Przeszło panu przez myśl, że decyzja o realizacji "Kopciuszka" mogła zostać uznana za krok w tył dla Disneya, szczególnie po niedawnej "Czarownicy" i "Tajemnicach lasu"?
Kenneth Branagh: Robię filmy tak długo, że przywykłem już do każdej reakcji. Ważne, czy film jest dobry, a nie czy opowiada coś nowego. Ludzie chodzą do kina na historie, które już znają, nie tylko z powodu odczuwanej nostalgii, ale również dlatego, że kiedyś ona do nich przemówiła i może to zrobić ponownie. Sam przez całe życie obcuję z klasykami, których czytam na okrągło. Ulubionych piosenek też nie słucham tylko raz.

Czemu mieliby chcieć w XXI wieku nadal oglądać baśnie?
Świat jest dzisiaj niezwykle skomplikowany. Zawsze był, ale obecnie wszystko pędzi jak szalone, ciężko z tej karuzeli wyskoczyć. Baśnie są proste, dają nam szansę na oddech. Również Szekspir, z którym czuję się blisko związany, pod koniec życia zajmował się pisaniem baśni. I to jest niesamowite, bo był u szczytu formy pisarskiej, mógł stworzyć, co tylko chciał, a jednak napisał "Opowieść zimową" czy "Burzę", proste opowieści, które dokładnie z tego powodu są przez ludzi uważane, niesłusznie, za jego gorsze dzieła.

Właśnie, widzowie znowu będą doszukiwać się u pana wątków szekspirowskich.
Zawsze jest się do kogoś porównywanym, nie da się przed tym uciec i chyba zgodzi się pan ze mną, że mogłem trafić gorzej. Fakt, są i tacy, którzy uważają, że tylko dzięki Szekspirowi do czegokolwiek doszedłem, inni mówią, że to nudny i wyświechtany trop, a jeszcze inni myślą, zauważając moje nazwisko na plakacie, że film będzie wydumany. A Szekspir to przecież naturalne skojarzenie powiązane nieodmiennie z pewnym typem opowieści. Trzeba jednak pamiętać, że pisarze tworzący baśnie, jak bracia Grimm, Perrault czy Andersen, również potrafili świetnie opowiadać historie i nie potrzebują, żeby ich zestawiać z kimkolwiek innym. Lecz jeśli chodzi o moją pracę i skojarzenia z Szekspirem... Myślę, że motywy fabularne charakterystyczne dla jego sztuk można odnaleźć praktycznie w każdym filmie, nie tylko moich.

Baśnie to, jak pan powiedział, proste opowieści, ale nie zawsze poruszające łatwe tematy.
Mojego "Kopciuszka" wieńczy konkluzja, że nawet największe okrucieństwo może zostać wybaczone. Inne opowieści też stawiają pytania, czy każdy zasługuje na drugą szansę, czy odkupienie jest w ogóle możliwe. Są one zresztą wszyte w materię praktycznie każdej baśni, ale zamaskowane prostotą, bo jak inaczej poruszyć z dzieckiem kwestię, na przykład, śmierci kogoś bliskiego?

Mówi pan o przebaczeniu, ale przecież często baśniowe czarne charaktery spotyka dość brutalna kara.
Zdradzę panu, że po pokazie testowym spora część publiki chciała dowiedzieć się nie tylko tego, co stanie się ze złą macochą, ale również jak została ukarana. Chcieli to zobaczyć na ekranie! A przecież doczekała się przebaczenia, co wielu widzów uznało za niedopuszczalne, nie potrafiło tego zaakceptować. Z kolei według mnie macochę, która usłyszała od Kopciuszka słowa dobroci, spotkała kara sroższa, niż gdyby zedrzeć z niej suknię i wybatożyć.

Disnejowskie adaptacje znanych baśni nierzadko przenosiły ośrodek ciężkości na szwarccharaktery, czyniły je niekiedy atrakcyjniejszymi od głównej bohaterki czy bohatera.
Szczerość, delikatność, niewinność i dobroć ciężko jest oddać na ekranie, dlatego uwaga widza często skupia się na czarnym charakterze. Ale kiedy ta wyciszona, pozytywna postać pokazuje się nagle z innej strony, udowadnia swoją siłę, jej wyczyn zostaje z widzem na dłużej.

Podglądał pan podczas zdjęć oryginalną animację z 1950 roku?
Nie chciałem niczego naśladować, ale pełno tam ujęć, które są perfekcyjne. Na przykład scena, w której Kopciuszek ucieka od macochy po tym, jak ta podarła jej suknię, przypomina sekwencję z jakiegoś horroru studia Hammer. Inne przywołują na myśl nie tylko gotyckie filmy grozy, ale również dzieła niemieckiego ekspresjonizmu. Starałem się przenieść te emocje, oddać hołd oryginałowi, lecz pozwoliłem sobie skopiować chyba tylko ze dwa ujęcia.

Często pomagał pan sobie grafiką komputerową?
Wszystko, co się dało, robiliśmy bez udziału komputera. Pamiętam, jak scenograf Dante Ferretti pokazał mi makietę sali balowej. Byłem pod wrażeniem detali i zapytałem, co budujemy, a co robimy na komputerze. Dante zaczął żywiołowo gestykulować i oburzać się, że przecież wszystko postawimy, ściany, podłogi, sufit. Nie mogłem uwierzyć, że studio się na to zgodziło. A jednak. Rzadko korzystaliśmy z grafiki komputerowej, podrasowaliśmy to i owo, poprawiliśmy kolory. I to tyle. Niesamowite uczucie, kiedy zamiast green screenu ma się przed sobą taką wystawną scenografię.

Ciekawi mnie, ile w filmowej rodzinie królewskiej inspiracji tą brytyjską.
Niewiele! Na filmie przedstawiam dwór trochę inaczej, starałem się uczynić księcia Kita, króla i otaczających ich dygnitarzy bliższym greckiemu wyobrażeniu elity jako ludzi aspirujących do wyższego poziomu poznania. Abstrahując od filmu, lecz nawiązując luźno do pytania, powiem panu, że na moich oczach dzieje się rzecz fenomenalna: niedługo królowa Elżbieta będzie najdłużej rządzącym monarchą w historii kraju. Rodzina królewska to nieodzowny element brytyjskości, choć, zdaję sobie z tego sprawę, nie każdy moje zdanie podziela. Towarzyszyła mi przez całe życie, jest dla mnie niezmiennym elementem codzienności, podobnie jak promienie słońca za oknem.