jednak bardzo precyzyjnych wskazówek, a zamiast tego starałem się dać najwięcej wolności, jak tylko mogłem. Choć oczywiście zależało mi na osiągnięciu efektu, który miałem w głowie. Kristen, ale przede wszystkim Juliette miały spory wpływ na to, jak wyglądają ich bohaterki. Cały czas odkrywały w tych postaciach coś nowego. W wielu przypadkach kierowaliśmy się intuicją, choć staraliśmy się trzymać tekstu. Niektórych rzeczy nie da się jednak przewidzieć. To w końcu praca na żywym organizmie.

Co w tej relacji było najbardziej fascynujące?
Chyba jakaś niepewność, która się z tym wiązała. Nigdy wcześniej we trójkę się nie spotkaliśmy, nie miałem zatem pojęcia, jak Juliette i Kristen będą razem funkcjonować. Kiedy kręciliśmy pierwszą scenę w pociągu, miałem w sobie jakieś obawy. Coś wtedy między nimi się wydarzyło, wytworzyła się jakaś energia i od tego momentu byłem już spokojny. Szybko przekonałem się o tym, że Kristen jest tu w dużej mierze dlatego, że podziwia Juliette i chce się od niej jak najwięcej nauczyć. Juliette schlebiało to, że aktorka, która ma status hollywoodzkiej gwiazdy, zna jej pracę, szanuje ją, co więcej, chętnie usłyszałaby jakieś rady. To działało motywująco na Juliette i sprawiało, że szła jeszcze dalej, bo w jakimś sensie chciała zaimponować Kristen. Ona z kolei robiła wszystko, by podołać temu zadaniu, i tak wzajemnie się napędzały. Ich zawodowa relacja na planie była dla mnie fascynująca. O tym też mówi ten film.

Podejmuje on wiele tematów. Mówi nie tylko o aktorstwie i konfrontowaniu się z przeszłością, lecz także o starzeniu się.
Od samego początku wiedziałem, że ważną rolę w tym filmie będzie odgrywał czas. Bo właśnie tego dotyczy w dużej mierze moja relacja z Juliette. Kilka razy mówiła już reżyserom, że bardzo chciałaby z nimi zrobić film. Tak było w przypadku Hou Hsiao-Hsiena czy Abbasa Kiarostamiego. Zadałem sobie pytanie, co różni mnie od tych dwóch wspaniałych reżyserów, których zresztą podziwiam. W przeciwieństwie do nich dobrze znałem Juliette. Czułem, że należy to wykorzystać. Juliette jest w takim momencie, kiedy aktorka w jakiś sposób musi na nowo zdefiniować siebie. To naprawdę interesująca chwila. "Sils Maria" daje jej możliwość otworzenia nowego rozdziału. To będzie możliwe tylko wtedy, kiedy zaakceptuje upływ czasu, potraktuje go jako błogosławieństwo. Nie oznacza on jedynie tego, że jest się starszym, a daje wiele nowych możliwości. To ważny aspekt filmu. W końcu wszystko, co robisz, to jakaś forma konfrontacji z przeszłością. Zwłaszcza w przypadku artystów.

Kolejnym bohaterem "Sils Maria" jest krajobraz.
To dla mnie ważne źródło inspiracji. Chciałem, by krajobraz bardzo mocno związany był z główną bohaterką. Mogłem oczywiście zrobić ten film we wnętrzu małego paryskiego mieszkania, w końcu większość czasu zajmuje tu dialog. Kiedy zacząłem sobie to wszystko wyobrażać, pasowała mi do tego jedynie duża, otwarta przestrzeń. Coś, co jest całkowitym przeciwieństwem tego, o czym powiedziałem wcześniej. Nie chciałem jednak pocztówkowego krajobrazu, raczej chciałem takiego, który ma swoje demony. Jest coś bardzo specyficznego w miejscu, w którym kręciliśmy, że stanowiło ono inspirację dla tylu pisarzy, poetów, malarzy czy filozofów. Trudno o tym myśleć bez historycznego kontekstu. Chmury, które układają się w tego charakterystycznego węża, tworzą poczucie jakiegoś zagrożenia, które nawet trudno nazwać. To kolejny wymiar tej historii, którego nie dałby mi żaden inny krajobraz.

W "Sils Maria" ważną rolę odgrywają nowe media jako element naszego codziennego życia. Pokazuje pan m.in., jak łatwo bawić się czyimś wizerunkiem.
Może nam się to podobać albo nie, ale one do pewnego stopnia określają to, jak dzisiaj żyjemy. "Sils Maria" rozgrywa się tu i teraz, zatem musiałem użyć rzeczy, które w jakiś sposób charakteryzują tę rzeczywistość. Przecież cały czas używamy telefonów, komputerów czy internetu. To istotna część naszego codziennego życia, do którego bardzo mocno wtargnęły także social media. Bycie osobą publiczną przed nimi i dzisiaj to dwie zupełnie różne sprawy. To główna różnica pomiędzy ekranową Marią i Jo-Anne, graną przez Chloë Grace Moretz. Obie mają podobny punkt wyjścia, chciały zostać aktorkami. Różnica jest taka, że Maria funkcjonowała na dwóch płaszczyznach – życia osobistego i zawodowego, a Jo-Anne na trzech. Bo kiedy pojawiły się social media, YouTube i kultura celebrycka, pojawiło się jeszcze trzecie życie. Wymyślony wizerunek, który w nich funkcjonuje. Myślę, że to kolejna warstwa fałszu, ludzie też grają tu role i budują fantazje na własny temat. Wszyscy tak robimy, ale dla aktorek i aktorów to jeszcze bardziej wyraźne, bo mają świadomość, że wszystko, co zrobią czy powiedzą, natychmiast pojawi się w internecie. Jo-Ann jest tego świadoma, a Maria nie. To nie jest jej świat.

Olivier Assayas – francuski reżyser i scenarzysta. Sławę przyniosły mu m.in. filmy "Irma Vep", "Czysta" oraz miniserial "Carlos". Jego najnowszy dramat "Sils Maria" wchodzi na ekrany polskich kin.