W jednym z wywiadów po premierze filmu "Dealer", który był pierwszym pana sukcesem, powiedział pan, że pewnie nie dostanie już tak wyrazistej roli. Pańskie obawy się nie sprawdziły.

Mads Mikkelsen: Muszę przyznać, że bałem się zaszufladkowania. Grany przeze mnie Tonny był dość charakterystyczny. Ta rola była wyzwaniem, martwiłem się jednak, że będę dostawał wyłącznie podobne propozycje, że na zawsze pozostanę kolesiem z tatuażem na łysej głowie. Zawsze marzyłem, by grać niejednoznaczne postaci, ale chciałem, żeby były to zróżnicowane charaktery, żeby moi bohaterowie pochodzili z różnych światów, reprezentowali różne wartości. To może być rola drugo- czy trzecioplanowa, ale żeby mój udział w filmie miał jakieś znaczenie.

Marzenia się spełniły, ma pan w swoim dorobku bardzo różne role.
Udało się, choć wówczas nie było to dla mnie takie oczywiste. Nie podejrzewałem, że uda mi się wybić poza kino skandynawskie. To nie jest kokieteria, marzyłem o tym, by grać w zagranicznych produkcjach, ale zdolnych aktorów jest wielu. Pytałem więc sam siebie: "No dobrze, dlaczego akurat mnie ma się udać?".

Więc dlaczego się udało?

Tego typu deklaracje zawsze niosą niebezpieczeństwo, że wyjdzie się na zapatrzonego w siebie pyszałka. Sukces to wypadkowa ciężkiej pracy oraz talentu, ale także spotkań z odpowiednimi ludźmi, którzy w ciebie wierzą mimo twoich potknięć. Bo potknięcia są zawsze, tak jak lepsze i gorsze dni. Bardzo ciężko pracowałem na swoją pozycję, ale prócz mnie pracowało wiele innych osób – poczynając od mojej żony, kończąc na wszystkich członkach ekipy, którzy zapewniają mi komfort pracy, sprawiają, że dobrze wypadam na ekranie, że jestem wiarygodny. Spotkałem ludzi bardziej utalentowanych ode mnie, którym się nie powiodło.

Który film okazał się przełomowy w pana karierze?

Przełomowy okazał się rok 2002, bardzo pracowity. Zagrałem w trzech produkcjach: "Księdze Diny", "Wilbur chce się zabić" i "Otwartych sercach". Potem wystąpiłem w "Zielonych rzeźnikach" i "Jabłkach Adama" u Andersa Thomasa Jensena, a w międzyczasie były "Pusher II" oraz "Król Artur". To był chyba ten decydujący czas.

Niedługo potem rok 2006 przyniósł rolę w "Casino Royale".

Zagrać w filmie o Bondzie to spełnić jedno z chłopięcych marzeń. Początkowo przestraszyłem się, że Le Chiffre będzie nieco przerysowaną postacią. To krwawiące oko… Zastanawiałem się, czy to nie za dużo. Dla równowagi zastosowaliśmy oszczędne aktorskie środki, Le Chiffre jest małomówny, zdystansowany, tajemniczy. Starałem się, aby zło wpisane w tę postać nie było wyrażone wprost. To byłoby za łatwe, gdyby miał wzbudzać tylko niechęć. W jakimś stopniu to tragiczna postać, której widz także współczuje. Oby nie zabrzmiało to zbyt banalnie, ale nie ma postaci jednoznacznie złych czy dobrych. Może czasem takie występują w kinie gatunkowym, ale w życiu? Le Chiffre to bohater z innego świata, bo też "Bond" wpisany jest w kino gatunkowe, ale mam nadzieję, że stanowi również jakąś zagadkę, że jest fascynujący w takim samym stopniu, w jakim budzi negatywne odczucia.

Ale pan chyba nie pogardza kinem gatunkowym? Wystąpił pan w takich filmach jak "Starcie tytanów" i "Trzej muszkieterowie".

Nie wstydzę się tych tytułów, choć wiem, że krytyka różnie je przyjmowała. Trudno. Nie rozumiem, dlaczego ocenia się filmy w kategoriach ostatecznych: albo popadamy w nadmierny entuzjazm, albo wyrażamy powierzchowną pogardę. "Starcie tytanów", podobnie jak "Trzej muszkieterowie", to była dla mnie ogromna frajda. To rozrywka, ale czy rozrywka jest czymś, co przynosi ujmę aktorom?

Są różne rodzaje rozrywki.

Wiem, dlatego według mnie wszystko sprowadza się do gustów – moich, ekipy filmowej, widzów. Wielką rolę można stworzyć w serialu, tak samo jak można skompromitować się w teatrze. Raz gram w "Bondzie", innym razem w "Tuż po weselu" zrealizowanym według zasad Dogmy. To najciekawsza strona aktorstwa, że można grać różne postaci, występować w różnym repertuarze. Podobnie ma chyba widz – idzie na skandynawskie niskobudżetowe kino z innych pobudek niż wtedy, gdy kupuje bilet na "Starcie tytanów". Bo zakładam, że są ludzie, którzy traktują kino w sposób otwarty, to dla nich przygoda, więc oglądają i kino gatunku, i kino artystyczne.

A co poza kinem?

Piłka nożna! Bardzo lubię grać, ale często też oglądam mecze, jestem typowym kibicem. Do tego dobre piwo i zapominam o całym świecie.

Myślałam, że wymieni pan taniec. Przez wiele lat zajmował się nim pan profesjonalnie.

Lata praktyki tanecznej nie poszły na marne, procentują w aktorstwie. Widać to po sposobie poruszania, po postawie, po tym, jak biję. Usłyszałem kiedyś od trenera, z którym realizowałem sceny bijatyk, że walka jest jak taniec: zadawanie ciosów, robienie uników, praca nóg to swego rodzaju układ choreograficzny – ma swój rytm, napięcie, dramaturgię, emocje. I jak każdy układ, rządzi się swoimi prawami, niektóre ruchy możesz przewidzieć, jeszcze inne sprowokować. Zgadzam się z tym. Musisz być wyczulony na drugą osobę, nie ma znaczenia, czy to twój przeciwnik na ringu, czy partner w tańcu. Najważniejsza jest czujność.