Rolę w „Gotowych na wszystko” dostała pani podczas nietypowego castingu...

Felicity Huffman: Na przesłuchanie wpadłam spóźniona, jak to wiecznie zalatana matka. Chwilę wcześniej próbowałam wykąpać dwójkę wrzeszczących dzieciaków. Na swoje usprawiedliwienie wyjaśniłam producentom, że to problemy wychowawcze doprowadzają mnie do szału. Obecne tam panie odsunęły się ode mnie, jakbym powiedziała, że zjadam dzieci, a ja poczułam się bardzo zawstydzona. Przypuszczam, że właśnie tak wyobrażali sobie postać Lynette Scavo, bo powiedzieli, że świetnie wypadłam w tych brudnych spodniach i weszłam do obsady.

W życiu też ma pani tak wiele na głowie co serialowa Lynette?

Chciałam zagrać w „Gotowych na wszystko”, żeby pokazać nowy model macierzyństwa, wykraczający poza rozterki pod hasłem: „Kochanie, znów zapomniałaś mleka?” czy „Skarbie, zjedz lunch!”. Model, w którym znajdzie się miejsce i na depresję, i złość, i wściekłość, i stratę czy miłość. Jako matka dwójki dzieci wiem dobrze, co znaczy bezsilność, poczucie, że już się nie da rady. Zawsze jest się o dzień spóźnioną i ma się o dolara za mało. Nie raz i nie dwa czułam, że nie dorosłam do takiego zadania, że popełniam błąd za błędem i już nigdy się nie wyśpię.

Czy pani dzieci zdają sobie sprawę z tego, że mama jest sławna?

Nie mają pojęcia. Głównie dlatego, że nie oglądają telewizji. Raczej myślą, że idę do pracy i robię sobie makijaż, bo tylko udaję, że coś robię.

A więc zabiera pani dzieci na plan?

Tak. Czasem. To jest nawet zabawne. Rozwalają moją przyczepę, jedzą fast foody. Dzięki bogu, Teri (Hatcher – red.) nie gotuje codziennie.

Jest pani utytułowaną aktorką teatralną i filmową. Czy koleżanki i koledzy z planu „Gotowych na wszystko” przychodzą do pani po rady?

O nie. Wcale nie. To znakomici, doświadczeni aktorzy i nie potrzebują ode mnie pomocy. Przeciwnie, sama dużo się od nich uczę.

A producenci nie boją się, że zostawi pani serial dla filmów kinowych?

Nie robię sekretu z tego, że jestem zadowolona z pracy nad „Gotowymi na wszystko” i nie chciałabym odejść. Czuję się jak poślubiona temu serialowi.

Niewiele jest gwiazd tworzących szczęśliwy związek z innym aktorem. Pani się to udaje.

Bill (William H. Macy – red., znany aktor) jest dla mnie opoką. Po pierwsze rozumie, o co chodzi w moim zawodzie, bo to też jego sposób na życie. Po drugie sporo mi doradza. Dzwoniłam do niego co chwilę z planu „Twardej sztuki”, gdzie grałam z Jane Fondą i Lindsay Lohan, czy z planu „Transameriki”. Po trzecie jest znakomitym rzemieślnikiem, jeśli chodzi o aktorstwo, więc mu ufam.

Rozmawiał Cliff Ford/IFA/Syndykat Autorów