"Kocham cię od tak dawna" (aka "Il y a longtemps que je t’aime")
Francja/Niemcy 2008; reżyseria: Philippe Claudel; obsada: Kristin Scott Thomas, Elsa Zylberstein; dystrybucja: Vivarto; czas: 117 min; Premiera: 18 września; Ocena 4/6

Powoli się przyzwyczajamy. Piosenkarki (Madonna) kręcą filmy, w Polsce najbieglejszym warsztatowo tytułem sezonu jest według mnie „Zero” Pawła Borowskiego, czyli dzieło malarza, a nie reżysera. Z kolei debiutancki obraz cenionego francuskiego pisarza Philippe’a Claudela był jednym z najważniejszych wydarzeń poprzedniego sezonu nad Sekwaną. Kolejne filmowe przykłady potwierdzają zatem krnąbrną tezę, że nie trzeba wcale żarliwie się edukować, wystarczy po prostu czuć. Siebie i kino.

Debiut Claudela jest ekwiwalentem jego prozy. W wydanych także u nas powieściach pisarza: „Wnuczce Pana Linha”, „Szarych duszach” czy „Niektórych ze stu żalów”, Claudel, spadkobierca klasyków XIX-wiecznej prozy francuskiej, portretuje bohaterów zawsze w ten sposób, żeby nie udało się ich jednoznacznie zdefiniować albo ocenić. To znak rozpoznawczy jego literatury, i – wiele na to wskazuje – kina.

Juliette (najważniejsza, przełomowa kreacja w karierze Kristin Scott Thomas) wychodzi z więzienia. Piętnaście lat odsiadki! Nie jest agresywna, niewiele w gruncie rzeczy się zmieniła. Trochę zbrzydła, mocno się postarzała, na pewno zobojętniała. Juliette mogłaby powiedzieć za bohaterem „Światłości w sierpniu” Faulknera, że „nie jest śpiąca, ani głodna, ani nawet zmęczona. Znajduje się gdzieś pośrodku, zawieszona pomiędzy tymi wszystkimi stanami”. Trwanie…

p

Claudel nie dozuje suspensu. Jest w końcu Francuzem, a nie Amerykaninem, dlatego szybko dowiemy się, że wyrok, który odsiadywała kobieta, był karą za morderstwo jej syna, wówczas kilkuletniego chłopca, że w trakcie procesu Juliette (z zawodu lekarka) wyniośle milczała, a następnie z tym samym uporczywym, bezlitosnym milczeniem przyjęła wykluczenie z rodziny, rozwód, wreszcie brak kontaktu z ukochaną, młodszą siostrą. Léa (ujmująca Elsa Zylberstein), siostra Juliette, stara się nadrobić stracony czas, wszystkie milczące lata, jest opiekuńcza, wyrozumiała i kochająca. Mieszkająca w jej domu Juliette, długo nieufna, poraniona, dźwigająca na plecach balast winy, w końcu zaczyna się zmieniać. Prowadzi błahe przekomarzanki na temat twórczości Rohmera, chodzi na basen, ale w relacjach z siostrą na światło dzienne wychodzą także traumy. Juliette dowiaduje się na przykład, że Léa ze strachu nie zdecydowała się na własne dzieci, wybrała adopcję itd.

Juliette stara się zdobyć pracę. Chociaż na początku zostanie wyrzucona z hukiem, za jakiś czas znajdzie zatrudnienie. Chociaż jej pierwszy kontakt z facetem będzie smutną i bolesną gimnastyką ciała, wkrótce pozna dwóch interesujących mężczyzn z własnymi tajemnicami. Ale to długi proces, którego nie można przyspieszyć. Mamy zresztą wrażenie, że Juliette trafiła z jednego więzienia do drugiego. Mimowolnie wyłapujemy pojawiający się w tle kadrów motyw krat, również wnętrza pięknego domu Léi są klaustrofobiczne, celowo niemal puste, przypominają celę. Juliette również jest obca, inna – powinna budzić nienawiść. A jednak paradoksalnie nie potrafimy jednoznacznie ocenić tej kobiety, skazać jej i spostponować, chociaż wiemy że chodzi o największe wykroczenie, jakie można sobie wyobrazić, złamanie kulturowego tabu – morderstwo własnego dziecka.

Ten starannie zrealizowany, psychologicznie wiarygodny film mówi bowiem o zagadce egzystencjalnych wyborów. Dlatego pomimo rozczarowującego finału, niepotrzebnie rozwiewającego wątpliwości co do postaci Juliette, film Claudela pozostaje ważnym, przejmującym studium nieuchwytności zachowań. Niczego nie uda się przewidzieć. Naprawdę nie wiadomo, jak zareagujemy na cudzy ból albo szczęście. Wciąż jesteśmy dla siebie tajemnicą. I to jest najpiękniejsze.