"Kwiaty wojny" to najdroższa produkcja w historii chińskiej kinematografii.

Zhang Yimou: Po raz pierwszy też w takim wymiarze została zatrudniona międzynarodowa ekipa i obsada, film był również chińskim kandydatem do Oscara. Dziesięć lat temu trudno byłoby sobie wyobrazić taką produkcję. Dziś było to możliwe, choć nie proste.

Realizacja filmu była możliwa, bo chińska kinematografia szybko się rozwija?

Tak. W ogóle kino azjatyckie przeżywa niezwykły rozkwit, rozwój. W różnych krajach kontynentu jest oczywiście różny poziom kina, niemniej to zainteresowanie kinem azjatyckim i możliwości, jakie otworzyły się w ostatnich latach przed twórcami z Azji, są imponujące. Ale też w Chinach musiały zajść zmiany obyczajowe, kulturowe, by w produkcji historycznej – traktującej o ludobójstwie chińskiej społeczności dokonanym przez Cesarską Armię Japońską – można było zatrudnić aktora z Hollywood, czyli Christiana Bale'a. To traumatyczny, jeden z najtragiczniejszych momentów w dziejach Chin, a my pokazaliśmy go w nowym ujęciu. Z tego względu to unikalna opowieść.

Tło historyczne jest nadal bardzo ważne.

Najważniejsze, bo ono umiejscawia bohaterów w konkretnym czasie i miejscu. Bazujemy na prawdziwych wydarzeniach. To nakłada na nas, filmowców, większą odpowiedzialność niż wtedy, gdy pracujemy nad historią fikcyjną. Od lat pragnąłem, by świat usłyszał o wypadkach w Nankinie z 1937 roku. To bolesne dla wszystkich chińskich obywateli wydarzenie nadal wzbudza ogromne emocje, jest wciąż nie do końca przepracowaną lekcją na linii stosunków Japonia – Chiny. Obecność Christiana Bale'a gwarantowała większy rozgłos filmowi, zainteresowanie mediów zagranicznych. Walczyłem, by mieć go w obsadzie. Warto było.

Chiny w pańskim filmie ukazane są jak kobieta.

To prawda. Cieszę się, że ta metafora jest czytelna. Chiny były, a może wciąż są rozdarte, naznaczone walką, niezgodą, agresją, upokorzeniem. To przechodzi z pokolenia na pokolenie, tak jak z pokolenia kobiet na kolejne pokolenia kobiet przechodzą pewne stygmaty, oczekiwania, traumy przodków. Mam przekonanie, że traumami przodków bardziej jednak obciążone są kobiety niż mężczyźni. Nie potrafię tego precyzyjnie wytłumaczyć, ale wydaje mi się, że skoro kobieta jest łącznikiem między pokoleniami – jest matką, daje życie, przedłuża to życie – to również w niej kumulują się i odbijają nastroje oraz stan ducha narodu i kraju. Kobieta symbolizuje w filmie kraj, muzyka jest z kolei duszą tej historii. Sama historia jest uniwersalna. Oczywiście ważne było, by widz rozumiał, dlaczego Japończycy dokonują rzezi na ludności chińskiej. Mam nadzieję, że to jest czytelne. Ale w swoim przesłaniu film, jak większość obrazów opowiadających o czasie wojny – tak jak produkcje o II wojnie światowej – jest przypowieścią o humanitarnych odruchach, przemianie, poświęceniu, nadziei. Albo jej utracie.

W Chinach powstało wiele produkcji telewizyjnych, filmów lokalnych i seriali o tej tematyce. Dlaczego zdecydował się pan, jako kolejny filmowiec, podjąć tę opowieść?

