Jako dziewczynka uczyła się pani w domu. Dlaczego mała Juliette nie pasowała do wymogów publicznego systemu szkolnictwa?
Juliette Binoche: Moje wspomnienia z okresu szkolnego to miks sprzecznych emocji. Pamiętam, że odczuwałam lęk. Wydawało mi się, że tam nie pasuję, że nie daję rady, opuszczałam zajęcia, bo rodzice często przenosili mnie do kolejnych placówek. Byłam outsiderką. Musiałam się ukrywać i nauczyłam się udawać przed innymi, że potrafię robić rzeczy, których nie umiałam – na przykład udawałam, że umiem czytać, a wtedy jeszcze wcale tak nie było. A potem zaczęła uczyć mnie moja mama i szybko zdała sobie sprawę, że mam dość poważne braki. Zabrała się za mnie i udało się doprowadzić mnie do porządku. Dziś jestem jej ogromnie wdzięczna.

Ostatnio w dwóch niezależnych projektach grała pani artystkę. A przecież sztuka towarzyszy pani właściwie od zawsze, aż dziwne, że tyle czasu zajęło, by ktoś obsadził panią w takiej roli...
Miałam chyba dziewięć lat, kiedy stworzyłam pierwszy obraz. Moja mama kupowała piękne albumy o sztuce – malarstwie, rzeźbie z różnych epok. Fascynowały mnie. Brałam więc kartkę papieru i przerysowywałam kolejne zawarte w nich fotografie. Któregoś dnia to zauważyła. Dostrzegła pasję, z jaką do tego podchodziłam, zorientowała się, że to nie dziecięca fanaberia. A że jako młoda osoba pobierała też lekcje rysunku, zaczęła mnie uczyć różnych technik. Używałyśmy głównie pasteli. Miałam doskonałe relacje z nauczycielami rysunku, przychodzili do nas do domu i uczyli mnie za darmo. Poszłam potem do szkoły, gdzie obok obowiązkowych zajęć można było podjąć też naukę malarstwa i uczyć się historii sztuki. Można więc powiedzieć, że zawsze malowałam.

Mimo to rola w filmie "Wypisz, wymaluj... miłość" to zbieg okoliczności: reżyser Fred Schepisi nie wiedział, że oprócz aktorstwa zajmuje się pani malarstwem.
Nie, to był absolutny przypadek. Ale już po zdjęciach reżyser chciał ode mnie kupić obrazy, które występują na ekranie... Albo może oczekiwał, że mu je dam! Zaczynam się zastanawiać, czy nie wystawić ich na jakimś portalu, to mógłby być intratny biznes. Pomyślę o tym po powrocie do domu...

"Wypisz..." dotyka ważnych tematów, ale ujęty jest w raczej lekką formę. Co zaintrygowało panią w scenariuszu?
Zafascynowało mnie, jak pokazywany jest proces tworzenia u osoby, która jednocześnie walczy z chorobą, jak moja bohaterka. Bohater Clive'a [Owena – red.] jest w podobnej sytuacji – to pisarz alkoholik. Oboje próbują przedefiniować swoje pojmowanie tworzenia w obliczu trudności, emocjonalnych turbulencji, z którymi konfrontuje ich los.

Malowanie i aktorstwo w teorii nie są tak odmienne: to tworzenie czegoś warstwa po warstwie...
Zgadza się. Kiedy przygotowuję się do roli, szczególnie na początku układam takie warstwy wewnątrz siebie. W ten sposób porządkuję wewnętrzny świat bohatera. Gramy "na zewnątrz", dla świata, ale źródło tych emocji jest wewnątrz, aż po samo najbardziej bolesne dno czy szczyt największej euforii. W malarstwie zaczyna się czasami od czegoś niezwykle lekkiego, ale kolejne pociągnięcia przynoszą cienie, kolory... W tym sensie to obraz przychodzi do mnie, nie ja go tworzę. Czasami zaczyna się pracę z jakimś konkretnym pomysłem, ale malowanie to nie jest prosta jego realizacja, a raczej fizyczne doświadczenie. Odkrywanie tego, jak całe nasze ciało ustosunkowuje się do tego, co mówi serce. Dla mnie to centrum każdej gałęzi sztuki.

