Po prawie trzech dekadach od zakończenia zdjęć do serialu "07 zgłoś się" wciąż ponosi pan konsekwencje swojej sławy.
Uznaje się mnie za tak zwaną, przepraszam za słowo, ikonę PRL. Nie PRL-owskiej kryminalistyki, ale PRL w ogóle. To dość zabawne. Kiedy zbliża się Dzień Kobiet, natychmiast odzywają się rozmaici żurnaliści z pytaniem, czy pamiętam, że ongiś wręczano kobietom nie tylko goździki, ale od czasu do czasu także pończochy.

Czy jednak zaryzykowałby pan jeszcze raz i wziął tę rolę?
Oczywiście. Bo ja tej przygody bynajmniej nie żałuję – przyznaję to bez żadnej kokieterii. Tyle że kompletnie nie spodziewałem się takiego rozgłosu. Kręciliśmy przecież coś raczej skromnego, rozrywkowego, bez świadomości, że to będzie przez lata całe żyło i zyskiwało wciąż nowych fanów. Żeby było jasne – to, że ja z sympatią tę przygodę wspominam, nie znaczy, że zwariowałem i uwierzyłem, iż współuczestniczyłem w powstawaniu jakiegoś arcydzieła.

Skąd te dobre wspomnienia?
Z bardzo prostej przyczyny: było to dla mnie długotrwałe ważne przeżycie, które zaowocowało masą całkiem prywatnych przyjaźni. Nie chodzi o to, że ja pielęgnuję nostalgię za tamtą epoką – w sensie politycznym. To działa na dużo prostszej zasadzie: byliśmy wtedy młodsi i szybciej biegaliśmy za tramwajami. Każdy człowiek w moim wieku przyzna, że takie wydarzenia nie tylko się pamięta, lecz także dodatkowo koloryzuje, uszlachetnia i obdarza pieszczotą. Jeździłem wieloma samochodami, ale nic nigdy potem nie sprawiło mi takiej orgiastycznej radości jak moment, gdy po ośmiu latach w maluchu przesiadłem się do fiata 125p. Kiedy w końcu po całym dniu latania z jakimiś dziwnym obiegówkami wyjechałem z tego Żerania, to czułem się, jakbym Pana Boga za nogi złapał. To wszystko w ogóle utrudnia rozmowę o tym całym PRL, bo kiedy ja ciepło mówię o tych latach, wspominam detale, przygody, znajomych. To ludzie z pokolenia, które nie pamięta tej Polski, patrzą na mnie i myślą: "Co on tu pieprzy, w PRL było przecież smutno! Było strasznie! Wszędzie jeździły kibitki i wywoziły ludzi tysiącami na Sybir, rozstrzeliwano na co drugiej ulicy i wszystkim ubecja paznokcie zrywała".

Lubił pan porucznika Borewicza?
Gdybym go nie lubił, tobym go nie grał. Wielokrotnie i na różne sposoby podpytywano mnie na różnych spotkaniach, jeszcze przez 1989 rokiem, na ile ten mój wybór miał jakiś wymiar polityczny. "Panie – pytano – wygląda pan na w miarę sensownego, a nawet sympatycznego człowieka – to po jaką cholerę pan grał milicjanta?". Któregoś razu już się wkurzyłem i odparłem: "Proszę pana, ja nie grałem milicjanta". Na sali cisza. "Ja grałem tego milicjanta" – dodałem. Gra się konkretnego człowieka, a nie jakąś abstrakcję.

To Krzysztof Szmagier wymyślił pana do tej roli?
Szmagier przyjechał do mnie do Krakowa, nie uprzedzając o tej wizycie. Zadzwonił do drzwi, pies narobił hałasu, było rano, otworzyłem w piżamie, a on mówi: "Nazywam się Krzysztof Szmagier". I zamilkł, cały Krzyś (śmiech). Długo rozmawialiśmy, przeczytałem te scenariusze i zdecydowałem się dopiero wtedy, kiedy zrozumiałem, że gdybym takiego faceta jak Borewicz gdzieś poznał, w restauracji czy na wczasach, toby mi w takim gościu niespecjalnie przeszkadzało, jaki on wykonuje zawód. Szmagier podkreślał – i to była jedna z konstytutywnych zasad tego serialu – że chce to robić wbrew stereotypowemu wizerunkowi milicjanta w filmie i literaturze tamtego czasu, stworzyć postać krnąbrnego inteligenta, który nie jest członkiem partii i nie lubi przestrzegać regulaminów.

