Na liście podziękowań umieszczonej w napisach końcowych "Yes-Menów..." ze zdziwieniem dostrzegłem nazwisko Juliana Assange'a. Co właściwie łączy założyciela WikiLeaks z waszym filmem?
Laura Nix: W czasie gdy Yes-Meni pracowali nad filmem, zadzwonił do nich Assange, który powiedział, że ma do przekazania pewną ważną informację, i zaproponował spotkanie. Mike i Andy odparli: "W porządku, brzmi tajemniczo. Wchodzimy w to!". Dzięki dokumentom WikiLeaks okazało się, że Yes-Meni są śledzeni przez prywatną agencję detektywistyczną. Wynajęła ją korporacja Dow Chemical, której Mike i Andy napsuli sporo krwi przy okazji jednej ze swych dawnych akcji. To, że zarząd firmy wciąż się ich obawia, uznaliśmy za przewrotny dowód uznania i zachętę do dalszych działań.

Swój film nazwaliście buntowniczo "Yes-Meni idą na rewolucję". To poważna deklaracja, a może tylko prowokacyjny wygłup?
Jedno i drugie. W naszym filmie na pewno chcemy przekonywać ludzi, by brali sprawy w swoje ręce, łączyli się w grupy i czynnie upominali się o swoje prawa. To istotne tym bardziej, że poruszana przez nas kwestia walki z globalnym ociepleniem wymaga autentycznej zmiany systemu ekonomicznego na świecie. Trudno określić takie żądanie inaczej niż jako rewolucyjne. Z drugiej jednak strony sformułowanie to kojarzy się dziś albo z przemocą, albo z naiwnym, popkulturowym buntem. Trzeba więc brać je w cudzysłów. Na szczęście słowo "revolting" znaczy po angielsku nie tylko "zbuntowany", ale również "wstrętny". A przecież wystarczy spędzić tylko chwilę z Yes-Menami, by zorientować się, że nie są mistrzami higieny osobistej i nie przepadają za praniem swoich garniturów. Czasem żartowali nawet, że nasz film powinien nazywać się "The Yes Men Are Disgusting".

W filmie pojawia się sporo zabawnych momentów. Ciekaw jestem, czyje poczucie humoru wydaje ci się inspirujące jako reżyserce?
Tak jak Yes-Meni jestem fanką komedii sytuacyjnej opartej na gagach wizualnych, na fizyczności aktorów. Uwielbiam filmy Bustera Keatona czy Jacques'a Tatiego. Wciąż mam w sobie także duży sentyment do zabawnych filmów, które ukształtowały mnie w dzieciństwie. Lubię wszystkie części "Różowej pantery", a także komediowe "Casino Royale" albo "Co słychać, koteczku" z wczesnym scenariuszem Woody'ego Allena. Trochę żałuję, że dzisiejszy humor amerykański poszedł w zupełnie inną stronę i zbyt mocno skupił się na dialogu.

Yes-Meni doskonale sprawdzają się na ekranie jako komediowy duet. Na czym polega sekret ich powodzenia?
Obaj fantastycznie się od siebie różnią. Andy jest niezastąpiony przed kamerą, bo przykuwa uwagę swoją mimiką i gestykulacją. Mike to natomiast mistrz improwizacji, który potrafi spontanicznie wcielić w życie najbardziej szalone pomysły.

Znasz Andy'ego i Mike'a już od wielu lat. W jaki sposób zmienili się, odkąd spotkałaś ich po raz pierwszy?
Stali się bardziej pragmatyczni, ale tylko w taki sposób, w jaki pragmatyczni mogą być Yes-Meni. Wciąż pozostają optymistyczni i pełni nadziei, ale po prostu nie starają się już działać za wszelką cenę, bez względu na konsekwencje. To zapewne skutek upływającego czasu. Gdy człowiek zbliża się do pięćdziesiątki, dobitnie zdaje sobie sprawę ze swoich ograniczeń. W związku z tym Yes-Meni coraz częściej zadają sobie teraz, niedorzeczne dawniej, pytania w stylu: "Ile godzin dziennie musimy poświęcić na tę akcję? Czy w takim razie na pewno ma ona sens?". Nie można ich jednak za to piętnować. Wręcz przeciwnie, to, że – pomimo wątpliwości – wciąż decydują się wypełniać swoją misję, powinno budzić jeszcze większy szacunek.

