W klasycznym kinie "Blackhat" – tak brzmi bowiem oryginalny tytuł nowego filmu Michaela Manna – oznaczał przestępcę. W slangu hakerów to osoba, która dokonuje złośliwych ataków na systemy komputerowe, często dla korzyści finansowych. W obrazie Manna przestępca jest nieuchwytny. Z niewiadomych przyczyn próbuje doprowadzić do krachu całego systemu bankowego. Powstrzymać go może jedynie ktoś, kto dorównuje mu talentem – skazany niegdyś za przestępstwa komputerowe Nicholas (Chris Hemsworth). Cybernetyczny thriller zamienia się w wyścig z czasem i serię brawurowych scen akcji rozgrywających się m.in. na ulicach Hongkongu i Dżakarty.

Twórczość Michaela Manna – jak chyba żadnego innego reżysera – może kojarzyć się z definicją męskiego kina. We wszystkich jego filmach, od zrealizowanego przed ponad 30 laty debiutanckiego "Złodzieja", po najnowszego "Hakera", jest wszystko, co spełnia gatunkowe wymogi. Pełni wątpliwości bohaterowie działający poza granicami prawa, widowiskowe strzelaniny, brawurowe pościgi, a przede wszystkim kryminalna, inteligentnie poprowadzona intryga. Wszystko podane w niezwykle atrakcyjny sposób, znamionujący twórcę w pełni świadomego potrzeb współczesnych widzów.

Jednak określanie Michaela Manna reżyserem kina dla dużych chłopców byłoby krzywdzące. Reżyser "Hakera" jest przecież filmowym estetą, nawet romantykiem, a jego kino nie znosi szufladek. Jak w "Miami Vice" potrafi płynnie przejść od scen dynamicznych pościgów do pięknych, statycznych ujęć błękitnego oceanu. Romantykami są też jego bohaterowie, nawet tacy twardziele jak Sonny Crockett czy gangster John Dillinger. Nawet ci, którzy – jak grany przez Roberta De Niro jeden z głównych bohaterów "Gorączki" – mawiają: – Nie otaczaj się czymś, czego w trzydzieści sekund nie mógłbyś zostawić, gdy zrobi się gorąco.

Wyraziste, pełnokrwiste postaci to znak rozpoznawczy filmów Michaela Manna. Twardzi policjanci, jeszcze twardsi przestępcy. I to bez względu na kostium. Mogą nosić eleganckie garnitury, dżinsy albo indiańskie przepaski. Paleta bohaterów jego kina wygląda może na ograniczoną, ale jest niezwykle dopracowana. Mann w tej materii uchodzi za prawdziwego pedanta, a podejście to wyniósł jeszcze z doświadczeń telewizyjnych i pracy przy takich produkcjach jak "Policjanci z Miami", "Crime Story" czy "Wojny narkotykowe". Podobno nie ma w Hollywood drugiego twórcy, który tak wiele wie o kryminalistyce. Reżyser lubi otaczać się specjalistami – policjantami, agentami FBI, nawet byłymi przestępcami – i potrafi czerpać z ich wiedzy i doświadczenia. W scenie otwierającej "Złodzieja" James Caan włamuje się do sejfu i jest to obraz daleki od tego, do czego przyzwyczaiło nas Hollywood. To nie trwająca kilka sekund robota, ale wyczerpujący proces, kiedy krok po kroku pokonuje kolejne zabezpieczenia. Caan, przygotowując się do roli, przeszedł w tej dziedzinie długie i szczegółowe szkolenie.

