Po wielu latach kariery wciąż pozostaje pani aktywna zawodowo. Potwierdzenie tej tezy przynosi choćby powszechnie chwalona kreacja w "Dwóch życiach". Większość publiczności wciąż jednak kojarzy panią z kinem Ingmara Bergmana. Który z jego filmów najlepiej wytrzymał próbę czasu?
Liv Ullmann: Mam duży sentyment do "Scen z życia małżeńskiego". Odnoszę wrażenie, że bohaterka tego filmu wciąż pozostaje bardzo nowoczesna. Gram przecież kobietę silną, pozbawioną neuroz i kompleksów. Marianna bardzo wcześnie rozpoczęła dorosłe życie. Szybko dowiedziała się, że do przetrwania niezbędna jest akceptacja samej siebie. Rozwód daje jej poczucie niezależności. W "Scenach…" ważne jest jednak coś jeszcze. Bergman pokazuje w tym filmie dwójkę ludzi, którzy mimo wszystkich dzielących ich różnic, wciąż próbują znaleźć ze sobą wspólny język. Czasem wypada to śmiesznie, innym razem szokująco, ale za każdym razem prawdziwie. Pod tym względem film wciąż jest aktualny.

Tymczasem często słyszy się, że szwedzcy rodacy Bergmana nie potrafią dziś docenić jego twórczości. Tak surowa opinia jest uzasadniona?
Myślę, że mogę się z nią zgodzić. Nawet jeśli mieszkańcy Szwecji widzieli te filmy, nigdy nie poświęcili im należytej uwagi. Pamiętam, że po śmierci Bergmana rząd w ogóle nie był zainteresowany stworzeniem jego muzeum. Szwedzi mają w zanadrzu ciekawego człowieka, którego twórczość jest wciąż aktualna i znana na całym świecie. Tymczasem oni wciąż wolą chwalić się Strindbergiem!

Mimo wszystkich przeciwności, muzeum Bergmana jednak powstało. Jak się pani podoba?
Jest autentycznie niezwykłe. Wykorzystuje mnóstwo pomysłów, które z pewnością ucieszyłyby Ingmara. Cieszę się, że placówka nie tylko pasuje do stylistyki Bergmana, lecz pozostaje także autorskim projektem swoich twórców. Kiedy wchodzi się na salę, można odnieść wrażenie, że wszystko wokół nieustannie się zmienia. Słyszałam od pracowników muzeum, że ludzie przychodzą tam po prostu posiedzieć i zaznać niepowtarzalnej atmosfery. W takich okolicznościach wyłania się całe spektrum twórczości Ingmara rozpiętej między kinem, teatrem i literaturą. To wspaniałe, że ktoś stworzył miejsce, dzięki któremu można bez reszty zatopić się w świecie Bergmana. Wystarczy wejść do środka, usiąść i doświadczyć jego geniuszu.

Czy myśli pani, że młodzi widzowie wychowani na wysokobudżetowych widowiskach w 3D będą jeszcze w stanie docenić wasze wspólne filmy?
Jeśli ktoś przez ostatnie lata widział tylko superprodukcje pokroju "Avatara" – który mi osobiście akurat całkiem się podobał – kino prezentowane przez Bergmana będzie dla niego zupełną nowością. To jednak wcale nie znaczy, że od razu je odrzuci. Z oglądaniem tych filmów jest jak z czytaniem sztuk Szekspira. W pierwszej kolejności irytują, bo wydają się staroświeckie i niezrozumiałe. Wystarczy jednak chwila, by zorientować się, że ich treść zawiera także prawdę o współczesnym świecie. Sama również reżyseruję filmy, więc doskonale wiem, że można tę prawdę ukazać na zupełnie różne sposoby. Bergman opowiada w sposób niecodzienny, niczego nie ułatwia, nie podsuwa gotowych interpretacji. Może właśnie rzucane przez niego wyzwanie wciąż będzie wydawać się ludziom pociągające.

