George Clooney nosił się z zamiarem zrealizowania tego filmu od dawna. Pan od dawna chciał u niego zagrać?

Paul Giamatti: Nasze drogi zeszły się przy okazji innego projektu George'a, ale wówczas grafik nie pozwolił mi na podjęcie współpracy. Żałuję, uwielbiam Clooneya, cenię go jako reżysera i jako aktora, prywatnie zawsze mogę na niego liczyć. Do dzisiaj jestem rozżalony, że nie udało nam się wtedy stanąć razem na planie. Gdy George zadzwonił w sprawie filmu "Idy marcowe", nawet nie miałem potrzeby czytać scenariusza. Po prostu się zgodziłem.

Zgodził się pan, a potem przeczytał scenariusz. I jak? Zaskoczenie było spore, czy może spodziewał się pan czegoś takiego?

Zaskoczeń nie było specjalnie wielkich, podejrzewałem, że George zostawi sobie najfajniejszą rolę do zagrania. A tak na poważnie – mniej więcej wiedziałem, o czym jest ta historia, ale scenariusz przeszedł moje oczekiwania. Najbardziej podobało mi się to, że to film z intrygą, z ciekawą fabułą, skłania widzów do refleksji, do przyjrzenia się sobie. Z drugiej strony to film bez tezy i pierwszorzędna rozrywka. Krótko mówiąc, byłem pod wrażeniem.

Pana rola, choć drugoplanowa, nie ustępuje tym pierwszoplanowym. Jak pan odebrał swoją postać?

Clooney czyta wszystko – pochłania każdą gazetę, każdą ulotkę, czyta etykiety na paczkach od gumy do żucia. Jest chyba najbardziej zaangażowanym obywatelem kraju, bystrym, oddanym sprawom bieżącym obserwatorem. Szczerze interesuje się polityką, chce robić kino, które będzie także komentarzem do rzeczywistości. Jest współautorem scenariusza, dlatego wszystkie postaci są pełnokrwiste, mają swoje tajemnice. Fajne u George'a jest to, że postaci drugoplanowe nie pozostają w tyle za tymi pierwszoplanowymi, że też mają coś do ujawnienia i coś do ukrycia.

W "Idach marcowych" nie chodzi jednak o to, by napiętnować świat polityki, raczej o to, by pokazać, że wszyscy tworzymy pewien system zależności, zaniechania.

Ukazanie polityki od kuchni w naszym filmie odzwierciedla dylemat wyborców, którzy często nie mają idealnego kandydata, po prostu głosują na tego, który reprezentuje mniejsze zło. Idealni ludzie nie istnieją, idealne są slogany i hasła. "Idy marcowe" to potwierdzają, dlatego według mnie to tak ważny film, ponadczasowy. Duffy i Morris walczą o to samo stanowisko i choć są różni, łączy ich to, że mają swoje grzeszki na sumieniach. Tutaj nie chodzi o prosty wybór, raczej o sytuację, w której widz po wyjściu z seansu zastanowi się nad tym, dlaczego ślepo wierzy politykom, dlaczego daje się omamić ich obietnicom. Tom Duffy to nieco makiaweliczna postać. Ale budzi moją sympatię, jest w nim coś ludzkiego. Jest w nim również coś, co trudno nazwać, ale co, wydaje się znajome, znane, przypisane ludziom, którzy nie mają szans na wygraną, ale do końca się nie poddają.

Robił pan research, przygotowując się do roli? Inspirował się pan postacią jakiegoś znanego polityka?

Nie. George nie chciał, żeby postaci z filmu miały swoje odpowiedniki w rzeczywistości. Ja researchu nie robię nigdy. Kilkakrotnie czytam scenariusz, bazuję na swoich przemyśleniach, rozmowie z reżyserem i partnerami z filmu.

Polityka to świat zdominowany przez mężczyzn. Dwie kobiety, które pojawiają się w tej historii, to dwie skrajnie różne osobowości.

Polityka to świat mężczyzn, szkoda. Uważam, że więcej kobiet powinno mieć szansę na karierę w tej dziedzinie. Ale to prawda, ten film utrwala dwa stereotypy, ale myślę, że one mają pewne pokrycie w życiu – jedna z bohaterek jest bardzo młoda i naiwna. Słaba? A może po prostu jest idealistką, może jest niedoświadczona życiowo? Chyba to ją gubi. Druga z nich, dziennikarka polityczna, brawurowo zagrana przez Marisę Tomei, choć jest piękną kobietą, by nie zginąć, zachowuje się jak facet. Jest bezwzględnym przeciwnikiem, graczem, lubi prowokacje, nie boi się ryzyka.

Powiedział pan kiedyś, że nie ma żalu, że jest obsadzany w aktorskim drugim planie – nawet stwierdził pan, że ma mentalność aktora drugoplanowego.

Nigdy się nie wychylam, nie walczę, nie wychodzę przed szereg. Nie mam ciśnienia, by grać za wszelką cenę, nie wpraszam się na castingi, nie żyję w poczuciu zawodowego niespełnienia. Nigdy nie podejrzewałem, że uda mi się utrzymać z aktorstwa, a jednak, robię to, co kocham, finansowo nie jest źle. Zawsze lubiłem stać trochę z boku, pozostawać niezauważonym. Wtedy można sobie pozwolić na nieco ekstrawagancji bez konsekwencji, proszę mi wierzyć, wielokrotnie to sprawdziłem. Podobnie jest w kinie. Nie mam kompleksów z tego powodu, że zazwyczaj gram drugi lub trzeci plan. Przecież w "Idach marcowych" jest podobnie – ale nie liczy się ilość scen, w których występuję, ale ich jakość. A akurat moje dialogi i moja postać są napisane świetnie. Nie mam na co narzekać, cieszę się, że mam pracę. Mam świadomość, że niecodziennie zdarza się taka rola, jak ta w "Bezdrożach". Niedawno usłyszałem od jednego z dziennikarzy coś, co mnie rozbawiło, uradowało: – Ty zawsze wygrywasz, bo zjednujesz sobie sympatię widza bez względu na rolę. Potrafisz przekonać do siebie widza, potrafisz obronić nawet dziwaka, postać, która z początku może nie budzić sympatii. Trochę to smutne, że granym przeze mnie postaciom nie trafiają się ogniste romanse. Cóż, jak widać jestem typem od innych zadań.