Podobna drobiazgowość charakteryzuje Manna także w innych dziedzinach. Dobrze oddaje to przypadek "Informatora", moim zdaniem najlepszego, a na pewno najbardziej niedocenionego filmu Amerykanina. Scenariusz, który reżyser napisał do spółki z Erikiem Rothem, oparty był na głośnym artykule Marie Brenner, opublikowanym na łamach "Vanity Fair". Jednak Mann nie poprzestał na lekturze prasowego tekstu. Dotarł do niemal wszystkich osób związanych z wydarzeniami, po to by jego scenariusz był jak najbardziej wiarygodny. Relacja, jaka łączy na ekranie Jeffreya Wiganda – whistleblowera z firmy tytoniowej Brown and Williamson – z Lowellem Bergmanem, krewkim producentem telewizyjnym, dobrze oddaje tę, która zawiązuje się pomiędzy Mannem a jego aktorami. W jednej ze scen "Informatora" Bergman tłumaczy swojemu współpracownikowi, dlaczego jego rozmówcy tak bardzo mu ufają: – Kiedy coś komuś obiecuję, to zawsze dotrzymuję obietnicy. Z reżyserem jest podobnie. Aktorzy daliby się za niego pokroić, mając świadomość, że role u Manna traktować należy w kategoriach nobilitacji.

Ciekawa anegdota wiąże się z kulisami filmowej biografii Muhammada Alego. O temat wart pewnie dziesiątki milionów dolarów starało się wielu znanych twórców, ze Spikiem Lee na czele. Jednak zarówno grający tytułową rolę Will Smith, a przede wszystkim sam legendarny bokser postawili na Manna, przedkładając obiektywizm ponad filmowy pomnik. Wynika to także z faktu, że reżyser najczęściej sam pisze scenariusze swoich filmów. Choć de facto tworzy w obrębie mainstreamu, bliska mu jest poetyka autorska, której wzór wyznaczył przed laty Stanley Kubrick. To właśnie po obejrzeniu jednego z jego filmów ("Dr. Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę") Mann nie tylko utwierdził się w przekonaniu, że chce zostać reżyserem, ale też nabrał pewności co do tego, jak chce pracować. I – co może stanowić pewne zaskoczenie, zwłaszcza w kontekście hollywoodzkiego modelu produkcji – udało mu się tę wizję wcielić w życie już od samego początku.

W swoich filmach, od "Złodzieja" po "Wrogów publicznych", można odnieść wrażenie, że do pewnego stopnia realizuje podobny schemat. Ale nie jest to zarzut. Zmieniają się świat przedstawiony, scenografia, kostiumy, jednak określony zbiór zasad cały czas ma rację bytu. Podstawę za każdym razem stanowi napędzająca akcję konfrontacja dwóch bohaterów (wyjątkiem jest "Twierdza", gdzie bohater musi stawić czoła siłom nadprzyrodzonym). Co ciekawe, reżyser nie zawsze opowiada się po którejś ze stron, z równą sympatią kreśląc postaci stróża prawa i przestępcy. Za przykład może posłużyć "Gorączka" z legendarną już sceną spotkania w barze pary głównych protagonistów. Ponoć od tej sceny, która oparta była na rzeczywistym zdarzeniu z życia chicagowskiego detektywa Chucka Adamsona, wszystko się zaczęło. Właśnie w niej po raz pierwszy na ekranie spojrzeć sobie mogli w oczy Al Pacino i Robert De Niro, którzy na planie filmowym wcześniej spotkali się tylko raz – w drugiej części "Ojca chrzestnego" – jednak nie mieli żadnej wspólnej sceny.

Znakomite aktorskie duety pojawiają się w filmach Manna znacznie częściej: Pacino i Russell Crowe w "Informatorze", Johnny Depp i Christian Bale we "Wrogach publicznych", Tom Cruise i Jamie Foxx w "Zakładniku" czy wreszcie William Petersen i Brian Cox w "Czerwonym smoku". Ten ostatni film, będący adaptacją powieści Thomasa Harrisa, stanowi pierwszy ekranowy wizerunek Hannibala Lectera (pomimo że tu bohater ma przekornie przekręcone nazwisko na Lector). Choć obraz to znakomity, za kinowego ojca doktora Lectera uważany jest Jonathan Demme, który pięć lat później nakręcił "Milczenie owiec". To także charakterystyczne dla Manna, który jest twórcą – mimo swojej klasy – zawsze trzymającym się w cieniu. Sam zresztą w jednym z wywiadów powiedział: – Jestem na tyle anonimowym człowiekiem, że mógłbym spokojnie zostać kierowcą autobusu.