Od afery z filmem "Kac Wawa" minęło już trochę czasu. Jak teraz ocenia pan całą tę sytuację?

Tomasz Raczek: Ten ferment był potrzebny. Mam ogromną satysfakcję, ponieważ środowisko krytyków filmowych ruszyło się w wyniku całego tego zamieszania i skonsolidowało. Oprócz mojej polemiki z producentem filmu "Kac Wawa" była także krytyczna rozmowa redaktora Michała Walkiewicza z Filmwebu z Barbarą Białowąs – reżyserką filmu "Big Love". Także Sławomir Idziak wypowiedział głośno swoje zdanie na temat "Węży" – nagród dla najgorszych filmów... Uważam, że o rzeczach złych trzeba mówić, żeby obie strony mogły przedstawić swoje argumenty. Według dawnej wskazówki Jana Kochanowskiego – musimy uczyć się na własnych błędach. Jeżeli film się nie udał, to trzeba o tym mówić i zrobić wszystko, żeby kolejny film był lepszy.

Myśli pan, że w przypadku polskiego kina komercyjnego, jest szansa na to, że twórcy będą uczyć się na błędach?

Polskie filmy komercyjne unikały sprawdzianu zawodowego, ponieważ wraz z wprowadzeniem preselekcji na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, te filmy przestały pokazywać się na tym festiwalu. Mało tego – krytycy przestali chodzić na pokazy prasowe tych filmów i nie pisali z nich recenzji. Zrobiło się tak, że spora część polskiej produkcji filmowej, całkowicie uniknęła weryfikacji artystycznej czy zawodowej. Trzeba było to przerwać. Dlatego mam nadzieję, że zamieszanie, które wynikło po całej tej sytuacji, spowoduje, że wzrośnie poziom polskiego kina gatunkowego. Bardzo bym tego chciał, ponieważ kino jest dla ludzi, a nie tylko dla jurorów festiwalowych.

Jak ocenia pan kondycję polskiego kina w ogóle?

Uważam, że ostatnio mamy bardzo dobrą sytuację, ponieważ w krótkim czasie powstało kilka naprawdę wybitnych filmów. Mam na myśli m.in. "Salę Samobójców", "Essential Killing", "Różę", "W ciemności". Naprawdę nie jest najgorzej. Ostatni festiwal w Gdyni, który niedawno się zakończył, udowodnił, że jest dobrze. Na tym festiwalu widziałem przynajmniej kilka filmów godnych polecenia, m.in. mój ulubiony film "Jesteś Bogiem" Leszka Dawida, który potraktował legendę polskiego hip-hopu w sposób nienaruszający jej godności. Na tym festiwalu był także udany debiut Marii Sadowskiej "Dzień kobiet". Film społecznie zaangażowany, zrobiony lekką ręką z absolutnie genialną rolą Katarzyny Kwiatkowskiej. Świetna była także "Obława", która w oryginalny, zaskakujący, nowoczesny sposób, opowiada o polskich żołnierzach AK z czasów wojny. Te wszystkie filmy świadczą o tym, że z polskim kinem nie jest źle.

Trwa festiwal filmowy w Cannes. Co pan sądzi o tej imprezie?

W Cannes pokazywane są wyłącznie filmy premierowe, których wcześniej nikt nie widział. Z relacji kolegów, którzy są na festiwalu, będziemy dowiadywać się, które filmy są lepsze, które gorsze. Później będzie werdykt jury, awantura, że nie został nagrodzony ten film, który powinien. Najczęściej tak jest w Cannes. Pamiętam, jak kilka lat temu został pokazany w Cannes "Pianista" Polańskiego. Recenzje polskich krytyków, którzy tam pojechali, były negatywne. Wtedy także nie byłem w Cannes i zobaczyłem "Pianistę" dopiero na premierze w Warszawie. Zachwyciłem się. Jak się okazało – nie byłem jedyny. Film spodobał się wszystkim. Później dostał Oscara. Uważam, że jest to najlepszy film w dorobku Romana Polańskiego. W każdym razie na tej warszawskiej premierze był także mój kolega, który napisał negatywną recenzję z Cannes. Zapytałem go, dlaczego, przecież ten film jest znakomity. Odpowiedział mi, że nie wie, ponieważ dziś ten film naprawdę mu się spodobał. Powiedział, że tamten seans w Cannes był bardzo rano, wszyscy mieli złe humory... Dlatego uważam, że będziemy mogli zweryfikować te wszystkie filmy dopiero, gdy trafią do kin.

Tomasz Raczek krytyk filmowy, publicysta, wydawca, autor programów telewizyjnych i radiowych. Obecnie prowadzi w TVP Weekendowy Magazyn Filmowy. Ma 55 lat.