W "Sponsoringu" wciela się pani w rolę znudzonej wygodnym życiem dziennikarki Anne, którą z letargu wybudza dopiero spotkanie z młodymi prostytutkami. Trudno było zagrać tę rolę?

Juliette Binoche:  Aktor jest po to, żeby przeprawiać się w rejony niemożliwe, bo samo życie nas do tego często zmusza. Wcielając się w trudne role zawsze zagłębiamy się w coś, z czego być może pod koniec zdjęć będzie nam trudno wyjść. Taki potencjał zobaczyłam w filmie Małgośki.

Zainteresował panią temat prostytucji w środowiskach studenckich?

Temat podjęty w "Sponsoringu" jest niebezpieczny. Zdałam sobie sprawę z tego już na początku. Czasopisma kobiece mogłyby o tym pisać na pierwszych stronach. Czytając scenariusz doceniłam kobiecy punkt widzenia, w którym nie ma miejsca na manicheizm czy moralizatorstwo. Zainteresowało mnie też to, że film stawia wiele pytań dzisiejszemu społeczeństwu.

"Sponsoring" zwraca uwagę na poważny problem, nie osądzając postępowania bohaterek. Prostytutki to studentki, klientami są zwykli mężczyźni, "mężowie, którzy się nudzą". Na tym polega siła tego filmu?

To jest jego siła, a jednocześnie niebezpieczeństwo. Film stawia widza w sytuacji, w jakiej każdy z nas może się znaleźć. Nie jest apologią prostytucji, ale traktuje temat dokumentalnie. Dlatego należy na te tematy rozmawiać, mówić o tym przede wszystkim studentom, którzy film zobaczą.

Postać Anne przypomina Marie z filmu Sylvie Testud ("La Vie d'une autre"), który wejdzie do francuskich kin za niecałe dwa tygodnie. Tam też gra pani kobietę, której dana jest druga szansa. To jakiś trend? W średnim wieku potrzebujemy wstrząsu?

 Tak, zarówno Anne ze "Sponsoringu", jak i Marie z filmu Testud, to kobiety, które nagle zaczynają zastanawiać się nad sobą, nad ich rzeczywistymi pragnieniami w życiu, w miłości. W obu przypadkach, sytuacja jest beznadziejna.

Jak się Pani czuje w rolach, które są tak odległe od pani osobowości, a nawet aparycji?

Anne i Marie to na pewno nie jestem ja. To, że na ekranie pojawiam się trochę gruba, ciężka, nieumalowana, to jest mój wybór jako aktorki.

W dwóch ostatnich filmach, jest pani kierowana przez reżyserki. Inaczej pracuje się na planie z kobietami?

W zasadzie pracę z kobietami dopiero odkrywam. Prócz Szumowskiej i Testud zagrałam ostatnio u Marion Laine. Kręcąc na planie u kobiety odnoszę wrażenie, że moja odpowiedzialność za rolę jest większa, bo w mojej interpretacji odkrywa się coś bardzo osobistego, coś o czym te reżyserki pragną za wszelką cenę opowiedzieć.

Co zadecydowało, że zgodziła się pani zagrać u Szumowskiej?

J.B.: To było oczywiste. Przeczytałam scenariusz, spotkałam się z nią i wyczułam, że ma bardzo silny charakter, co bardzo cenię u reżysera. Wiedziała, czego chce, a jednocześnie, potrafiła podjąć ryzyko, zaproponować coś, czego scenariusz nie przewiduje. Stało się tak, kiedy poprosiłam, żebyśmy poszli do mojego ojca do szpitala i nakręcili z nim scenę.

A jak wspomina pani pracę na planie "Niebieskiego" Krzysztofa Kieślowskiego?

