Smarzowski zwraca uwagę, że każda uroczystość państwowa zaczyna się mszą. – Nie ma wiadomości bez informacji o dokonaniach księży, biskupów albo kardynałów, parafie ścigają się w budowaniu coraz wyższych krzyży, wkoło pomniki, tablice upamiętniające, relikwie, nawet egzorcystów mamy najwięcej na świecie – mówi w rozmowie z "Polityką". I dodaje, że Kościół "jest w urzędach publicznych, jest na ulicy i wpycha się nam do domu i do łóżka".

Reżyser zauważa, że po "Wołyniu" był prawdziwym Polakiem, przyklejonym do prawej strony, a teraz jest wrogiem i zdrajcą Polski, przyklejonym do lewej. – Nie dogodzisz – mówi. Dodaje, że przed premierą "Kleru" zgłosiła się "grupa księży gotowa do dialogu".

Zabawne, bo oni powinni być gotowi do dialogu pięć lat temu – stwierdza. Pytany o to, czy nie niepokoi go fakt, że jego najnowszy film, będzie teraz rozgrywany przez polityków obu stron jako narzędzie w walce wyborczej, odpowiedział, że tak, ale nie nad wszystkim może mieć kontrolę. Przyznaje, że ma dylemat, czy pojechać do Ostrołęki na "zakazaną" projekcję i spotkać się z widzami.

Serce podpowiada, że tak, bo widz-człowiek się liczy, ale jeżeli jakiś polityk z PO, czy innej opozycyjnej partii będzie przy okazji chciał sobie ze mną zrobić zdjęcie na tle plakatu "Kleru", żeby za chwilę wrzucić je na pejsa, to boję się sytuacji z "Wołynia" – mówi. Zwraca uwagę, że wówczas również były próby zawłaszczenia filmu i wykazania, której ze stron bardziej zależy na upamiętnieniu pomordowanych na Kresach Polakach.