Polacy za sprawą Marka Niedźwieckiego, który puszczał w radiowej "Trójce" balladę "She’s Like the Wind", pokochali głos hollywoodzkiego aktora, jeszcze zanim mieli okazję zobaczyć produkcje z jego udziałem. "Wiadomości o zachodnich filmach trafiały do nas wtedy m.in. dzięki Niedźwieckiemu, który prezentował ścieżki dźwiękowe" - wspomina pisarz Wojciech Kuczok. Śpiewana przez Swayze piosenka szybko stała się popularna i trafiła na legendarną listę przebojów. I pewnie skończyłoby się na tym, że Swayze zostałby u nas gwiazdą radia i piosenki. Bo w czasach PRL hollywoodzkie przeboje docierały do kin z wieloletni opóźnieniem. Na przykład "Wejście smoka" (1973) z Bruce’em Lee trafiło na polskie ekrany prawie dekadę po premierze. Zapewne więc "Dirty Dancing" też musiałby długo czekać na dystrybucję. Z pomocą przyszła jednak technika, a dokładnie odtwarzacze wideo, które w drugiej połowie lat 80. dotarły do Polski. Pojawiły się najpierw za sprawą prywatnego importu, a potem w dewizowych sklepach Peweksu i Baltony. Mimo że w stosunku do ówczesnych zarobków magnetowidy kosztowały fortunę, rodacy stawali na głowie, żeby zdobyć upragniony gadżet. "Ktoś, kto mógł sobie na taki sprzęt pozwolić, z miejsca awansował w hierarchii społecznej i towarzyskiej" - mówi poeta i performer Paweł "Konjo" Konnak.

>>> Czytaj więcej: Patrick Swayze nie żyje

Na własnej skórze przekonała się o tym wokalistka Fiolka Najdenowicz. "Mieszkałam wtedy na warszawskich Jelonkach. Byłam jednym z pierwszych szczęśliwców na osiedlu posiadających magnetowid. Dostałam go dzięki mężowi mamy, który był Szwedem. Miałam na kasecie trzecią część <Gwiezdnych wojen>. Kiedy dowiedziały się o tym dzieciaki z osiedla, nie mogłam się opędzić od ciągłych wizyt i urządzania prywatnych projekcji. Ledwo się mieściły w mieszkaniu. Rzecz była tym bardziej uciążliwa, że miałam kopię w wersji angielskiej z arabskimi napisami. Musiałam siedzieć z nimi i tłumaczyć dialogi" - opowiada.

Dla wielu dzisiejszych trzydziestolatków miejscem pierwszego kontaktu z wideo były... plebanie. Odtwarzacze i magnetowidy trafiały tam często w formie darów od zachodnich organizacji charytatywnych wraz z pakietami filmów o tematyce kościelnej i niepodległościowej. Evergreenem parafialnego obiegu filmowego było zatrzymane przez cenzurę "Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego, jeden z pierwszych polskich filmów o zbrodniach stalinizmu. "Kiedy spędzałem wakacje w Tatrach, jeden z księży organizował pokazy w salce katechetycznej. Można tam było obejrzeć wywrotowe w tamtym czasie tytuły, takie jak <Doktor Żywago> czy <Ben Hur>, oraz filmy religijne" - dodaje Kuczok.

czytaj dalej


Ale nie wszyscy parafianie chodzili na plebanie żeby pokrzepić patriotycznego ducha. "W połowie lat 80. w moim miasteczku gruchnęła wiadomość, że pewien młody ksiądz ma <Rambo>. Poszedłem do niego z kumplami. Początkowo zachęcał nas do obejrzenia filmu o Barabaszu, ale robił to bez przekonania. Kiedy poprosiliśmy o <Rambo>, zaświeciły mu się oczy. Włączył kasetę i poszedł na mszę. <Naprawdę świetny ten Stallone!> - rzucił na odchodne. Kiedy wyszedł, podpiliśmy mu trochę ciocosanu z barku w regale. Na plebanię pielgrzymowały wtedy nastolatki z całej parafii" - śmieje się Radek Kowalczyk, wówczas siódmoklasista, a dziś handlowiec z Ostrowi Mazowieckiej.

>>> Zobacz najsłynniejsze role Patricka Swayze

"Konjo" pamięta strajk na Uniwersytecie Gdańskim w 1988 roku, podczas którego protestujących wspierał prałat Jankowski. Kapłan "Solidarności" wypożyczył okupującym uczelnię studentom magnetowid z zestawem filmów patriotycznych. Żacy nie zadowolili się jednak seansami o wymowie niepodległościowej. "W nocy w repertuarze pojawiły się filmy też krzewiące wolność, ale w sensie seksualnym" - mówi Konnak.