Fantastycznie. Krzysztof był obdarzony niesamowitym urokiem osobistym, kino znał na pamięć. Ponadto był precyzyjny - wiedział, czego nie chce w kadrze. W prowadzeniu aktora dawał dużo wolności, ale czasem był stanowczy. Pamiętam dwie takie sceny, gdzie postawił na swoim. Na początku filmu, kiedy Julie budzi się po wypadku, chciałam pokazać, jak się czuje, jak jest zdruzgotana, zamierzałam płakać. Krzysztof zupełnie zbił mnie z tropu, powiedział, że w tej scenie powinnam zagrać bez emocji. Drugie ujęcie to scena, gdzie Julie oddaje dom kochance zmarłego męża. Myślałam, że trzeba to zrobić z uśmiechem, jak ktoś dobrze nastawiony do drugiego człowieka. Po raz kolejny Kieślowski powiedział mi, że to nie tak, że Julie ma oddać dom, bo tak trzeba, że to nie miejsce na bycie grzeczną. W pierwszej chwili pomyślałam, że ta kobieta jest potworem, ale oglądając film, doszło do mnie, że miał rację.

A zdarzyły się takie sceny, gdzie to pani narzuciła własną wizję?

W końcowej scenie "Niebieskiego", gdzie Julie stoi przy oknie. W pierwszym ujęciu się uśmiechnęłam. Krzysztof i tu wolał początkowo, żebym była zimna, więc powtórzyliśmy. Wreszcie zachował ujęcie z uśmiechem, stwierdził, że dodatkowy dramatyzm, to byłoby dla filmu za wiele.

Jakie były wasze relacje osobiste?

Proste, bezpośrednie, praca sprawiała nam przyjemność. Chociaż na początku toczyliśmy "wojnę" o liczbę ujęć. Krzysztofowi wystarczało jedno, ja chciałam więcej. Poza tym, świetnie się rozumieliśmy.

Występuje Pani w filmach kręconych na całym świecie. Czy to wynika z ciągłej potrzeby grania?

Marząc o aktorstwie, instynktownie szukamy wyjścia poza to, co znamy, szukamy spotkań z ludźmi i z kulturami z całego świata.

W jaki sposób radzi sobie pani z porzuceniem postaci, jakie kreuje pani w filmach? Gdzie kończy się aktorka Binoche, gdzie zaczyna kobieta?

Z rolami, z filmami w ogóle, jest tak, że do mnie nie należą. Zapominam o nich, bo nagle nabierają kształtów w życiu innych ludzi. W życiu ogólnie musimy nauczyć się odcinać od pewnych spraw. Ja nauczyłam się tego na planie "Kochanków na moście". Praca na planie tego filmu była tak trudna i bolesna, że trzeba było szybko zadziałać, wrócić do siebie.

Czym jest dla pani aktorstwo?

Jest przedłużeniem dzieciństwa, ale także zapytaniem "co by było gdyby". Aktorzy, artyści, są społeczeństwu niezbędni, jak niegdyś błazen. Przekraczają normy, wychodzą poza granice i reguły, co nam wszystkim pozwala znaleźć własny, bardziej harmonijny punkt odniesienia.

Juliette Binoche jest jedną z najpopularniejszych francuskich aktorek filmowych i teatralnych. Pierwsze kroki stawiała u Godarda, Doillona i Techine. Karierę międzynarodową rozpoczęła dzięki "Nieznośnej lekkości bytu" (1987) u boku Daniela Daya Lewisa i "Fatale" (1992) Louisa Malle'a. Żeby zagrać w "Trzech kolorach: Niebieski" (1993) Kieślowskiego zrezygnowała z "Parku Jurajskiego". Rola Julie przyniosła jej Cezara. Zdobyła Oscara za drugoplanową rolę Hany w "Angielskim pacjencie" (1997) Minghelli. Po raz drugi nominowana do Oscara za pierwszoplanową rolę Vivianne Rocher w komedii "Czekolada" (2000). Za rolę w "Copie Conforme" wyróżniona nagrodą w Cannes w roku 2010. W 2012 zobaczymy ją w "Cosmopolis" Davida Cronenberga. Wróci też na deski teatralne z sztuką "Panna Julia" Strindberga. Ma 47 lat.

Juliette Binoche przyjedzie do Polski, by wziąć udział w uroczystej premierze najnowszego filmu Małgorzaty Szumowskiej "Sponsoring", w którym zagrała główną rolę. Wywiad został przeprowadzony w Paryżu przed jej wizytą w Polsce.