Pani ekranowa bohaterka, malarka, próbuje przekonać świat, że obraz ma większą wartość niż słowo. A pani prywatnie? Ku której opcji się skłania?
Jestem osobą, dla której sfera wizualna jest bardziej naturalna, a słowa to coś, czego muszę się uczyć. Moja pamięć działa bardziej na zasadzie wizualnych skojarzeń. Nie pamiętam imion, ale twarze – doskonale. To ciekawe, ale aktorzy zawsze wiedzą, czy bliższy jako narzędzie twórcze jest im obraz czy dźwięk. Moim przewodnikiem zawsze były oczy. To obrazy prowadzą mnie przez kolejne słowa, kiedy zapamiętuję dialog. Nie mogę skupiać się tylko na słowach, bo wtedy wszystko staje się zbyt intelektualne, nie przenika do mojego ciała, duszy i serca. Ale zrozumiałam, że słowa tworzą. Przy ich pomocy można stworzyć niemal wszystko – a z pewnością samego siebie, jeśli tylko zdajemy sobie sprawę z ich wagi. Uwielbiam je i doceniam. Nie akceptuję tych wszystkich uproszczeń typu: "słowa kłamią". Bzdura. Jak chcesz kłamać – kłam, droga wolna. Słowa to możliwości, od nas zależy, co z nimi uczynimy. Ale ponad słowami i obrazami jest jestestwo. Bycie – to chyba najważniejsze, ważniejsze niż tamte dwa?

Aktor pracuje ze słowem na co dzień. Stara się pani dbać o to, żeby język i jego możliwości nie stały się w pewnym momencie przezroczyste, używane machinalnie?
Jako artystka chcę za wszelką cenę uniknąć stanu, w którym poczuję się ze słowami zbyt komfortowo, zastygnę w nich. Nie chcę też się nimi zasłaniać, tworząc przeintelektualizowaną zasłonę przed światem. Chcę żyć życiem, które jest ekscytujące, czerpie z intuicji, serca. I dopiero, kiedy weźmie już z nich tę energię, wtedy znajduje słowa, ruch, cokolwiek. Ale muszą one pochodzić z miejsca prawdy, z głębokiego, emocjonalnego repozytorium.

Pani bohaterka zmaga się ze swoim ciałem, które choruje, poddaje się, nie chce jej słuchać. Jako artystka, jak opisałaby pani znaczenie takiej sytuacji w życiu twórczej osoby?
Ona cierpi na reumatoidalne zapalenie stawów, które dla malarza jest prawdziwym wyrokiem. W takiej sytuacji pojawia się pytanie: jak się zmienimy, dostosujemy do nowej rzeczywistości wraz z upływem czasu? Jak nie przestać działać? Jak stworzyć siebie na nowo poprzez sztukę? To ważne i trudne pytania. Poznawanie rozwiązań, które moja bohaterka – zmuszona przez okoliczności – znajduje, by dalej malować, było ekscytujące i inspirujące. Sama zaczęłam zastanawiać się: przecież jest tyle aktorek, które od lat grają tę samą rolę, de facto dyskontując jeden przepis, który działa... To szalenie smutne, ale to moja subiektywna opinia. Może wcale nie mam racji?

One lubią komfort szufladki, bezpieczeństwo przedkładają nad wyzwanie. Pani wręcz przeciwnie.
Dla mnie sztuka jest cudownym narzędziem dla ryzykantów, ludzi otwartych na to, co nowe. Jasne, czasami boleśnie upadamy, ale to składowa tej gry. Kiedy indziej odkrywamy coś nowego. Na przykład rola w "Camille Claudel 1915" była dla mnie doświadczeniem innym niż wszystkie, nową kartą zapisaną w moim aktorskim pamiętniku. Musiałam zawiesić na kołku swoją dumę, zapomnieć o tym, na czym skupia się większość filmów – na widzialnej płaszczyźnie. Tam chodziło o coś więcej.

Czy doświadczenia z planu u Bruno Dumonta jakoś przełożyły się na rolę malarki w "Wypisz…"?
Między tymi doświadczeniami istnieje fascynująca relacja... W "Camille..." tematem nie było samo tworzenie, a jego brak, niemożność rzeźbienia. U Dumonta występowałam bez żadnego makijażu, czułam się, jakbym była naga, ale to było wyzwalające doświadczenie. Reżyserowi szalenie się to podobało, potrzebował takiej emocji. Objawienie!... W "Wypisz..." oprócz malowania na ekranie, "malowanie" widniało też na mojej twarzy i to w sporym natężeniu. Nie wnikałam w to za bardzo, pomyślałam – "OK, to taki bardziej hollywoodzki film, musi być make-up". Przyjęłam tę rolę z całą otoczką, weszłam w nią, bo jednak rzeczywistym tematem filmu jest tworzenie i wyzwanie, jakie niesie.