Magnetowidowe szaleństwo ogarnęło cały kraj. Grupa Kapitan Nemo poświęciła nowemu nałogowi Polaków piosenkę "Wideonarkomania". Japońska firma Orion Electric z myślą o polskich odbiorcach wypuściła na rynek markę Otake. Na bazarach pojawiły się siermiężne wypożyczalnie kaset z pirackimi kopiami filmów. Opis filmu najczęściej był lapidarny i ograniczał się do jednego rzeczownika, np. sensacja, horror, komedia, seks. Jakość kaset była koszmarna. Bywało, że kopia miała oryginalną angielską wersję dźwiękową, na którą był nagrany głos włoskiego, a następnie polskiego lektora, zaś w dole obrazu pojawiały się tajwańskie napisy. "Widziałem na wideo jakiś film karate, który był skopiowany za pomocą kamery. Ktoś filmował z ekranu telewizora, więc na początku obraz był nieostry. Kamerę trzymał chyba na kolanach, bo obiektyw często się chwiał, a od czasu do czasu w kadrze pojawiał się spadający popcorn" - wspomina "Konjo".

Jeszcze zabawniejsze sytuacje związane były z tłumaczeniami. W Polsce mało kto wtedy znał angielski więc za przekład list dialogowych brali się amatorzy. Do legendy przeszło "Let’s go!" z "Krwawego sportu", które przetłumaczono jako "K...a! Musimy stąd s…lać!". Podobnie rzecz miała się z tytułami. Bodaj największa wpadka wiąże się właśnie z "Dirty Dancing", który przetłumaczono jako "Wirujący seks". Pod takim tytułem film trafił do naszych kin w 1990 roku. Absurdalna nazwa nie przebiła się jednak do powszechnej świadomości. Obraz Emile’a Ardolino był jednym z największych hitów naszego obiegu wideo funkcjonującym pod oryginalnym tytułem.

czytaj dalej


Patrick Swayze stał się bożyszczem damskiej części wideomanów. "Jako nastolatka uwielbiałam go" - mówi reżyserka Małgorzata Szumowska. "Był prawdziwym gwiazdorem. Kasetę z filmem oglądało się aż do zdarcia" - dodaje Fiolka. "Widziałam <Dirty Dancing> dziesięć razy. Ten film był dla dziewczyn spełnieniem marzeń o księciu z bajki, wyśnionej miłości i przede wszystkim pokazywał piękny taniec. Byłam absolutnie zakochana w Patricku Swayze. Chciałam być tancerką i marzyłam o nauczycielu takim jak on" - wspomina Jadwiga Basińska z kabaretu Mumio.

>>> Czytaj także: Ostatni taniec Patricka Swayze

Dziennikarka Renata Kowalska była wówczas tancerką sportowego rock and rolla. Po obejrzeniu "Dirty Dancing" postanowiła skopiować finałową figurę taneczną z filmu, podczas której Jennifer Grey skacze Patrickowi Swayze na ręce, a on niesie ją ponad tłumem. Podczas jednego z treningów partner nie zachował czujności i Renata okupiła próbę złamaniem ręki. "Swayze nie fascynował mnie jako facet, lecz charyzmatyczny tancerz" - wspomina Kowalska.

Paradoksalnie z tych samych powodów magia Swayze nie działała na mężczyzn. Taniec uważany był za zajęcie niegodne prawdziwych twardzieli, a taki wzorzec oferowały inne przeboje kaset wideo. "Panował wtedy kult siły i przemocy. Chłopaków interesowały filmy sensacyjne, takie jak <Rambo> czy <Terminator>. Delikatny Swayze w <Dirty Dancing> był przy nich macho drugiej kategorii" - mówi pisarz Sławomir Shuty. Wtóruje mu Jarek Janiszewski, wokalista grupy Bielizna: "O wiele większe wrażenie robiły na nas filmy z Bondem. Oglądaliśmy je z wypiekami na twarzy".

Rockman z Trójmiasta zwraca jednak uwagę na nowatorską formę "Dirty Dancing". Obraz Ardolino uświadomił, jak bardzo ważne w kreowaniu kinowego emploi aktora są gra całym ciałem, język ruchu i gestu. "Od razu czuło się różnicę między polskim a amerykańskim aktorstwem. U nas aktor kojarzył się z kimś melancholijnym, kto wypowiada ważne kwestie, gra tylko twarzą. Rola Swayze pokazała zupełnie inne przygotowanie zawodowe" - wyjaśnia Janiszewski.

"Dirty Dancing", skromny film zrealizowany za 6 mln dolarów, wyróżniał się też nowatorską promocją. Ogromną rolę odegrały w tym ścieżka dźwiękowa i teledysk - wkrótce ten patent zaczęli powielać inni producenci.

Ardolino uważał, że nakręcił opowieść o początku końca tańca towarzyskiego przypadającym mniej więcej na rok 1963, czyli czas, kiedy dzieje się akcja filmu. Publiczność zobaczyła na ekranie znacznie więcej. Amerykanie uważali, że „Dirty Dancing” jest portretem ich ojczyzny na moment przed wielkimi zmianami - zamachem na Kennedy’ego, ruchem Martina Luthera Kinga i rewolucją seksualną. U nas oglądanie "Dirty Dancing" (i innych zachodnich produkcji) w latach 80. na wideo było wyrazem buntu przeciw komunie. "Cała radość polegała na tym, że obchodziliśmy porządek zastany w PRL, widzieliśmy coś, czego nie było w oficjalnej, reżimowej telewizji. To była kosmiczna satysfakcja. Nawet jeśli oglądaliśmy komerchę w stylu <Czy leci z nami pilot?>" - mówi Jarek Janiszewski. "To była reklama wolności na kasetach wideo" - podsumowuje Paweł Konnak.