Jak pan – naturszczyk, człowiek spoza branży – czuł się wśród tuzów polskiego aktorstwa?
Tuzy były życzliwe (śmiech). Towarzyszył mi taki delikatny dyskomfort, że oto ja gram główną rolę, a ludzie, którzy studiowali aktorstwo, mają wieloletnie doświadczenie, często zjawiają się, by wziąć maleńki epizodzik. Niekiedy historie były dla mnie nieco zawstydzające: pani Ryszarda Hanin zgodziła się zagrać epizodyczną rolę gosposi księdza, a na planie powiedziała mi, że zrobiła to wyłącznie z zaciekawienia moją osobą. Beata Tyszkiewicz, kiedy mnie jej przedstawiono, podała mi swoją dłoń hrabianki i patrząc mi w oczy, rzekła: "Ach, to pan jest ten dziennikarz z Krakowa, który wyjada moim kolegom z miseczki".

Aktorstwo skrywa jakąś tajemnicę?
To jest przedziwne doświadczenie – i dziwny zawód. Nie sposób raz na zawsze ustalić, jakie środki wyrazu są tu skuteczne. Najwyżej cenię sobie definicję, jaką usłyszałem kiedyś od Zdzisława Maklakiewicza. "Wiesz – powiedział mi – napisali tyle tych książek, że Stanisławski i Srawski, a moim zdaniem rzecz wydaje się prosta – to jest sztuka polegająca na tym, żeby być w okolicznościach". Uważam to zdanie za kongenialne. Ono zawiera w sobie całą prawdę – aktor jest sobą, zarazem będąc włożonym w szczególnego rodzaju nawias, cudzysłów. A czy w to wierzysz, czy grasz bebechami – to już wszystko jedno. Co więcej, nie bardzo wiadomo, czym jest aktorski talent. Ten zawód nie wymaga przesadnego intelektualnego wkładu, raczej niemal metafizycznej siły sugestii.

Pamięta pan najtrudniejsze zadanie aktorskie z tego serialu?
To wszystko generalnie było trudne. A najtrudniejszy był chyba seks przed kamerą, ponieważ bardzo ciężko wiarygodnie go udawać. Kiedy pytano mnie o przygody Borewicza z paniami, z takim podtekstem, że nieźle się bawiłem, odpowiadałem: "A umiałby pan to zrobić na wystawie sklepowej, w biały dzień, na rojnej ulicy?". Być może pana zaskoczę, ale moje doświadczenie podpowiada mi również, że trudny jest liryzm. Zagrać złość, agresję, irytację – jest znacznie łatwiej. Zagrać miłosne ciepełko, dobrego człowieka, świętego Franciszka czy innego braciszka – to dopiero wyzwanie. Niewykluczone, że to pośredni dowód na to, że w człowieku jest potencjalnie więcej zła niż dobra, że atawistycznie łatwiej przychodzi mu bycie złym.

Co miała do powiedzenia cenzura na temat szorstkiego, obcesowego milicjanta?
Oczywiście próbowano nas ustawiać, żeby Borewicz był empatyczny, oddany służbie i przeprowadzał staruszki i dzieci przez jezdnię. W cenzurze łapali się za głowę, oglądając to, co robiliśmy. Bo to było naprawdę kontrowersyjne, co dziś brzmi raczej śmiesznie. O dziwo przed zakusami cenzury bronił nas aparat ucisku: władze MSW, pułkownicy Milicji Obywatelskiej. Czy to nie paranoja? Ludzie pytają się mnie z niedowierzaniem: "A byli w ogóle tacy milicjanci jak Borewicz? Przecież to wszystko swołocz, ZOMO, barany ze wsi i buraki pastewne!". Na co odpowiadam, że może to zabrzmi głupio, ale ja naprawdę paru takich poznałem. Krzysztof Szmagier stwierdził kiedyś nieco cynicznie, że gdyby ta milicja była tępa jak w dowcipach z epoki, to nie daliby chyba rady wprowadzić tak skutecznie stanu wojennego. A zajęło im to mniej niż jedną dobę.

