Jakie jest pana najwcześniejsze wspomnienie?
Michel Gondry: Miałem trzy lata, pierwszy raz poszedłem do przedszkola. Bałem się. Nieustannie próbowałem łapać kontakt wzrokowy z innymi, żeby nie zgubić się w obcym świecie. Chyba robię tak do dzisiaj.

Pytam, bo właśnie tak zaczyna pan filmowy wywiad z Noamem Chomskym "Czy Noam Chomsky jest wysoki czy szczęśliwy". Dlaczego to dla pana ważne?
Każdy początek jest fascynujący. Pierwsze wspomnienie uświadamia, jacy byliśmy na początku i z jakim nastawieniem wchodziliśmy w życie, zanim jeszcze zaczęliśmy zdobywać doświadczenie. Poza tym chciałem zrobić bardzo ludzki portret Noama.

Dlaczego właśnie Chomsky?
Jest wiele innych osób, z którymi chciałbym rozmawiać. Choćby mój dziadek, który był wynalazcą i zarażał mnie kreatywnością. Ale pomyślałem, że zacznę od kogoś żywego. Fascynuje mnie neurobiologia, ciekawi, jak działa ludzki umysł. Chomsky stworzył jedną z najciekawszych teorii na ten temat.

Pana domeną zawsze była wyobraźnia, nie nauka.
To prawda, nie mam scjentystycznego podejścia do świata. Ale od teorii nie da się uciec. Robię animacje, więc muszę wiedzieć choćby to, jak szybko powinny poruszać się obrazki, abyśmy dostrzegli ruch. Czytam też dużo o biologii i genetyce. Niczego z lektur nie pamiętam, ale one mnie odstresowują – bardziej niż beletrystyka. Lubię, jak ktoś mi coś tłumaczy. Przed pójściem spać włączam na YouTubie filmiki o czarnych dziurach i nowo odkrytych gwiazdach. Wysłuchuję opowieści astrofizyków, którzy opisują działanie wszechświata. Uwielbiam kanał Sixty Symbols, gdzie wykładają naukowcy z Uniwersytetu w Nottingham. Świetny relaks.

Ale pana film wygląda, jakby był rysowany na bieżąco, kredkami z dziecięcego piórnika. Dlaczego teorię Chomsky'ego ilustruje pan animacją, a nie infografikami z zakresu językoznawstwa?
Nie chciałem robić kolejnej, smętnej rozmowy, jakich masa w internecie, wiedziałem, że nie zadam najlepszych pytań na świecie. Ale mogłem wnieść na ekran fantazję. Animacja sięga głębiej niż realistyczny obraz, daje większą wolność. Zadecydowała również moja nostalgia. Tęsknota za czasem, kiedy wszystko się odkrywało od nowa. Mnóstwo czerpię z dziecięcej wyobraźni i kreskówek. Inspirują mnie obrazy z dawnego bloku wschodniego. Czechosłowacji i właśnie Polski. Miś Colargol wzrusza mnie do łez.

A co na to wszystko profesor?
Powiedział, że mu się podoba, bo nudzą go smętne filmy o nim. A ja odkryłem też kawałek siebie.

Jednak pyta pan Noama Chomsky'ego o bardzo osobiste dramaty. O żonę, która niedawno umarła.
Bo fascynują mnie relacje ludzi. Nieczęsto się zdarza, że człowiek jest z drugą osobą sześćdziesiąt lat. To kolejna rzecz, po działaniu mózgu, którą chciałbym zrozumieć.

Te rozmowy zmieniły pana?
Na pewno mam większą świadomość polityczną. A co do reszty, trudno mi powiedzieć, bo jeszcze nie wszystko rozumiem.

Jak to?
Wiele fragmentów filmu mnie przerasta. Wracam do nich. Bo co to jest "fałsz założeń odniesieniowej koncepcji znaczenia"?

Zastanawiam się, dlaczego Francuz prosi o pomoc w zrozumieniu świata Amerykanina. Paryż to mekka lingwistów.
Nie lubię francuskich intelektualistów. Są nadęci i mówią głupoty.

A nie przeszkadzała pana mniejsza biegłość językowa?
Od roku ćwiczę "th" i nic to nie daje. Moja dziewczyna jest Amerykanką, na początku ledwo się rozumieliśmy. Znajomi ze mnie drwili. Więc im powiedziałem: przeprowadzę wywiad z najsłynniejszym światowym lingwistą. Filmowi to tylko pomogło, Noam miał więcej cierpliwości i dokładniej mi wszystko tłumaczył.

Mieszka pan w Nowym Jorku. Nie czuje się pan tam z tym swoim angielskim obco?
Odwrotnie. To miasto jest taką mieszanką ludzi z całego świata, kultur i narodowości, że czuję się na właściwym miejscu. Prawie wszyscy mają jakiś akcent. Ta moja emigracja wynika też trochę z przypadku. Przygotowywałem "Zakochanego bez pamięci", chciałem poznać geografię miasta, życie w nim. Ale zabrałem ze sobą syna. Miał jedenaście lat i poszedł do szkoły w USA. Postanowiłem poczekać tę dekadę, dopóki nie skończy studiów.

A pan w tym czasie eksperymentuje i próbuje zrozumieć świat?
Zawsze. Nowy Jork się dobrze do tego nadaje. Czasem trochę za dużo samochodów przejeżdża mi pod oknem, bywa za głośno, tłoczno ruchliwie. Ale w tym mieście, jeśli wpadnie się na pomysł rano, można go zrealizować po południu. A ja mam dużo pomysłów.