PAP Life: - Choć skomponował pan muzykę do wielu zagranicznych produkcji, to jednak usłyszenie pana utworów w polskich filmach współczesnych, to wielka sztuka. Nie "lubi się" pan z polskim kinem?

Zbigniew Preisner: - Moim zdaniem polskie kino w ogóle nie istnieje. Chcę robić muzykę do filmów, po których mogę spodziewać się, że będzie to naprawdę dobra produkcja, podejmująca ważny temat. Potrzebne są też odpowiednie warunki finansowe, które pozwolą na to, by muzyka została napisana i nagrana tak, jak to być powinno. W Polsce takich warunków nie ma.

Polskie produkcje mają zbyt szczupłe budżety, by pana zaangażować?

Po pierwsze, nikt nie zwraca się z Polski z takimi propozycjami, a po drugie oczywiście nie da się nagrać muzyki do filmu za paręset złotych.

Co ma pan do zarzucenia polskim filmom?

Wszystko polega na tym, że najpierw trzeba wiedzieć, o czym się opowiada i jak się to zrobi. Gdy to się wie, to wówczas istnieje szansa, że dzieło przyniesie sukces i pieniądze. O takiej kolejności można mówić w przypadku "Dekalogu", "Podwójnego życia Weroniki", "Trzech kolorów" Krzysztofa Kieślowskiego, czy wielu innych filmów, do których robiłem muzykę. Mam wrażenie, że w Polsce najpierw się myśli o tym, żeby coś się zwróciło, a dopiero potem, żeby powstał dobry film.

Kino polskie umarło wraz z Kieślowskim? To zresztą pana słowa

Na pewno nie jest tak, że wszystko zostało stracone na zawsze. Pewne pokolenia odeszły, odchodzę też ja wraz z moim pokoleniem po to, żeby zrobić miejsce nowemu. I ono przyjdzie, narodzi się, ale czy będzie lepsze nie wiem. Na pewno będzie inne. Trzeba wierzyć w to, że sztuka filmowa nie kończy się na Kieślowskim, Wajdzie i Holland.

A dlaczego odrzuca pan propozycje z Hollywood?

Ponieważ wiem, czego chcę od życia. "Płynie się zawsze do źródeł pod prąd, z prądem płyną śmiecie" - powiedział kiedyś Herbert. Nawet jeśli się do tego celu nie dopłynie, to wyćwiczy się mięśnie i właśnie o to ćwiczenie mi chodzi.

Krytykował pan muzykę w produkcjach amerykańskich za to, że mówi, co widz ma myśleć i czuć. Jaka pana zdaniem powinna być muzyka filmowa?

Muzyka musi dopowiadać to, czego w filmie nie widać i być jedną z części kreacji obrazu filmowego. Czasami powinna być narracją, czasami partycypacją lub retrospekcją, ale na pewno nie może być dodatkową ilustracją. Jeżeli bohater w filmie płacze, to muzyka nie musi już tego robić. Warto, żeby w tym miejscu powiedziała widzom, dlaczego on to robi.

Co decyduje o tym, że przyjmuje pan ofertę skomponowania muzyki do filmu?

Kiedy dostaję ją od dobrych reżyserów, jak ta od Rolanda Joffe autora "Pól śmierci", "Misji" czy "Szkarłatnej litery". Robimy razem nowy film i myślę, że to będzie fajna współpraca.

Jaki to będzie film?

Film nosi tytuł "Singularity" i jest realizowany na podstawie powieści Ajey Jhankar. Historia dzieje się w Indiach w czasie wojny domowej. To opowieść m.in. o niemożliwej miłości angielskiego oficera stacjonującego w tym kraju i hinduskiej kobiety, w której się zakochuje. Film zostanie zaprezentowany na 65. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes w maju tego roku.

Zdradzi nam pan swoje kolejne plany?

Chcę robić swoje, własne rzeczy - wydawać płyty.

Zbigniew Preisner, światowej sławy polski kompozytor muzyki filmowej i teatralnej, członek Francuskiej Akademii Sztuki i Techniki Filmowej. Napisał muzykę m.in. do filmów: "Prominent" Johna Irvina, "Zabawy w Boga" Hectora Babenco, "Skazy" Louisa Malle, "Kiedy mężczyzna kocha kobietę" Luisa Mandokido oraz filmów Agnieszki Holland. Znany ze stałej współpracy z Krzysztofem Kieślowskim, któremu pośmiertnie poświęcił dzieło muzyczne "Requiem dla mojego przyjaciela". W sumie skomponował muzykę do ponad 80 produkcji.