Mistrzowie kina: Ludzi nie łączy już nic
Po pierwszych projekcjach konkursowych 66. festiwalu filmowego w Wenecji nasuwa się przygnębiająca refleksja: zaprezentowane obrazy napawają pesymizmem. "Chcielibyśmy objąć cały świat, ale mamy zbyt krótkie ręce" - mówi bohater "Baarii" Tornatore. Podobnie kondycję ludzką widzą także inni reżyserzy konkursowych filmów.
- Tornatore otworzy festiwal w Wenecji
- Rumuni obrazili Mussolini w Wenecji
- Wenecja rozpolitykowanym kinem stoi
- Pięć głośnych premier festiwalu w Wenecji
Pogoda
POLSKA
Czwartek 2012-02-16

temp. min -13°C max. 2°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
W „Baarii” trzykrotnie pojawia się obraz chłopca biegnącego ulicą. Każda z tych scen rozgrywa się w innych czasach. Bohaterów łączą marzenia i dziecięca wiara w świat. Różnią przeszkody, jakie napotkają w życiu. Dziadek przejdzie przez koszmar wojny i powojenną nędzę. Syn zazna okrucieństwa reżimu faszystowskiego. Wnuka czeka walka o byt w globalizującym się świecie. Tornatore wraca na ojczystą Sycylię, aby przez pryzmat losów jednej rodziny rozliczyć się z historią XX wieku.
"Pamiętam z dzieciństwa poczucie wspólnoty biednych ludzi" - mówił Tornatore. - "Żyłem w tym świecie 27 lat. I tęsknię za nim".
Tornatore otworzy festiwal w Wenecji >>>
To ważny film dla Włochów. Recenzent „Corriere della Serra” napisał, że tego „dzieła nie można nie obejrzeć”. Obraz o budżecie 25 milionów euro zostanie tu wprowadzony na ekrany w 450 kopiach. Mnie, wychowanego w innej kulturze, „Baaria” pozostawiła obojętnym. Bardziej niż historyczny fresk porusza zdanie starego Włocha z dokumentu „Rehearsal for a Sicilian Tragedy” Romana Paska: „Oczy sycylijskiej matki piastującej dziecko są smutne. Bo ona myśli, jakie spotkają je nieszczęścia”.
Niemoc człowieka wobec historii to temat przewijający się przez weneckie filmy. Ale jeszcze częściej reżyserzy portretują ludzi nieradzących sobie z współczesnością. Sensację wywołała informacja, że zapowiadany przez organizatorów obraz niespodzianka to „My Son, My Son, What Have Ye Done?” Wernera Herzoga. Wcześniej reżyser pokazał już „Bad Lieutenant: Call of Port New Orleans” z Nicolasem Cage’em.
Herzogowska interpretacja „Złego porucznika” Abla Ferrary niewiele ma wspólnego z oryginałem. Głównie bohatera – skorumpowanego, zapitego gliniarza lubiącego przegrać fortunę w zakładach sportowych i wykorzystać dziewczynę w ciemnej uliczce. "Nie powstrzymaliśmy się przed brutalnymi scenami, by pokazać, że w każdym drzemie potwór" - tłumaczył reżyser.
„Bad Lieutenant…” to sprawnie zrobiony film. Tyle że nie wiadomo po co. A napis na początku „Tuż po huraganie »Katherina«” zakrawa na hochsztaplerkę. Jeszcze gorzej jest w „My Son, My Son…”. To inspirowana faktami historia matkobójcy z San Diego. Próba wniknięcia w psychikę szaleńca, narcystycznego mordercy, który zatracił granicę między prawdą a fikcją. Herzog pokazuje nie tylko obsesję głównego bohatera i pułapkę sztuki, ale też obojętność otoczenia przymykającego oko na „dziwne zachowanie” chorego człowieka. I po trosze sam staje się takim szaleńcem. Stając za kamerą, upaja się tą historią, opowiada ją w przeestetyzowany sposób, popada w trudną do zniesienia artystyczną manierę. "Chciałem zrobić horror bez pił mechanicznych, strzałów i krwi" - twierdzi.
Ale prawdziwy horror jest gdzie indziej: w rewelacyjnych, choć skromniejszych filmach, których twórcy bardziej wnikliwie obserwują innych ludzi, nie koncentrując się na swojej roli artysty.
























































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!