Pan wierzy w karmę?

Pen-Ek Ratanaruang: Tak. Musisz zapłacić za krzywdy, które wyrządzisz. Jestem o tym głęboko przekonany. Ten przekaz też był dla nas ważny, w tym sensie opowiadana przez nas historia i sposób, w jaki to robimy, wykraczają poza kino gatunkowe.

"Headshot. Mroczna karma" to najogólniej mówiąc thriller, czyli właśnie kino gatunkowe, posługujące się uniwersalnym językiem. Z kolei historia, którą pan opowiada w ramach tej formuły, jest dość mocno zakorzeniona w egzotycznej kulturze, osadzona w rzeczywistości silnie określonej, specyficznej. Pomijam, że bohater, płatny morderca, po postrzale w głowę widzi wszystko do góry nogami.

Jest dokładnie tak, jak pani mówi. Chciałem, żeby specyfika historii, jej silny kulturowy, geograficzny i obyczajowy kontekst, został czymś złagodzony, podany w sposób prosty. Lubię dobre kino gatunkowe. Najbardziej jednak cenię kino noir, nigdy mi się nie nudzi. Wielokrotnie wracam do filmów, które już widziałem. Wie pani, jaki jest mój ulubiony?

Strzelam: "Bulwar Zachodzącego Słońca"?

Nie będę tu oryginalny – tak, to mój faworyt. Uważam, że dziś za mało kręci się tego rodzaju kina. Dlatego ja zdecydowałem się zrealizować coś w typie kina noir. Oczywiście mamy tu wiele innych elementów i nawiązań – jest thriller, kryminał, sensacja, kino detektywistyczne, są motywy i rozwiązania z kina pościgowego, jak i z horroru. Ja w ogóle lubię tajemnice i sekrety, coś, co jest poza racjonalnym wytłumaczeniem. Od początku celowaliśmy w festiwale zagraniczne, wiedzieliśmy, że publiczność przyjdzie zobaczyć kino sprecyzowane, ale też z atrakcjami. Nie chcieliśmy jednak, żeby to była pusta rozrywka. Postanowiliśmy pobawić się językiem obrazu. Założyłem, że obraz będzie jednym z bohaterów. Wszystkie nocne sceny zrealizowaliśmy w ciągu dnia, też w określonym celu – dzień imituje tu noc, światło, nieco nierzeczywiste jak na noc, tworzy klimat, buduje atmosferę.

W zasadzie w pana filmie nie ma granicy między dniem a nocą, to się zamazuje. Bohater znalazł się w jakiejś pętli poza czasem.

Chciałem uzyskać ten efekt, by widz, podobnie jak bohater, czuł się nieco zagubiony, żeby nie można było określić, czy bohater śni, czy żyje i funkcjonuje naprawdę. Ale to wypływa z historii. Ona jest tak skonstruowana, żeby wydawała się zawieszona między światem snu i rzeczywistości. Chcieliśmy, żeby niepewność uwiodła publiczność i otuliła ją niczym mgła.

Co było najtrudniejsze?

Montaż. Długo pracowaliśmy nad ostatecznym kształtem filmu, wielokrotnie zmienialiśmy kolejność scen, zakończenie. Wyzwaniem była też muzyka. Nie chcieliśmy ilustracyjnych dźwięków, to miało być coś, co nie powiela tego, co na ekranie, co w obrazku. Muzykę traktuję jak równoprawny element, coś, co mówi dużo więcej o przedstawianej historii, tylko trzeba umieć słuchać.

A jak duży wpływ na pana film miała książka? Bo przecież "Headshot. Mroczna karma" jest adaptacją powieści Wina Lyovarina.

Książka dała pierwszy impuls. Ale tak naprawdę zmieniliśmy wszystko, co było w książce. No, prawie wszystko. Zatrzymaliśmy scenę rozpoczęcia, w powieści jest tak samo. Przesłanie jest zaczerpnięte z książki, kwestia winy i kary. Ale zmiany były nieuniknione. Gdybyśmy chcieli dokonać wiernej adaptacji, film musiałby trwać pięć godzin. W książce jest też zbyt dużo zwrotów akcji, to by nie przeszło na ekranie. Myślę, że publiczność byłaby albo zmęczona, albo wyczerpana śmiechem – te zwroty akcji wypadłyby karykaturalnie na ekranie. Krótko mówiąc, musieliśmy uprościć książkę, pozbyliśmy się również kilku postaci drugoplanowych, które nie mogłyby odpowiednio wybrzmieć w filmie, wprowadziłyby jedynie zamęt. W książce też było inne zakończenie, a w zasadzie były cztery – do wyboru. Zrezygnowaliśmy z tego zabiegu.

Pan zdecydował się na bardziej radykalne rozwiązanie.

Tak, choć początkowo w scenariuszu miałem zapisane inne. Dopiero podczas zdjęć zmieniłem zdanie. Chciałem, żeby finał przynosił ukojenie, żebyśmy mogli pożegnać się z bohaterem pogodzonym z sobą, spełnionym, może nawet szczęśliwym. Dla mnie to jest dobra klamra, choć wiem, że nie wszyscy się ze mną zgadzają.

Podejmuje pan w swoim filmie temat przeznaczenia, stawia pytanie, czy możemy je kontrolować. Możemy?

To typowe podejście dla zachodniego stylu życia i sposobu myślenia. Ja nie wierzę w to, że mamy kontrolę, nie wierzę, że możemy mieć wpływ. Inna sprawa, czy mamy wybór. Myślę, że poprzez pewne decyzje możemy zmieniać bieg zdarzeń, to, jak nasze życie będzie się rozwijać. Nie chcę jednak, żeby wyszło, że uważam, że nasza egzystencja jest z góry zaprogramowana. W to też nie wierzę. Nie uważam, żeby ktoś sterował naszymi losami – Bóg, energia, moc – jakkolwiek to nazwać. Po prostu, wszystko jest kwestią podejmowania odpowiednich decyzji. To wypadkowa oceniania, prognozowania, dalekowzroczności. Ale z drugiej strony przecież czasami opłaca się bycie impulsywnym, pójście z prądem. Innym razem lepsze jest podejście bardziej pod prąd. Trudno dać tu jedną receptę. Po prostu są akcje i są reakcje. I to kieruje naszym życiem.