Za rolę Piotra Łuszcza "Magika" w wyreżyserowanej przez Leszka Dawida opowieści o zespole hiphopowym Paktofonika otrzymał pan kilka ważnych nagród. Choć pana kariera filmowa dopiero się zaczyna, już zyskał pan opinię jednego z najzdolniejszych młodych polskich aktorów. Krytycy i widzowie nie szczędzą pochwał. Jak popularność wpływa na pana życie?

Marcin Kowalczyk: Przyznam, że nie odczuwam nagłej fali zainteresowania moją osobą. Zdarza się, że ktoś poprosi mnie o autograf, ktoś rozpozna mnie w piekarni. To bardzo normalne sytuacje, przyjemne dla obu stron. Nie odcinam się od ludzi, nie ukrywam się. Nie robię tak, że na przykład nie chodzę do knajp. Przeciwnie, wychodzę "w miasto", podróżuję PKP i miejskimi autobusami. Nie mam z tym żadnego problemu. Konfrontuję siebie z wyobrażeniem innych ludzi o mnie. Niektórzy mogą być rozczarowani, inni – "nadzachwyceni".

Co zmieniło się w pana życiu zawodowym po sukcesie filmu "Jesteś Bogiem"?

Różnica jest taka, że zaczynam dostawać konkretne filmowe propozycje, a nie – zaproszenia na castingi czy na zdjęcia próbne. To, czy zgodzę się wystąpić w filmie, zależy jednak od człowieka, który zaproponuje mi współpracę oraz od tego, z czym ten człowiek do mnie przyjdzie. Abym zrobił z kimś wspólnie film, zwłaszcza jeśli miałbym tam zagrać główną rolę, muszę najpierw twórcę filmu poznać. Musimy się zaprzyjaźnić.

Z jakim typem twórców chciałby pan współpracować?

Nie jestem w stanie poddać się reżyserowi, który "prowadzi za sobą". Jestem nastawiony na współpracę, na to, że robienie filmu to jest wspólna podróż, że idziemy przez film razem. Są aktorzy, którzy lubią "dać się uwieść", kiedy ktoś inny ich poprowadzi. Aktorzy lubiący charyzmatycznych reżyserów, takich, którzy ich "owładną". Ja tego nie lubię. Lubię pracować z partnerami.

Jeśli zaś chodzi o aktorów: których ceni pan szczególnie? Czy ma pan swoje wzorce?

Wzorców w świecie aktorskim nie mam, są natomiast ludzie, którzy bardzo mi imponują. To między innymi Al Pacino i Sean Penn. Uwielbiam oglądać ich na ekranie. Obaj są bardzo kreatywni. Utożsamiają się z granymi postaciami, w swoich rolach są fantastycznie przekonujący. Mają w sobie głębię i ekspresję, która jest niecodzienna, niepospolita. A także – subtelność. Pacino jest charakterystyczny, krzykliwy, Penn bardziej wyciszony. Cechą obu jest subtelność w opowiadaniu roli, na co ja bardzo zwracam uwagę.

Pracuje pan obecnie nad nowym filmem, "Hardkor Disko" w reżyserii Krzysztofa Skoniecznego. Kiedy odbędzie się premiera?

Premiera planowana jest na drugą połowę tego roku. "Hardkor Disko" to film offowy, reżyserski debiut fabularny aktora Krzyśka Skoniecznego. Krzysiek zaproponował mi rolę. Kiedy pokazał mi scenariusz, zachwyciłem się. Nie chcę opowiadać, o czym jest ta historia. Nie lubię streszczać filmowych fabuł. Powiem tylko, że akcja rozgrywa się współcześnie i że jest to opowieść o młodych ludziach, dwudziestoparolatkach, a także – o czterdziestolatkach. Zdjęcia do "Hardkor Disko" właśnie się kończą.