"Chciałbym zobaczyć na festiwalu film, który mi odkryje kawałek nieopisanego świata. Odważny, opowiedziany własnym językiem. Niech mnie kopnie, wzruszy, rozśmieszy" – mówił przed rozpoczęciem festiwalu przewodniczący jury Krzysztof Krauze. "Rewers" spełnia wszystkie te oczekiwania. 36-letni Borys Lankosz zrobił dzieło kompletne: oparte na świetnym, wciągającym scenariuszu (autorstwa Andrzeja Barta, który bardziej zasługiwał na nagrodę niż Smarzowski), będące ciekawą propozycją artystyczną, komentujące tuż powojenną historię Polski, ale nie tracące z oczu fabuły na rzecz publicystyki, wreszcie – świetne zagrane.

Bohaterką "Rewersu" jest Sabina (Agata Buzek, która dostała tu nagrodę z główna rolę) pracownica działu poezji w dużym wydawnictwie. W cieniu budowy Pałacu Kultury życie trzech kobiet mieszkających pod jednym dachem (matkę Sabiny gra Krystyna Janda, a babcię Anna Polony) kręci się wokół wysiłków wydania za mąż nieporadnej w tych sprawach Sabiny. Sprawę zmienia pojawienie się Bronisława (Marcin Dorocińskinagroda za drugoplanową rolę) – męski jak Humphrey Bogart i waleczny jak tyrmandowski Zły. Związek tych dwojga zmienia film z komedii obyczajowej i rasową komedię kryminalną. "Rewers" dostał w Gdyni również nagrody za zdjęcia (Marcin Koszałka), muzykę (Włodek Pawlik) i charakteryzację. Film Lankosza to pierwsza od czasów "Pułkownika Kwiatkowskiego" Kazimierza Kutza próba spojrzenia na stalinizm przez pryzmat czarnej komedii, a debiutujący reżyser jest w tej formie zaskakująco przekonujący.

O ile "Rewers" i "Dom zły" pokazywane premierowo w Gdyni komentatorzy wymieniali jako pewniaki do nagród, o tyle o sława faworyta sprzed festiwalu – "Wojny polsko-ruskiej", która już kilka miesięcy temu była wyświetlana w kinach, zaczęła blaknąć. Jednak nagrodzony Srebrnym Lwem, wyróżnieniem dla aktora (Borys Szyc) oraz za dźwięk i kostiumy, film Xawerego Żuławskiego doskonale wpisuje się w pomysł na tegorocznego jury by nagradzać filmy formalnie odważne, zrobione w sposób nieoczywisty, podchodzące z przekorą do naszych narodowych świętości.

Tegoroczna Gdynia była wyjątkowo ciekawą propozycją. Polskie kino pokazało wiele – i to interesujących – twarzy: od filmów wymagających, autorskich jak "Jestem twój" Grzegorzka (nagroda dla aktorki drugoplanowej dla znakomitej Doroty Kolak) czy "Las" Dumały (specjalna nagroda jury za szczególne wartości artystyczne) przez bardzo interesujące próby spojrzenia na naszą najnowszą historię – przez pryzmat dorastania jak we "Wszystko, co kocham" Borcucha, w wersji czarnej komedii jak "Rewers" czy w konwencji zbliżonej do dreszczowca jak to zrobił Smarzowski. Znalazło się tu miejsce na niebanalne diagnozy społeczne jak mozaikowe "Zero", którego reżyser i scenarzysta Paweł Borowski prowadzi widza przez losy kilkunastu bohaterów anonimowej metropolii w ciągu 24 godzin, znacznie lepsze niż nagrodzone za debiut, mocno przereklamowane "Galerianki". Na tle tych najlepszych kilku filmów na festiwalu gościło kino zwyczajnie udane czy poprawne, choć "Enen" Falka, "Mniejsze zło" Morgensterna czy "Hel" Dębskiej nie budziły takich emocji widzów.

Wielu młodych twórców pokazało, że w parze z pomysłem i ciekawą historią może iść interesujące wykonanie i artystyczna konsekwencja. Patrząc na polskie kino ostatniego 20-lecia to pozornie logiczne połączenie przestaje być takie oczywiste. Rodzime produkcje przez wiele lat oceniano wybiórczo. Pisano i mówiono o tym, że pojęły ważny temat, pomijając wykonanie, chwalono poszczególne elementy filmowej roboty, nie poddając ocenie czy bronią się one w całości. Tym razem na filmy laureatów dało się spojrzeć jako na projekty pod każdym względem skończone i przemyślane.