Jaka była pani pierwsza myśl po przeczytaniu scenariusza "Jezioraka"?
Jowita Budnik: Moje spojrzenie na scenariusz było pewnie trochę spaczone. Kiedy dowiedziałam się o propozycji, którą złożył mi Michał Otłowski – by zagrać w filmie kryminalnym podkomisarza policji – tak się ucieszyłam, że cała reszta była mniej istotna. A mówiąc zupełnie poważnie, to była dla mnie niesamowita przyjemność, ale jednocześnie spore wyzwanie i nowe doświadczenie. Kiedy spotkaliśmy się z Michałem, po tym jak już przeczytałam scenariusz, powiedziałam mu, że w zasadzie prawie wszystko mi się w tym projekcie podoba. Miałam niewielkie wątpliwości, ale one dotyczyły jakichś drobnych elementów z życia mojej bohaterki. Michał starał się jednak przekonać mnie do swojej wizji i dziś muszę przyznać, że jestem naprawdę zadowolona, że tak się właśnie stało.

Dużo pracowaliście razem nad postacią Izy Dereń?
Ta postać była dobrze i czytelnie napisana. Ale za każdym razem, kiedy dochodzi do spotkania aktora z reżyserem, finalny efekt jest jakąś wypadkową obu tych osobowości, pomysłów, wizji. Przy "Jezioraku" Michał dał się poznać jako osoba, która doskonale wie, czego chce. Czułam z jednej strony wsparcie, a z drugiej wiedziałam, że miał wyraźną wizję postaci, w którą się wcielałam. Dobrze nam się współpracowało i szybko wypracowaliśmy kompromis. Choć zdarzały się oczywiście sceny, co do których mieliśmy odmienne zdanie. Aktor jednak musi liczyć się z tym, że jego wersja często może trafić do kosza. I powiem szczerze, że byłam mile zaskoczona, kiedy okazało się, że kilka kluczowych dla mnie scen weszło do filmu w mojej wersji. To miłe, ale świadczy też o tym, że reżyser nie jest ślepo przywiązany do swoich pomysłów, lecz podąża za tym, co się dzieje na ekranie.

Nie miała pani chyba zbyt wiele czasu, by przygotować się do roli.
"Jeziorak" był filmem, który powstawał w szybkim tempie. W efekcie miałam niewiele czasu, bo raptem kilka tygodni, do rozpoczęcia zdjęć. To była dla mnie absolutna nowość. Nigdy wcześniej nie zagrałam dużej roli właściwie tak z marszu. I nie chodzi nawet o stronę artystyczną, bo o niej akurat sporo rozmawialiśmy. Czułam się trochę zakłopotana, kiedy musiałam się zmierzyć z kulisami pracy policjanta. Nie było zbyt wiele czasu, żeby się solidnie do tego przygotować. Ale i tak staraliśmy się zrobić co w naszej mocy.

Jak zatem wyglądały te przygotowania?
Byłam na komisariacie i na strzelnicy całe… półtora raza (śmiech). Uczyłam się trzymać broń, strzelać. Gdybyśmy mieli pół roku albo rok na przygotowania, na pewno byłoby mi dużo łatwiej. Tych wizyt z pewnością zaliczyłabym więcej, przez co wszystko byłoby bardziej organiczne. Musimy jednak pamiętać, że film rządzi się swoimi prawami. Bardzo zależało nam na właśnie tej pogodzie, na tej porze roku. To wszystko determinowało decyzję o tym, by jak najszybciej rozpocząć zdjęcia.

I to stanowiło dla pani największe wyzwanie?
Tej części z pewnością obawiałam się najbardziej. Czy się uwiarygodnię jako policjantka i czy wypadnie to na tyle dobrze, że widz zdecyduje się mi zaufać. Nie bałam się warstwy emocjonalnej czy tego, co wynikało ze scenariusza.

Szybko polubiła pani swoją bohaterkę?
Polubiłam ją od pierwszego wejrzenia. Z tym w ogóle nie musiałam się mierzyć ani specjalnie wysilać. Zagrać policjantkę, choć może się tak wydawać, wcale nie było trudno. Znam prywatnie co najmniej dwie i naprawdę one się niczym nie różnią od innych. Kobiety jak kobiety. Choć oczywiście mają pracę, która wymaga od nich określonych predyspozycji fizycznych i psychicznych. Ale na Pewno nie jest tak, że jak pomyślę o policjancie, to widzę Robocopa. To
zwykłe babki i tyle.

W przypadku poprzednich pani bohaterek było inaczej?
Nie. Śmieję się tylko, że z podkomisarz Izą Dereń mam może trochę więcej cech wspólnych niż wcześniej. Ale jeśli chodzi o sympatię do bohaterek, w które przyszło mi się wcielać, to kocham wszystkie miłością absolutną.

Zawsze wcielała się pani w role skomplikowanych postaci, z trudną przeszłością. Chociażby w filmach Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego.
I myślę, że nic się w tej materii nie zmieniło (śmiech).

To duże wyzwanie dla aktora?
Oczywiście. Praca z Joanną i Krzysztofem to za każdym razem wyzwanie, ale przy okazji jeszcze większa przyjemność. Wydaje mi się, że jest niewiele wyrazistych, pełnokrwistych postaci kobiecych w kinie. Jeżeli zatem przypadnie mi w udziale zagranie jednej z nich, to jestem zachwycona. Cały czas zresztą powtarzam, że jestem ogromną szczęściarą. Dostaję od reżyserów takie prezenty, których nawet nie mogłam sobie wymarzyć.

