Ksiądz Adam z "W imię..." znacząco różni się od stereotypowego polskiego duszpasterza. Wydaje się być od niego bardziej ideowy, mieć szersze horyzonty intelektualne. Czy właśnie ta nietypowość bohatera skłoniła cię do przyjęcia roli?
Andrzej Chyra: Gdy pracowaliśmy nad filmem, jasno ustaliliśmy, że nie zamierzamy ograniczać się wyłącznie do refleksji nad sytuacją Kościoła w Polsce. Bardziej interesowało nas zetknięcie z tym światem konkretnej jednostki – człowieka, który postanowił zostać księdzem z tylko sobie znanych powodów. Może przeżył rozczarowanie sobą, dotychczasowym życiem, odczuwał brak duchowości. Nie da się ukryć, że przy tym wszystkim znacznie bliżej Adamowi do Thomasa Mertona i innych intelektualistów katolickich niż do Radia Maryja. Także dlatego mój bohater – mimo że opiekuje się setkami wiernych – pozostaje w swoim otoczeniu osamotniony.

Dlaczego właściwie ludzie tacy jak Adam muszą należeć w Kościele do mniejszości?
Odnoszę wrażenie, że wielu wiernych co niedzielę przychodzi do kościoła po to, by po prostu pomedytować, poczuć się częścią większej całości. W tej sytuacji ludzie przyjmują postawę bierną, rzadko kiedy wykazują refleksyjność, która wymagałaby od księży intelektualnego wysiłku i skłonności do pracy nad sobą.

Na całe szczęście wciąż są od tej reguły pewne wyjątki.
Możliwe, że nawet całkiem sporo. Mam wrażenie, że w Kościele wciąż funkcjonują ludzie, którzy mówią rzeczy mądre i mają odwagę posiadać własne zdanie. Niestety, coraz częściej zamyka się im usta. Ofiarą takiej postawy pozostaje choćby ksiądz Adam Boniecki, którego miałem okazję poznać osobiście. Ciekaw jestem, jak w swoich obowiązkach odnajdzie się nowy papież. Franciszek otwarcie nawołuje przecież do zmian w Kościele i potępia jego niedoskonałości.

Podobno w trakcie przygotowań do roli spędziłeś trochę czasu na rozmowach ze Stanisławem Obirkiem – intelektualistą, który przed kilku laty porzucił stan duchowny. Dlaczego zdecydowałeś się na te spotkania?
"W imię..." nie miało być w żaden sposób napastliwe wobec Kościoła. Zależało mi więc na tym, żeby poznać ludzi, którzy decydują się na jego krytykę, ale robią to w sposób wyważony i inteligentny. Obirek idealnie się w takiej roli sprawdza. Jego przykład doskonale potwierdza tezę, że lojalność wobec idei musi być ważniejsza niż lojalność wobec instytucji.

Grany przez ciebie ksiądz Adam pewnie również podpisałby się pod takimi słowami. Gdy myślę o tej postaci, w pierwszej kolejności dochodzę do wniosku, że mam do czynienia z człowiekiem przyzwoitym.
Adam bardzo chciałby czuć się potrzebny. Pragnie robić coś, co daje satysfakcję nie tylko jemu, lecz okaże się także pożyteczne dla otoczenia. Dlatego właśnie zajmuje się dzieciakami ze środowisk dysfunkcyjnych. Ambicja Adama polega na tym, by wydobyć ich z marazmu, pomóc w odnalezieniu życiowej drogi. Jest w jego postawie ciepło i empatia, o którą coraz trudniej nie tylko na linii Kościół – wierni, lecz także w zwyczajnych relacjach międzyludzkich.

Mówisz wiele o wyjściu poza kontekst Kościoła, o kryjącej się w filmie uniwersalności. Dla mnie "W imię..." to coś więcej niż stygmatyzowana przez media "historia księdza – homoseksualisty". Wasz film pozostaje przede wszystkim opowieścią o jednostce, która zostaje przytłoczona wymaganiami stawianymi jej przez zbiorowość.
Pierwszym impulsem do zrealizowania "W imię..." była historia morderstwa pewnego księdza. Po drodze oddaliliśmy się jednak od tamtej inspiracji. Rzeczywiście zainteresował nas mechanizm psychologiczny, który sprawia, że godzimy się na kompromisy z samym sobą, pozwalamy uwięzić się w pewnych ograniczeniach, by zyskać poczucie bezpieczeństwa i przynależności do wspólnoty.

"W imię..." to niejedyny w twojej karierze film nawiązujący do religii katolickiej. Wiem, że jesteś przymierzany do zagrania tytułowej roli w "Towarzyszu Jezusie" Urszuli Antoniak.
Projekt jest dopiero w fazie planów, ale w jego kontekście najważniejsze dla Urszuli wydaje się chyba pytanie: jak tradycyjna, katolicka rodzina zareagowałaby na spotkanie z Jezusem, którego można przecież przedstawiać jako buntownika i rewolucjonistę?

Zastanawiasz się, jak sam zachowałbyś się w takiej sytuacji?
W moim przypadku wygląda to trochę inaczej, bo nie czuję się związany z Kościołem. Nie potraktowałbym więc Jezusa jak Boga, lecz partnera do rozmowy. Wszystko zależy od tego, czy byłby w stanie mnie zaciekawić.