Borewicz był cynikiem, nihilistą czy może idealistą?
On był namiętnym, choć trochę zgorzkniałym psem. Mówił: ja nie jestem od osądzania, ja jestem od łapania. Człowiek, doroślejąc, wyzbywa się idealizmu, niemniej ojciec Borewicza wykładał prawo, on sam miał więc z domu wyniesione cywilizacyjne poczucie, że aby jakaś społeczność mogła funkcjonować, prawo musi być przestrzegane. I tej sprawie służył. Rzecz w tym jednak – i współczesne kino to świetnie rozumie – że między stróżami prawa a przestępcami różnice nie są znaczące, a dobro i zło często mieszają się z sobą w różnych proporcjach. Ciekawsza sprawa była w serialu z postacią graną przez Zdzisia Kozienia, bo Zdzisio się wysmyknął z roli. Szmagier zatrudnił go z myślą, że Kozień – to jest Zubek – ma być zły. Zubek, nieprzypadkowe nazwisko zresztą – Z-UB-ek, był w scenariuszu postacią mroczną i groźną. Trochę gość z bezpieki, trochę prostak, taki, że "nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera". Ale Kozień Szmagiera ograł. On zrobił z tego materiału postać ciepłą, ale śmieszną, głupka, ale sympatycznego.

Czy myśleliście o kontynuacji serialu po 1989 roku?
Szmagier parokrotnie po przełomie miał nadzieję, że będziemy to robić dalej. A ja mówiłem: "Krzysiu, moim zdaniem nie. I to nie dlatego, że to nie byłoby możliwe technicznie, ale dlatego, że już jest za późno i musielibyśmy dać dupy, żeby to kontynuować, a ty musiałbyś, Krzysiu, złamać główną zasadę tego serialu, że on się dzieje tu i teraz". Patrzył na mnie jak na raroga i pytał: "Co ty w ogóle bredzisz?". Odpowiadałem: "Nie jest możliwe, żeby w roku, dajmy na to, 1997, Borewicz tak po prostu nagle się pojawił, już jako komisarz policji, i prowadził jakieś śledztwo. Musiałbyś przepuścić bohatera przez sitko polityczne zwane weryfikacją. Czyli napisać scenariusz wbrew regułom, cofnąć się historycznie i wymyślić fabularną anegdotę, która by to wyjaśniała". Taki scenariusz powstał – czytałem go i przestraszyłem się. Mamy oto rok 1997 czy 1998, ale ekranizujemy opowieść rozgrywającą w czasie Okrągłego Stołu, czyli jeszcze jest PRL, ale już zdycha. Borewicz w wyniku intrygi jakiegoś prominenta, którego synalek zamieszany był w aferę narkotykową, ląduje w więzieniu. W pierdlu siedzi w zbiorowej celi, gdzie jest dziesięciu kryminalistów i dziesięciu więźniów politycznych, męczenników "Solidarności". Ot, realizm (śmiech). Ponieważ Borewicz jest fajny i kumaty, szybciutko zaprzyjaźnia się z tymi drugimi. Wychodzi już zweryfikowany. Jak to przeczytałem, to mówię: "Krzysiu, to właśnie nazywam daniem dupy. Niech to już zostanie wszystko w tym zasranym PRL. Bo na tym się nie skończy: przymuszą cię albo sam się ocenzurujesz, żeby głosić wszem i wobec, jak to wspaniale, że się wreszcie wyzwoliliśmy! Tymczasem nie staliśmy się zastępami archaniołów, Polska nie zalała się miodem, nie zaczęliśmy wszyscy rozdawać sobie buziaków. Natura ludzka nie pozwala na takie wygibasy – z jakiegoś powodu wygonili przecież Adasia i Ewkę z raju". Ale Szmagier się łudził i do końca żył tym Borewiczem. To było wzruszające, zwłaszcza gdy ciężko zachorował. Mnie wiążą z tym serialem wspomnienia i sentymenty – dla Krzyśka było to dzieło życia, ukochane dziecko.