To on wymyślił najsłynniejszą scenę w kinie
"Mniejsze zło", jeden z najbardziej oczekiwanych filmów roku opowiadający historię pewnego oportunisty, od piątku 23 października już w kinach. O pracy nad filmem, aktorach i swoich planach opowiedział nam jego reżyser, Janusz Morgenstern.
- Gdynia zaskoczyła wysokim poziomem
- Janusz Gajos świętuje 70. urodziny
- Historia z życia oportunisty
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Czwartek 2012-05-24

temp. min 5°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Janusz Morgenstern (rocznik 1922), reżyser, scenarzysta i producent. Nakręcił m.in.„Do widzenia, do jutra” (1960) , „Trzeba zabić tę miłość” (1972), „Żółty szalik” (2000) oraz seriale „Stawka większa niż życie" (1965-68), „Kolumbowie” (1970) i „Polskie drogi” (1977)
"Mniejsze zło”, pański ostatni film, osnuty jest na motywach powieści Janusza Andermana „Cały czas” . Co pana skłoniło, żeby przenieść tę
książkę na ekran?
Janusz Morgenstern: To nie było takie proste. Po lekturze wiedziałem, że jeśli się zdecyduję, to nie zrobię dosłownej adaptacji książki. W powieści losy głównego bohatera
doprowadzone są do starości , obejmują kilkadziesiąt lat, a to mnie nie interesowało. Więc skróty było kolosalne. U Andermana znalazłem elementy prawdy o tamtym czasie. Mam wiele sygnałów,
że ta prawda jest też w moim filmie. Wykorzystałem niektóre powiedzonka, które zapamiętałem z tamtej epoki. Słyszałem, że „trzeba umieć wąchać czas” weszło już do
języka potocznego.
W „Mniejszym złu” opowiada pan o doświadczeniu życia w PRL inaczej przez pryzmat losów antybohatera, literata oportunisty, dla którego prawdziwe bądź wydumane związki z opozycją są trampoliną do kariery. Idzie pan na przekór ostatnim dokonaniom rodzimych filmowców, którzy kręcą patetyczne obrazy o bohaterskich opozycjonistach i bandyckiej
komunie.
To była dla mnie najważniejsze – zrobić film inny i pokazać wieloznaczność tamtej epoki. Ocenianie głównego bohatera, granego przez Lesława Żurka, jako postaci negatywnej, jest
dużo przesady. Rozbijmy jego postępowanie na części pierwsze. Co się okazuje? Przenosi za mury szpitala psychiatrycznego tekst powieści poznanego tam pisarza, który twierdzi, że inwigilowany
przez służbę bezpieczeństwa i próbuje ją opublikować. Idzie po najmniejszej linii oporu, wydaje ją pod własnym nazwiskiem, ale przecież to nie jest zbrodnia. Owszem, postępuje nieetycznie,
jest próżny, robi niezasłużoną karierę. Znacznie gorszym występkiem jest sprawa słuchowiska – to już ewidentna kradzież. Idzie mi o to, że nie możemy go potępiać w
czambuł.
Całość w dzisiejszym wydaniu "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ"















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!