Ridley Scott od kilku lat zapowiadał realizację prequela "Obcego", internet huczał od plotek, fani serii albo zacierali ręce z emocji, albo narzekali, że brytyjski reżyser zepsuje legendę. Ostatecznie nowy film Scotta nie jest wstępem do "Aliena", a jedynie – zdaniem twórcy – historią osadzoną w tym samym uniwersum.

Fani znajdą tu odniesienia do "Obcego" bez trudu, ale nie odnajdą niestety ani tego klimatu, ani napięcia, ani nawet sensu. "Prometeusz" okazał się bowiem kalką filmu sprzed 30 lat, kopiującą, zresztą dość nieudolnie, te same pomysły fabularne, a nawet pojedyncze sceny. A jednak wciąż Scott utrzymywał, że opowiada nową historię.

Powtórne obejrzenie "Prometeusza" paradoksalnie może poprawić jego odbiór. Fabularnie oczywiście cały czas zawodzi, chwilami zaskakuje newage'owym bełkotem i powtarzaniem dänikenowskich bzdur o kosmicznej rasie, która dała początek ludziom. Ale gdy oglądałem film Scotta po raz drugi, już pozbawiony złudzeń, że zobaczę arcydzieło science fiction na miarę "Obcego", mogłem skupić się na tym, co w "Prometeuszu" się udało. Czyli przede wszystkim na świetnej roli Michaela Fassbendera, udanie nawiązującej do oryginału scenografii (współtwórca "Obcego", szwajcarski artysta H.R. Giger, także tu miał coś do powiedzenia), kilku z pomysłem nakręconych scenach. Szkoda jedynie, że te elementy pokazują, czym mógł być, a czym nie jest "Prometeusz". Scott zapowiedział już realizację sequela, ale nie wiem, czy warto na niego czekać. 

PROMETEUSZ | reżyseria: Ridley Scott | dystrybucja: Imperial-Cinepix