"Yes-Meni..." świetnie sprawdzają się zatem jako film o niebezpieczeństwie zawodowego wypalenia. Jaki jest twój sposób, by oddalić od siebie to zagrożenie?
Jestem w tym dosyć podobna do swoich bohaterów. Od pewnego czasu postępuję znacznie bardziej wybrednie i muszę naprawdę porządnie się zastanowić, zanim powiem "tak" i zaangażuję się w jakiś projekt. To ważne, bo gdy już zacznę pracę, traktuję swoje filmy jak dzieci: mogą wymykać się spod kontroli i rozczarowywać mnie na każdym kroku, ale i tak będę je kochać.

Co sprawiło, że w ogóle postanowiłaś zająć się w życiu tworzeniem kina dokumentalnego?
Zawsze uwielbiałam kino, ale na moim uniwersytecie w Bostonie nie było żadnych związanych z nim zajęć. Traf chciał jednak, że w trakcie studiów zostałam asystentką montażysty. Praca ta pochłonęła mnie bez reszty, bo zobaczyłam na własne oczy, że przez kilka tygodni pracy w ciemnym pokoju ze zbioru chaotycznych materiałów można stworzyć uporządkowane i spójne dzieło. Potem miałam szczęście trafić na dwójkę wspaniałych mentorów, którzy poszerzyli moją wiedzę na temat filmowego rzemiosła.

Kogo konkretnie masz na myśli?
Dwójkę Francuzów – operatorkę Babette Mangolte i reżysera Jeana-Pierre’a Gorina. Babette była stałą współpracowniczką Chantal Akerman i Sally Potter, a Jean-Pierre nakręcił kilka filmów z Godardem, w tym słynne "Wszystko w porządku". Szczególnie mocno wpłynął na mnie Gorin, który przekonywał, że kino i filozofia mają ze sobą więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać. W swoich filmach inspirował się Foucaultem i Althusserem, przyjaźnił się z Deleuze'em. Nauczył mnie, że forma w kinie nie jest tylko uzupełnieniem treści, lecz może także być nośnikiem sensów i emocji. Jean-Pierre i Babette byli zresztą autentycznymi kinofilami. Aby im dorównać i mieć o czym porozmawiać, zamknęłam się w domu na trzy lata i po prostu chłonęłam filmy. W ten sposób poznałam choćby polską szkołę filmową, czechosłowacką Nową Falę czy Nowe Kino Niemieckie.

Jak bardzo wpłynął na ciebie ten intensywny kurs kina?
Otworzyłam się na eksperymenty formalne. Nakręcenie takiego filmu jak "Yes-Meni..." – komedii na poważny temat, jakim jest globalne ocieplenie – już jest dość odważne, ale w przyszłości chciałabym stać się jeszcze bardziej awangardowa. To duże wyzwanie w Ameryce, bo jesteśmy tu przyzwyczajeni raczej do konwencjonalnego myślenia o dokumencie. Lubię filmy realizowane na przykład przez braci Maysles, ale uważam, że na rynku powinno znaleźć się miejsce także dla mniej tradycyjnych metod pracy. Osobiście w pełni zgadzam się z Godardem, który powiedział, że każdy dobry film fabularny ma w sobie coś z dokumentu, i odwrotnie. Myślę, że właśnie na tym będzie polegała przyszłość kina. Na festiwalu w Berlinie wzięłam udział w panelu młodych dokumentalistów, z których właściwie każdy – od Mongolii po Egipt – opierał swoją pracę na łączeniu fikcji i rzeczywistości.

Czy jednak w dobie wyrafinowanych eksperymentów nie zatracimy szlachetnej naiwności i umiejętności zwyczajnego emocjonowania się filmami?
Nie sądzę. Wciąż bez oporów przyznaję, że wiele filmów wywarło na mnie wpływ i pogłębiło moje zrozumienie rzeczywistości. Tę właściwość da się utrzymać, pod warunkiem, że zamiast na YouTube nadal będziemy oglądać filmy w ciemnej sali. W kinie fascynuje mnie zresztą nie tylko możliwość uczestnictwa w doświadczeniu wspólnotowym, lecz także odczuwanie upływającego czasu. Weźmy na przykład filmy Fassbindera. Gdy je oglądasz, początkowo powtarzasz: "Nie mam nic wspólnego z tymi bohaterami, zachowują się niedorzecznie, na ich miejscu postąpiłabym zupełnie inaczej". W miarę wgłębiania się w historię odkrywasz jednak złożoność ich motywacji, musisz zrewidować swoje poglądy i uznać, że kruchość, egoizm czy zazdrość prezentowane przez bohaterów w rzeczywistości charakteryzują również ciebie samego. Ta przemiana, uznanie kogoś pozornie obcego za zaskakująco bliskiego to dla mnie jeden z największych cudów kina.