Skoro mówimy o makijażu, wizerunku... Pani wciąż wygląda, jak dwudziestopięciolatka, ale świat filmu rządzi się swoimi, niekiedy absurdalnymi zasadami. Czy środowisko inaczej patrzy na Binoche pięćdziesięciolatkę niż dwudziestolatkę?
Przede wszystkim wydaje mi się, że to nie tylko problem kobiet, lecz także mężczyzn – choć przeżywany i ujęty całkowicie inaczej. Bardzo dużo pracuję, więc w pewnym sensie ten temat mi umyka, nie czuję tej presji. Ale widzę, że operatorzy czasami muszą bardziej namęczyć się, ustawiając mi światło. Myślę sobie wtedy: "OK, mają ze mną problem... Ale to nie mój problem!" Ja tego nie widzę! Botoks mnie nie kręci. Twarz jest jak książka: trzeba patrzeć przez nią, czytać to, co zapisane wewnątrz, bo stamtąd pochodzą emocje. One ujawniają się w najmniejszych detalach naszego oblicza – oczach, nozdrzach, kącikach ust... Pozbawianie się możliwości wyrażania przez te niuanse postrzegam w pewnym sensie jako niebezpieczne. To stoi w sprzeczności z tym, kim jako ludzie powinniśmy być... Uważam, że to piękne: mieć twarz, po której widać, że żyła. Twarz, w której jest zapisane życie. Kiedy patrzę na Judi Dench, która nic sobie nie robiła, chcę na nią patrzeć bez końca, uwielbiam jej twarz. A kiedy twarz jest chirurgicznie zmanipulowana, zamiast patrzeć na osobę, szukamy w jej wizerunku historii przeprowadzonych zabiegów. To wytrąca nas z intymnego z nią kontaktu, czyli przeszkadza w grze. Chyba że o to chodzi w roli – wtedy to jest w porządku.

W Cannes pokazywano niedawno film "Clouds of Sils Maria" Oliviera Assayasa, gdzie tworzy pani świetny ekranowy duet z Kristen Stewart. Z reżyserem znacie się już prawie trzydzieści lat.
To niesamowita historia. Wyobraź sobie, że kiedy zaczynałam przygodę z aktorstwem, grałam w "Spotkaniu" André Téchiné. Miałam wtedy dwadzieścia lat a Olivier Assayas był scenarzystą tamtego filmu. Wiele lat później wystąpiłam u niego w filmie "Pewnego lata" i to było frustrujące przeżycie! Nie miałam z tego żadnej przyjemności, odnosiłam wrażenie, ze Olivier się mnie boi... Trzymał się cały czas ze swoją ekipą, taka męska paczka. Zero kobiet! Więc kiedy kilka lat temu do niego zadzwoniłam w sprawie kolejnego filmu, powiedziałam: – Spójrz na Bergmana! On się nie bał kobiet, potrafił je zrozumieć, kręcił je, jak nikt. Chcę ciebie takiego zobaczyć. To mu się szalenie spodobało i na planie "Clouds of Sils Maria", zauważyłam, jaką przemianę przeszedł. Assayas realizuje pomysł, który, powiem nieskromnie, sama mu poniekąd podsunęłam.

Fabuła kojarzy mi się z "Wszystko o Ewie"...
Film opowiada o aktorce, która bierze udział w spektaklu, gdzie gra rolę starszej bohaterki. Ale kiedy była młoda, wcielała się w rolę tej młodszej i nie może się z tym pogodzić, jest wściekła. Nie potrafi pożegnać się z dawno minioną młodością. I walczy... wariatka, prawda? Trochę ją rozumiem... Ale bez takich koniecznych rozstań nie można dorastać i dojrzewać.

Na koniec muszę jeszcze zapytać, jak to się stało, że zagrała pani ostatnio w "Godzilli"?
Wiem, wiem, też mnie to strasznie śmieszy. To było takie puszczenie oczka. No bo przepraszam, ale od Bruno Dumonta do "Godzilli"… To są dwa światy. Bardzo lubię takie znaczące mrugnięcia. Trzeba mieć do siebie dystans. No i wyobraź sobie minę Dumonta! Jak go zobaczyłam, prawie umarłam!