"Obywatel" – jak zapowiada jego twórca Jerzy Stuhr – to rodzaj narodowej klasówki z tego, czy potrafimy spojrzeć na siebie z dystansem. – Ci nieliczni, którzy widzieli już mój nowy film "Obywatel", gratulowali mi odwagi – mówi Jerzy Stuhr. – Jest we mnie poczucie spełnienia – zrobiłem film na bolesne tematy, tak jak czułem, tak jak artysta powinien to robić, a nie na pół gazu. Ja nikogo nie obciążam, bo ja te grzechy sam popełniałem – dodaje aktor i reżyser.

Bohaterem filmu jest Jan Bratek (w tej roli ojciec i syn – Jerzy i Maciej Stuhrowie), który gdziekolwiek się nie pojawi, ściąga na siebie lawinę niespodziewanych zdarzeń. Niczym Forrest Gump, bierze udział w najważniejszych wydarzeniach swojej epoki. Ma wielkie szczęście, a może raczej… pecha, że zawsze znajduje się w miejscach, gdzie historia akurat zmienia swój bieg.

Szczególne kontrowersje może wzbudzić scena, w której bohater "Obywatela", oskarżony o tchórzostwo "odpowiada Jarosławem Kaczyńskim, że staje tam, gdzie stało ZOMO". – Teraz trochę żałuję, że włożyłem w usta aktora tę publicystyczną kwestię. To jest właśnie takie zahaczenie o politykę, którego artysta powinien unikać. Powinien być stopień wyżej. Nie mogłem się jednak powstrzymać. Dlaczego tego użyłem? Bo to najbardziej obraźliwe zdanie, jakie słyszałem przez ostatnie ćwierć wieku – wyjaśnia Jerzy Stuhr we "Wprost". – Bo to jedno z najgorszych oskarżeń. Tylko dlatego że inaczej myślę, oskarża się mnie, że nie jestem Polakiem, że jestem sługusem jakiejś innej władzy. Nie przypuszczałem, że ktoś może się posunąć do takiego populizmu – dodaje.