Polska wersja oryginalnego tytułu filmu brzmi "Najlepsze najgorsze wakacje". Miałeś kiedyś takie?
Sam Rockwell: Tak wyglądały każde moje wakacje do mniej więcej 15. roku życia. Przynajmniej z perspektywy czasu tak je oceniam.

Dlaczego?
Bo dziś jestem starszy, bogatszy o doświadczenia dorosłego człowieka i idealizuję młodość. Tęsknię do niej. To, co wydawało mi się wówczas straszne, kompromitujące, przykre, wiem, że wcale takie nie było.

Co się zmieniło, gdy skończyłeś 15 lat?
Zakochałem się w dziewczynie. Ona mnie nie chciała, czym złamała mi serce. Od tego momentu wspomnienie wakacji spędzonych na przykład z rodzicami – co wcześniej oczywiście wydawało mi się żenująco nudne – jawiło się niczym ekspedycja na Marsa.

Nie było chyba aż tak źle, poza tym w końcu udało ci się trafić, no może nie na Marsa, ale na Księżyc.
To prawda. Rola w filmie "Moon" była chyba jedną z najważniejszych w moim dorobku, przynajmniej do tej pory. Po to jest kino, by fundować widzom i aktorom takie podróże. Do dziś mam poczucie niezgłębionej tajemnicy związanej z tą produkcją.

W filmie "Najlepsze najgorsze wakacje" wcielasz się w Owena, właściciela parku wodnego, który staje się najlepszym przyjacielem, mentorem i przewodnikiem w życiu dla nastoletniego Duncana. Miałeś kogoś takiego w młodości?
Duncan w filmie ma 14 lat, mniej więcej tyle, ile ja, gdy przeżywałem swoje pierwsze sercowe rozterki. Nie miałem jednego autorytetu, ale byłem otoczony dobrymi ludźmi, którzy potrafili mną pokierować. Miałem wspaniałych rodziców, na pewno ojciec był dla mnie wzorem. Trochę żartuję z tych naszych wspólnych wakacji, bo po latach potrafię to docenić. Nie mam dzieci, ale myślę, że miałem świetne dzieciństwo, mimo że rodzice się rozstali.

Byłeś jak Duncan? Nieśmiały, zamknięty w sobie czy może raczej łobuziak?
Może nie aż tak jak Duncan, ale do pewnego wieku byłem dość zamknięty. Miałem swój świat. W otoczeniu najbliższych mi osób byłem na luzie, ale miewałem problemy z nawiązywaniem nowych znajomości. Byłem… zwyczajny. Nie wyróżniałem się. Potem miałem okres udawania kogoś, kim nie jestem. No wiesz, dojrzewanie to trudny czas, przynajmniej ja to tak wspominam. Jeszcze nie jesteś dorosły, a już chcesz być dorosły. Przy czym czujesz, że dorośli nie zawsze zachowują się jak dorośli. I mają takie prawo, o czym też opowiada film "Najlepsze najgorsze wakacje".

To prosta, uniwersalna historia o dojrzewaniu, utracie naiwności, złudzeń. Owen w pewnym momencie radzi Duncanowi, by ten pozostał sobą i kroczył drogą, którą będzie uważał za słuszną bez względu na wszystko. To słuszna rada, dałbyś ją komuś w wieku Duncana?
To najlepsza rada, jaką można otrzymać. Bezkompromisowość i niezależność to cechy w zaniku. Trzeba żyć w zgodzie ze sobą, być wiernym sobie.

Jak to zrobić?
Żyć w zgodzie ze sobą i być wiernym sobie.

Brzmi jak frazes. Mówisz z perspektywy kogoś, kto osiągnął sukces, robi to, co kocha. Nie godziłeś się nigdy na żadne kompromisy?
Oczywiście, że tak, ale nigdy na tyle, by stracić szacunek do siebie samego. Aktorstwo to koszmarny zawód, choć niczego innego nie potrafię robić i jestem wdzięczy, że mogę się w tym spełniać. Wszystkie nieudane castingi, na których byłem, czy fuchy, które dostawałem jako na przykład dostawca jedzenia, mogły zachwiać moją wiarą w drogę, którą podążam, a pracowały na to, bym utwierdzał się w swoich wyborach i mógł spełniać marzenia, czyli grać w filmach. Są pewnie ludzie, którym się to nie opłaciło. Nie wiem, jaka jest recepta, nie ma reguły. Trzeba być sobą.

Czytałam, że lubisz improwizować na planie.
Lubię, ale wszystko zależy od reżysera i od gatunku, w którym grasz. Nie wyobrażam sobie improwizowania w dramacie. Ale w komedii – czemu nie. Często to, jak się poruszam, czy też choreografia sceny sprawiają, że dialog sam się toczy dalej poza scenariuszem. I wtedy nie przerywam, tylko płynę z prądem. Bardzo lubię takie chwile.

W "Najlepszych najgorszych wakacjach" jest scena, w której przyszły ojczym prosi Duncana, by ocenił siebie w skali od 1 do 10.
To prawdziwa sytuacja, która wydarzyła się w życiu współreżysera i współscenarzysty – wówczas 14-letniego – Jima Rasha. To prawda, to dość mocna scena, zresztą była ona inspiracją dla całego filmu. Ojczym Jima był prawdziwym kutasiną, znam się na tym, sporo takich typków spotkałem w życiu, sporo kręci się w tej branży. Jak spotykasz złamasa na swojej drodze, możesz go albo ominąć, albo być jeszcze większym złamasem.

W skali od 1 do 10 jak byś się określił?
Zależy od okoliczności…