No właśnie, nie brakuje pani takich postaci w polskim kinie? "Jeziorak" to kino gatunkowe, a ono zdominowane jest przez bohaterów męskich.
Z pewnością brakuje. Rozmawiamy w Gdyni, mniej więcej w połowie festiwalu. I poza drobnymi wyjątkami to męscy bohaterowie dominują w pokazywanych tu filmach. "Jeziorak" to kino gatunkowe zrobione z pełną tego świadomością. Chcieliśmy jednak do klasycznej formuły dołożyć trochę psychologii i kobiecej wrażliwości. Żeby stworzyć coś troszkę innego. Opowiadamy o kobiecie, która jako jedyna funkcjonuje w silnie zmaskulinizowanym świecie. To nie jest przypadek. Tylko silne babki mogą tam wytrzymać i dać sobie radę.

Kino gatunkowe to także niekończące się porównania. W przypadku "Jezioraka" natychmiast wyciągane są "Fargo", skandynawskie kryminały czy serial "The Killing".
Szczerze mówiąc, "The Killing" w ogóle nie znam. Śmieję się, że pierwszą rzeczą, jaką zrobię w wolnej chwili, będzie zobaczenie tego serialu. Bardzo dużo osób pyta mnie o tę inspirację. W przypadku "Fargo" sytuacja jest prostsza. Widziałam film Coenów dawno temu, jeszcze kiedy wchodził na ekrany kin. Zrobił na mnie duże wrażenie i podobała mi się główna rola. Ale szczerze mówiąc, poza ciążą głównej bohaterki nie widzę żadnych zbieżności między postacią graną przez Frances McDormand a Izą Dereń. Może po prostu jest tak, że ta rola była tak wyrazista, że jak rzuci się hasło "policjantka w ciąży", to wszyscy mówią o "Fargo"? Wydaje mi się, że już po 15 minutach oglądania naszego filmu można się zorientować, że trudno o jakiekolwiek porównania. Jeśli jednak ktokolwiek chce mnie porównać do bohaterki "Fargo", to będę zaszczycona.

Rozmawialiśmy o współpracy z Joanną Kos-Krauze i Krzysztofem Krauze. Zakładam, że bazuje ona już w dużej mierze na zaufaniu. W przypadku debiutanta, jakim jest Michał Otłowski, ryzyko było większe?
Każdy film jest obarczony ryzykiem. Oprócz scenariusza, który oczywiście jest istotny, film jest wypadkową tego, co się dzieje później na planie, gdzie zazwyczaj spotyka się kilkadziesiąt osób. Nikt z góry nie zaryzykuje stwierdzenia, że to będzie fantastyczne kino. Każdy twórca zawsze ma w sobie pewną dawkę niepokoju. Pracuje w końcu najlepiej, jak potrafi, ale i tak wszystko weryfikuje moment, kiedy film oddaje się widzowi. Nie ma żadnych gwarancji. Z Joanną i Krzysztofem będę współpracowała zawsze, o ile mnie do takiej współpracy zaproszą. Mam nadzieję, że darzą mnie zaufaniem, bo ja ufam im bezgranicznie. To działa w dwie strony, ponieważ znają moje możliwości, ale i ograniczenia. Jeżeli już mają na mnie jakiś pomysł, stanowi to kolejną szansę na fantastyczną współpracę.

Ale w przypadku "Papuszy" była pani chyba mocno zaskoczona propozycją.
Chyba każdy by był. Jeżeli przed realizacją filmu zrobiłoby się sondę i zapytało ludzi, czy to dobry pomysł, pewnie większość z nich pukałaby się w czoło. Joanna i Krzysztof oprócz tego, że są wspaniałymi artystami, mają pewną wyjątkową cechę. Widzą w człowieku coś, czego nikt inny nie potrafi dostrzec. Przypominam sobie, jak pierwszy raz zobaczyłam ucharakteryzowaną na Nikifora Krystynę Feldman. Nogi się pode mną ugięły. To, co oni w niej zobaczyli i co pozwoliło stworzyć tę postać, pokazuje, jak otwartą mają głowę. W efekcie nawet tak szalona rzecz, jaką z mojej perspektywy było zagranie cygańskiej poetki, doszło do skutku. Kiedy ja nie widziałam takiej możliwości, oni mówili: "Tak, to możliwe". To dla mnie duża sprawa, bo naprawdę kocham ten film.

Powiedziała pani, że nigdy nie ma gwarancji, jak film zostanie odebrany przez publiczność. Czy te pierwsze reakcje z Gdyni to powód do zadowolenia?
Zdecydowanie. "Jeziorak" został bardzo ciepło przyjęty. Podobał się widzom, zbiera dobre recenzje. Festiwale rządzą się trochę innymi prawami niż regularna dystrybucja kinowa. Mam wrażenie, że taka publiczność jak ta w Gdyni ma duże oczekiwania, szuka w kinie czegoś niezwykłego. Tym bardziej cieszą dobre słowa. To ważne, zwłaszcza z uwagi na Michała, bo mam świadomość, że robienie debiutu to stąpanie po naprawdę kruchym lodzie.