Współpracowała pani z Bergmanem także jako twórczyni wykorzystująca jego scenariusze. Domyślamy się, że nie było łatwo. W jaki sposób udawało się wam wypracowywać twórcze kompromisy?
Opowiem o tym na przykładzie "Wiarołomnych". To historia o rozpadzie związku, która przydarzyła się samemu Ingmarowi. Choć zawarliśmy umowę, że nie zmienię w scenariuszu ani jednego słowa, w jednym miejscu wyraźnie od niej odstąpiłam. Chodzi o wprowadzenie postaci córki bohaterów Isabelle. Bergman bardzo rzadko umieszczał w swoich scenariuszach dziecięcych bohaterów. Uważał, że ich odczucia nie mają wielkiego wpływu na relacje między mężczyzną a kobietą. Mam wrażenie, że w dzisiejszym kinie dominuje tendencja zupełnie odwrotna. Kiedy "Wiarołomni" mieli swoją premierę, wielu młodych ludzi czuło autentyczną sympatię Isabelle. Czułam, że to wspaniałe, ponieważ dla poprzednich pokoleń problem rozpadu więzi z dzieckiem byłby zupełnie obojętny. Bergman chciał ten wątek wyrzucić, ale uparłam się, żeby tego nie robić.

Reżyserowane przez panią filmy nie uciekną od porównań z kinem szwedzkiego mistrza. Ta świadomość pochlebia czy irytuje?
Bergman, oczywiście, był geniuszem, ale nasze sposoby myślenia jednak znacząco się różniły. Moja płeć sprawia, że patrzę na świat z określonej perspektywy. W filmach, które reżyseruję i w których gram, chciałabym mówić o tym, co znaczy dziś bycie kobietą. Wyrażam pragnienie, abyśmy były dostrzegane i rozumiane. To się dla mnie naprawdę liczy. Nie wiem, gdzie widać w tym kontekście podobieństwa do Bergmana. Porównywanie moich filmów z jego ogromnym dorobkiem artystycznym jest zupełnie niedorzeczne.

Jak z perspektywy czasu ocenia pani wpływ wywarty na panią przez Bergmana?
Wiem, że miałam cudowne życie. Gdyby nie Ingmar, nie byłoby ono tak bogate i interesujące. Oczywiście, nie byłam od niego uzależniona. Swoją ulubioną rolę zagrałam w "Osadnikach" Jana Troella, wyreżyserowałam także wiele spektakli i stworzyłam sporo ciekawych ról teatralnych u różnych twórców. Niemniej mam świadomość, że to właśnie dzięki zaufaniu, którym obdarzył mnie Bergman, mogłam w pełni uwierzyć w siebie. Zawsze czułam, że docenia moją pracę. Gdyby nie ta świadomość, być może nigdy nie osiągnęłabym tak wiele. Nie mam wątpliwości, że Ingmar Bergman to najlepsze, co mogło mi się przydarzyć w mojej karierze, w przyjaźni, no i oczywiście w miłości.

Co, pani zdaniem, odróżnia od siebie dobre i złe aktorstwo?
Dobry aktor wie, że na ekranie lub na scenie nie liczy się tylko jego twarz. U złego wykonawcy mimika i głos mogą być w porządku, ale mowa ciała od razu zdradzi cały fałsz. Jeśli aktor wychodzi na scenę, by zagrać pijaka, początkowo wszyscy mu uwierzą. Po chwili zorientują się jednak, że na przykład jego ręce wcale nie są pijane. Wszystko rozgrywa się na poziomie drobnych szczegółów.

Czy po tylu latach kariery aktorstwo wciąż jeszcze sprawia pani przyjemność?
Kiedy gram, czuję się znakomicie. To wręcz nie do opisania. Gdy praca nad rolą się kończy, brakuje mi dotychczasowych emocji, dylematów, skomplikowanych relacji z innymi postaciami. Może gdybym była bardziej szalona, mogłabym przenieść część ich zachowań do codzienności, własnego domu, swojego łóżka. Ale ja nigdy nie postępowałam w ten sposób. W każdą swoją rolę wkładałam za to wiele emocji. Starałam się odczuwać to samo, co postacie. Miałam nadzieję, że uda im się osiągnąć to, czego chcą.

Często się pani rozczarowywała?
Istotnie, moje bohaterki zazwyczaj ponosiły porażki. Mimo wszystko bywały fascynujące. Dlatego często myślę sobie, że chciałabym przeżyć ich życie raz jeszcze.