Chcieliśmy wyjść poza granice kraju, stąd międzynarodowa ekipa i obsada. Chcieliśmy również opowiedzieć – na tyle, na ile to możliwe przy takiej tematyce – inspirowaną prawdziwymi zdarzeniami historię bez patosu i wzniosłych heroicznych gestów. A taka formuła przeważa w produkcjach chińskich zrealizowanych do tej pory. Książkę "Kwiaty wojny" Gelin Yan przeczytałem jeszcze w 2007 r. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Podobało mi się, że najważniejsza jest perspektywa kobiet i dzieci, że narracja w sposób prosty bazuje na podstawowych emocjach, odwołuje się do najbardziej naturalnych, "pierwszych", ludzkich odruchów, uruchamiała czytelnika bez szantażu. Te elementy chciałem przenieść na grunt kina i mojego filmu. Mam nadzieję, że się to udało.

Film był pokazywany na międzynarodowych festiwalach, spotkał się z zainteresowaniem – odwróćmy sytuację – uważa pan, że spodoba się w Chinach?

Chiny ulegają teraz wielu przeobrażeniom. Politycznym, światopoglądowym, obyczajowym. Wie pani, to jest dobre pytanie. Chińskie społeczeństwo staje się społeczeństwem konsumpcji, także w odbiorze kina. Ja nie jestem reżyserem, który patrzy na film jak na produkt, który będzie potem musiał sprzedać. Nie myślę o tym, ile moja produkcja zarobi, ilu pójdzie widzów do kina. Oczywiście, w jakimś ważne stopniu są festiwale, bo zetknięcie kina z międzynarodową publicznością jest zawsze cenne. Poza tym zawsze dobrze zobaczyć, jak twój film funkcjonuje w zderzeniu z kinem z innych części świata – czy ty jesteś w tyle, czy to może inni nie nadążają za tobą. Nie mam pojęcia, jak film zostanie odebrany w Chinach. Myślę, że gorzej niż wiele rodzimych produkcji traktujących o tym okresie historii. Za granicą wzbudzi chyba większe zainteresowanie, bo o ile wiem, nie było zbyt wielu filmów na ten temat. W Chinach temat jest znany. Ale nie boję się konfrontacji z rodakami. Nawet jeśli "Kwiaty wojny" nie wzbudzą entuzjazmu, jestem zadowolony z ich kształtu. Nie mam sobie nic do zarzucenia.

W swoich produkcjach nawiązuje pan do różnych gatunków kina, zmienia tematykę, konwencję, szuka nowych rozwiązań – w pana dorobku znalazły się m.in. filmy takie jak nagrodzone na Berlinale w 1988 r. "Czerwone sorgo", "Zapalcie czerwone latarnie", "Hero", "Dom latających sztyletów".

Lubię próbować nowego, lubię sprawdzać się w różnych gatunkach, w nowych konwencjach, stylistykach. Kino jest moją wielką pasją, nie ma gatunku, którego nie byłbym ciekaw, bo na przykład jest za mało ambitny. Kino daje coraz większe możliwości. Kino to wolność. Albo namiastka wolności. To jak z miłością do kochanka lub kochanki, którą odczuwa się przez całe życie. Dla niektórych będzie to napędzające, mobilizujące uczucie, będzie esencją życia, dla innych – słodkim zniewoleniem. Słodkim, jak mówię, ale jednak zniewoleniem. Zależy od punktu widzenia.

Jakiś czas temu podczas jednego z wywiadów wspomniał pan słowa Akiry Kurosawy. Wciąż są ważne?

Tak. Trudno byłoby mi wymienić jednego mentora, jedno wielkie nazwisko, które miało na mnie największy wpływ, ale słowa 80-letniego Kurosawy pamiętam do dziś. Byłem na festiwalu w Cannes, gdy odbierał nagrodę za całokształt twórczości. Stanął na scenie i powiedział, że wciąż uczy się kina, że codziennie odkrywa je na nowo. Cały czas o tym myślę, cały czas pielęgnuję w sobie tę pokorę. To jedyne słuszne podejście w zawodzie reżysera.